Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżyca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śnieżyca. Pokaż wszystkie posty

20 mar 2023

WYDARZENIE: śnieżyca dziesięciolecia (podsumowanie)

Pierwsze na tym blogu wydarzenie "śnieżyca dziesięciolecia" właśnie się zakończyło. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, choć jak już ustaliliśmy - raczej póki co eksperymentujemy i próbujemy nowych rzeczy. :)
Wciąż można pisać opowiadania i kończyć zaczęte serie, choć już bez bonusowych punktów. Razem, przez te dwa tygodnie, licząc napisaliśmy 8270 słów i 17 opowiadań, co daje średnią 486 słów na opowiadanie. Dość sporo, przynajmniej jak na nasze przeciętne wyniki.

Podsumowanie eventu

oraz ilość otrzymanych punktów za dotychczasowe opowiadania

  1. Gabriela: 797+578+1042+736 (4 op.) = 3153 słów → 68 pkt.
  2. Regis: 514+513+375+337+348+356 (6 op.) = 2443 słów → 53 pkt.
  3. Silvana: 579+362+546+340 (4 op.) = 1827 słów → 40 pkt.
  4. Nickolai: 507 słów (1 op.) → 11 pkt.
  5. Pil: 178+162 (2 op.) = 340 słów→ 7 pkt.

Wielką trójcą jak chodzi o wynik sumaryczny byli - Naikio, Regis (jak zwykle) i... ja. W końcu udało mi się pokonać naszego blogowego bossa.

Żywię również nadzieję, że macie już jakieś refleksje na temat wydarzeń na blogu w przyszłości i chętnie się nimi z nami podzielicie. Wkrótce powinna pojawić się ankieta, którą znajdziecie na naszym blogowym Discordzie. Być może takowe kwestionariusze będą dla Was dostępne po każdym wydarzeniu.


Trzymajcie się cieplutko

Wrona 

19 mar 2023

Od Gabrieli "Przeciekający dach"

Zima 1457

Leżała na ławie pokrytej starym futrem. Wokół niej unosiły się drobinki kurzu, a zapach wilgotnego drewna drażnił nozdrza. Woda przeciekała przez sufit, uderzając monotonnie o podłogę nieopodal zwisającej nogi Gabrieli. Trzeba załatać dachówki, pomyślała. Planowała jednak wędrówkę do Gildii Łowców, nie mogła zaoferować tego Berthinie. Nie było czasu. Kap, kap, kap... Zamknęła oczy. Nie cierpiała samotności. Słyszała przytłumione głosy zza ścian, dobiegające z zajętych pokojów. Ktoś się kłócił, ktoś się kochał...

Tylko ona leżała na korytarzu, walcząc ze zmęczeniem. Woda kapała. Kap, kap, kap...

Podniosła się do pozycji siedzącej i tępym wzrokiem popatrzyła w kierunku maleńkiego okienka znajdującego się w przeciwległej ścianie. Widziała z tego miejsca korony drzew podrygujące lekko na wietrze. Można było już bez większej trudności wychodzić na zewnątrz, ale Pil chciał pograć w karty. Nie miała na to ochoty, więc poszła na górę pod pretekstem drzemki. Nie udało jej się zasnąć. Jej myśli stale rozbiegały się w kierunki kompletnie niezwiązane ze snem. Skupiała się na dziurawym dachu, oknie i drabinie, którą widziała, dojeżdżając do karczmy. Miała przy sobie nieco żywicy i wosku. Metal nie powinien być pokryty szadzią...

Żwawym krokiem podeszła do okna. Było zaryglowane, ale otworzenie go nie stanowiło dla niej przeszkody. Wiedziała, jak je podeprzeć, by otworzyć mechanizm. Kiedy z cichym stuknięciem rozwarło się na całą swoją szerokość, uderzył ją podmuch zimowego powietrza. Podrażnił jej rozgrzane policzki i oczy, ale nie zraziła się tym. Natychmiast chwyciła drabiny, która znajdowała się tuż przy zewnętrznej ramie okna i zgrabnie wyskoczyła. Ktoś, kto uwalniał właśnie swojego konia, krzyknął zaskoczony. Nie usłyszała jednak całości komunikatu. Już była na dworze, a wiatr dął w jej uszy, zagłuszając dźwięki z dołu.

Wspięła się o kilka stopni, a metalowe okucia jej butów stukały o stopnie drabiny. Wślizgnęła się na dach i, poruszając się stabilną częścią dachu, zbliżyła się do miejsca, w którym musiała się znajdować dziura. Widziała stłuczone dachówki już z tej odległości. Uśmiechnęła się. Chwiejnym krokiem, wyrzucając na boki ramiona, zbliżyła się. Ktoś coś krzyczał, na dole musiała zebrać się grupka gapiów. Spodziewali się, że skoczy.

Ona jednak pochyliła się nad dziurą i ogrzała powoli marznącymi, smukłymi dłońmi fiolki z potrzebnymi specyfikami. Może nie było to długotrwałe rozwiązanie, ale skuteczne. Poprawiła dachówki, a potem pokryła warstwą prowizorycznego kleju. Nie zanosiło się na deszcz. Nic nie powinno ich w najbliższym czasie strącić, ani podmyć.

Kiedy podniosła się, dostrzegła, że wciąż obserwowało ją kilka osób. Kiedy uniosła czystą dłoń i pomachała im, rozległo się kilka kolejnych okrzyków. Nie umiała z tej odległości ocenić, czy były to dźwięki wyrażające podziw, czy raczej strach. Kiedy zawracała, zachwiała się kilka razy, ale miała sytuację pod kontrolą. Tylko pierwsze kilka kroków było niestabilnych, później szła tak pewnie, jak na początku.

Gdy wskoczyła z powrotem do ciepłego wnętrza karczmy, okazało się, że nieopodal okna czekała na nią już znacznie niższa Berthina, właścicielka zajazdu. Opierała ręce na biodrach i kręciła głową z dezaprobatą.

– Coś ty sobie myślała, dziecinko?

– Śnieg się topi. Załatałam dach.

Berthina milczała, wyraźnie zastanawiając się, jak skomentować całe to zajście, więc Gabriela dodała:

– Pewnie nim ściągnęłaby pani kogoś, kto się na tym zna, minęłoby wiele czasu, a konstrukcja całkiem by przemokła. To oznacza tylko wiele więcej niepotrzebnych napraw. Lepiej, gdyby ktoś się tym zajął tuż po zauważeniu urazu.

Berthina wciąż milczała. Gabriela przygryzła wargę. Czuła, jakby zrobiła coś niewłaściwego. Ukradkiem przymknęła okno, choć by je zamknąć całkowicie musiałaby się nieźle naszarpać.

– Nie żądam zapłaty. Należy się pani pomoc, szczególnie po tych dwóch... czy nawet trzech... tygodniach śnieżycy.

– Przyniosę ci pieniądze. I coś do jedzenia. Tobie też coś się należy.

– Nie trzeba...

– Szanuj starszą kobietę i jej dobroć. Jak każe ci jeść, to jedz – powiedziała staruszka, kierując się już schodami w dół. Gabriela pobiegła za nią. Musiała przyznać, że jak na tak podeszły wiek, poruszała się całkiem szybko.

Na dole czekał na nią już Pil z wyraźnym niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Musiał oglądać całą akcję z dołu, bądź jakiś jej fragment. Ktoś zaczął klaskać, ale reszta wydała się zupełnie tym niezainteresowana. Skupiali się zbyt na własnych kuflach i niedojedzonym śniadaniu. Część spała z głowami na stołach, a na podłodze od wielu dni zalegały plamy wylanych trunków.

– Proszę. Pieczone ziemniaki – powiedziała staruszka, podając jednego jej, a jednego Pilowi. Wciąż grzały przyjemnie w palce.

Wsunęła też kilka monet do mieszka Gabrieli, choć nie wiedziała, ile dokładnie. Cała ta dobroć porządnie ją zawstydziła, i ku zażenowaniu Pila, nie zamierzała tego ukrywać. Stale chodziła za właścicielką zajazdu, dziękowała i przepraszała, aż do ich rychłego wyjazdu z karczmy.

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 4

 Zima 1457

Wino, jak smutno zauważyła Silvana podczas kończenia kolejnej notatki, skończyło się gdzieś między ósmym, a dziesiątym dniem. Cholera jasna wie co działo się dnia dziewiątego.

Grobowy nastrój, gdy już udzielił się jednej osobie, to przeniósł się na wszystkie pozostałe znajdujące się w karczmie. Efektem tego od siódmego do dzisiejszego, czyli już trzynastego dnia ludzie praktycznie leżeli na wpół martwi, spoglądając przez okno na tańczący w śniegu wiatr oraz ciemne chmury odgradzające nas od cudownego słońca.

Silvana, osobiście, miała ochotę zabrać Lambo i jechać stąd jak najszybciej. Z nieba przestało chwilowo sypać śniegiem, więc jedynym utrudnieniem byłby obecnie przykrywający ziemię puch sięgający, no właśnie, zdecydowanie wyżej niż powinien przez ten okropny wiatr.

Berthina powiedziała wprost, że Silvana byłaby największą idiotką Rivotu, gdyby teraz wyrwała się w jakąkolwiek podróż.

Dlatego też mądra Silvana poczekała jeszcze trzy dni, akurat do momentu, w którym śnieg nie był już problemem dla jej wielkoluda o mocarnych nogach, ani nawet dla drzwi karczmy, które wreszcie się otworzyły. Nie żeby Silva z nich skorzystała. Będąc przekonaną, że drzwi są jeszcze zablokowane przez śnieg, kobieta opuściła karczmę razem ze swoim dobytkiem tak jak to robiła już kilkakrotnie w przeciągu tych prawie dwóch tygodni, podczas zaglądania do Lambo i innych koni pozostawionych w stajence. Przez wąskie okno na parterze.

Oczywiście Berthina, z którą się pożegnała chwilę przed tym, zdała się również zapomnieć o działających już drzwiach. Wredna baba.

Silvana prawie się popłakała z radości, mogąc znowu siąść w siodle. Upewniwszy się, że wszystkie rzeczy są w torbie, a ta jest stabilnie przymocowana do siodła, Silva popędziła Lambo ze stajni, oficjalnie opuszczając obszar Karczmy Starej Wiedźmy po szesnastu dniach udręki.

Ostatni raz obejrzała się przez ramię, z zaskakującą radością oddalając się od zasypanego, drewnianego budynku, do którego raczej nieprędko zawita. Nawet ją ta myśl pocieszyła. Następnym razem przyjedzie tu na wiosnę, żeby mieć pewność, że nie utknie tu na następne kilkanaście dni.

Powoli podążała ścieżką do Rivot, bez drewna do strugania, bez wina do wypicia, za to z mnóstwem śniegu do pokonania po drodze do gospodarstwa Ridima. Z uśmiechem na twarzy.

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 6

 Zima 1457 

Po wielu dniach śnieżycy trudne warunki w końcu zaczęły ustępować. W ciągu zaledwie kilku dni, przy pomocy ciepła z południowego zachodu, klęska śniegu przekształciła się pokrywające całą okolicę bagno. Grząska ziemia utrudnia przemieszczanie się, a łowca jak wcześniej przez biały puch, teraz przez ziemię i wodę nie może normalnie opuścić domu.  

Stanął u progu, w otwartych na oścież drzwiach. Kilka płaskich kamieni przed wejściem nie było widocznych, pokryte były śliską brązową powłoką: po szybkim ruchu opróżnienia wiadra, znów jednak zostały odsłonięte. Regis zdecydował się wrócić do środka, by znów przeczekać ciężkie warunki. 

– Ileż można, jak nie urok to sraczka. – mówił do siebie, kierując się w kierunku piwnicy. 

 Złapał za łopatę, którą udało się wydostać ze schowka. Gdy zszedł na samo dno pomieszczenia, przy pomocy narzędzia zaczął nabierać wodę, z cienkiej warstwy cieczy znajdującej się na podłodze. Kilka rundek później myśliwy pozbył się takiej ilości, jaką mógł.  Wiedział, że taki stan rzeczy nie potrwa długo, mimo wszystko i tak mu się nie podobał.  

Do końca dnia zajmował się sprzątaniem domu. Gdy zapadła noc, udał się do łazienki, by oczyścić ciało. Rozebrawszy się, dojrzał w lustrze pokryte wieloma bliznami ciało. Pamiętał historie wielu z nich; ślady harpii, ugryzienia wilków, ślady po przecięciach czy pierwsza lekcja leczenia zakończona szeroką blizną po rozerwanych wtedy tkankach przez zaklęcie, które nie poszło po myśli maga.  Wzrok skierował się na twarz, będącą tylko lekko zadrapaną, jednak to nie one zwróciły jego uwagę. Przez ostatnie dni siedział w domu, nie ruszając się nigdzie daleko i pomimo posiadania tak dużej ilości czasu do wykorzystania, nie zauważył zajmującego powoli jego twarz zarostu. Przyszykował naczynie pełne ciepłej wody i używając swego wiernego, ostrego noża pozbywał się nadmiaru włosów.  Lubił zarosty, lecz przy wykonywanym przez niego zawodzie, zdarzały mu się przeszkadzać, wolał więc regularnie się go pozbywać.  Nie czuł też, że to już moment na jego zapuszczenie. Po pewnym czasie znów spojrzał po twarzy, dostrzegając tym razem znacznie gładsze lico. 

Po oporządzeniu się udał się na spoczynek.  

*** 

Następne dni przyniosły poprawę sytuacji na zewnątrz. Nadmiar wody wsiąkł lub przeniósł do większych zbiorników. Temperatura znów spadła, ilość opadów wróciła jednak do akceptowalnej ilości. Wszystko wskazywało, że sytuacja się uspokoiła.  

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 3

 Zima 1457

Jeśli trzeci dzień był wtedy potwornie dołujący, tak koniec pierwszego tygodnia był karą za wszystkie błędy, kłamstwa i kradzież Lambo. Nerwowy gwar towarzyszący karczmie przez kilka pierwszych dni teraz był tylko wspomnieniem. Inni, którzy podobnie jak Silvana zmuszeni byli przeczekać szalejącą pogodę, i którzy potrzebują świętego spokoju, siedzieli w ciszy na wybranym przez siebie kawałku wolnej przestrzeni. Bardziej narwani, spragnieni alkoholu oraz rządni akcji, wszczynali bójki na parterze budynku lub zbierali w kręgu i wspólnie śpiewali, grali, opowiadali wymyślne historie. 

Cała ta sytuacja dała jej możliwość wysłuchania paru ciekawych opowieści bez żadnej ceny, bez oddawania czegokolwiek w zamian. Nie wszystkie były prawdziwe, wiadomo, ale pośród nich znalazło się parę przydatnych informacji. 

Silva zdążyła też zamienić parę słów z innymi gośćmi podczas swojego mizernego egzystowania przy swoim stoliku koło okna. Był na przykład ten barczysty mężczyzna, który każdego dnia biadolił o swojej żonie pozostawionej w domu bez opału. Przyjechał ze znajomym prosto z lasu, chcąc zrobić sobie przerwę na kufel piwa.

Porozmawiała trochę ze starszym panem o długiej, siwej i nie zadbanej brodzie, który przez ostatnie kilka dni umilał wszystkim pobyt swoją grą na flecie. Mieszkał niedaleko, sam, we własnym gospodarstwie, po tym jak córka wyszła za mąż i została kurą domową w okolicach Birme.

Nawet dzisiaj, z samego rana, do stolika obok siadła białowłosa panna. Silvana już miała okazję kilka razy się na nią natknąć podczas swoich odwiedzin w karczmie, jednak nie było okazji na rozpoczęcie konwersacji. Teraz jednak los się do niej uśmiechnął, tak jak Silvana do nieznajomej białowłosej. Spędziły kilka chwil na krótkiej, błahej rozmowie, po czym nieznajoma wróciła do swojego pokoju.

Oczywiście nie mogło zabraknąć pogawędek z barmanką, której to Silvana obiecała dotrzymywać towarzystwa z samego rana. Po trzech takich porankach Berthina co prawda zabroniła jej wtykania nosa za bar, jednak Silvana, nieugięta, codziennie przychodziła do karczmarki by szczerze, z głębi serca, umilić kobitce dzień, przy okazji oferując swoją pomoc. 

Koniec końców, Berthina nakryła ją przeciskającą się przez okno, by sprawdzić jak trzyma się Lambo. 

– Jak cokolwiek uszkodzisz to nie myśl, że zapłacisz mi w drewnianych figurkach. – powiedziała jej wtedy, praktycznie uderzając wyczyszczonym kuflem o blat. – Masz szczęście, że przynajmniej nie widzę nigdzie tych wiórów. Po co tak właściwie wychodzisz na ten mróz? 

Silvana szybko i zwięźle wyjaśniła Berthinie swoje przywiązanie do Lambo oraz niepohamowaną chęć robienia dziwnych, umiarkowanie ryzykownych rzeczy. Kobieta na to zareagowała specyficznym uśmiechem. 

– Skoro już tam chodzisz, chyba jako jedyna ze wszystkich w tym budynku, to możesz pilnować żeby tam nie zabrakło wody i siana. Zapłacę, nie martw się o to. 

I to był chyba najlepszy moment dzisiejszego dnia, bowiem Silvana uprzejmie zaproponowała, by karczmarka uznała tą pomoc jako zapłatę za wyżywienie dopóki nie opuści karczmy. W ten sposób sprytnie zaoszczędziła swoje ciężko zarobione pieniądze. 

Czemu więc ten dzień, siódmy dzień przesiadywania w karczmie i czekania, aż wyjście na zewnątrz będzie stosunkowo bezpieczne, jest dla Silvany karą za grzechy?

Kobieta spojrzała z niemożliwym do ukrycia żalem na cztery figurki, które zdążyła zrobić w te kilka dni. Leżały w torbie Silvy, owinięte paroma kawałkami materiału, w które wcześniej owinięte były butelki wina. 

Drewno skończyło się jako pierwsze. 

Może ci panowie, którzy przywieźli ze sobą kawał opału, będą w stanie użyczyć jej dwa albo trzy kawałki. W końcu jak może stolarz żyć bez drewna w ręce? Tfu! Nie może, ot co. 


<C.D.N.>

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 5 (cd. Pil)

Zima 1457

Zaprzestała drapania się, a przez jej głowę w oka mgnieniu przetoczyło się kłębowisko myśli. Nagle szum ustał, a wszystko, cokolwiek ją zamieszkiwało, stało się klarowne. Gildia istniała i mogła jej zapewnić namiastkę oparcia w tym trudnym czasie.

– Niech tak będzie. Mogę zaoferować pieniądze, albo przysługę. Cokolwiek zechcesz, co uznasz za stosowne.

W tej samej chwili, gdy wypowiedziała te słowa, poczuła na sobie spojrzenie mężczyzny o bujnej, rudej brodzie. Miał nieprzyjazne spojrzenie i niezaprzeczalnie przystojną twarz. Nie musiała się domyślać, znajduje się za tym gąszczem loków. Już z tej odległości widziała w nim człowieka stanowczego i bystrego. Mierzył ją spojrzeniem, popijając powoli piwo, a na jej policzki wpełzł rumieniec. Czym prędzej odwróciła wzrok. To zdarzało jej się często, zbyt często. Musiała uspokoić nie tylko rozszalałe serce, ale i myśli. Przypominał jej Sigurda, którego spotkała w jednym z mijanych przez nią obozowisk. Obejmował ją przy ognisku i oddawał najlepsze kąski. Dobra passa trwała, aż nie wystraszyła się powstającej między nimi więzi i uciekła. Bardzo go przypominał. To samo głębokie spojrzenie, powolne, nabożne podnoszenie kufla z piwem... Może to był on?

– Podoba ci się?

Podniosła głowę. Pil patrzył na nią z uniesioną brwią, oczekując na odpowiedź. Uśmiechnęła się nerwowo i potrząsnęła czupryną, pozwalając by kilka blond kosmyków wyślizgnęło się z nieco przekrzywionego koka.

– Nie. Nieważne. Wróćmy do tego, o czym rozmawialiśmy.

Chłopak westchnął cicho i odwrócił spojrzenie. Przez jedną, niepokojącą chwilę myślała, że ją zostawi samą na drewnianym, wytartym krześle pod ścianą, ale nastolatek został na miejscu.

– Nie musisz mi się odwdzięczać – powiedział w końcu. – I tak planowałem iść w tym kierunku.

Jej serce znowu się ożywiło. Mogła dotrzeć do Gildii Łowców, i to bez większych wymogów ze strony jej przewodnika.

– Byłabym ci dozgonnie wdzięczna.

Pil nonszalancko machnął ręką.

– To nic takiego.

– Jesteś pełnoletni?

Chłopak przez chwilę zaniemówił. Patrzył na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.

– Tak. Zdaje się, że tak.

– Mogę ci postawić piwo. Chcesz? – poderwała się z krzesła. – Nie największe ani najlepsze, bo nie mam wystarczająco pieniędzy, ale...

Już po zadziornym uśmiechu na jego twarzy wywnioskowała, jaka odpowiedź cisnęła mu się na usta. Nie czekając, aż coś powie, lekkim krokiem podeszła do kontuaru, oddała talerz i wróciła z średniej wielkości kuflem pełnym złociostego piwa.

– Nie kosztowałam, ale mam nadzieję, że będzie smaczne.

Twarz nastolatka natychmiast rozświetlił uśmiech. Przyjął napój z nieskrywaną wdzięcznością i pociągnął duży łyk alkoholu. Nad jego górną wargą została cienka warstwa pianki. Gabriela wróciła na poprzednie miejsce, przyglądając mu się uważnie. Nie zwracał większej uwagi na jej natrętne spojrzenie, poświęcając swoją uwagę na jak najszybszym wypiciu napoju. Tacy byli młodzi chłopcy. Jak najszybciej, jak najgwałtowniej... Wzdrygnęła się nieco. Jej ciało momentalnie ogarnął chłód, a uśmiech zgasł. Spuściła wzrok, starając się wyrównać oddech. Serce zabiło trochę zbyt mocno, przed oczyma przebiegły jej koszmary. Zacisnęła powieki i policzyła do trzech. Już było trochę lepiej.

– Wszystko w porządku? – zapytał chłopak. Jego kufel był już opróżniony, a twarz wciąż niewytarta. Zmusiła się do pocieszającego uśmiechu.

– Tak. Zastanawiam się tylko... ile właściwie masz lat? Nie widzę na twojej twarzy żadnego zarostu.

– Podobają ci się brodaci, co? – zakpił.

– W moich stronach były bardzo modne – oznajmiła, starając się brzmieć jak najnaturalniej. Słowa nie przechodziły przez jej gardło z całkowitą swoboda.

– Osiemnaście – powiedział z niemałym ociąganiem. – Jeśli nie straciłem rachuby, rzecz jasna.

Pokiwała głową. Była w stanie w to uwierzyć. Osiemnastolatkowie często wyglądali na znacznie młodszych lub starszych. W jej głowie zatarła się wyraźna wizja nastoletniego chłopca. Byli tak zróżnicowani pod względem wyglądu, że można było się spodziewać po nich wszystkiego.

– W takim razie masz jeszcze dużo czasu... – wymamrotała.

– Na co?

– Na życie – odpowiedziała, przeciągając się. Chciała ukryć tlące się w jej piersi od kilku minut zdenerwowanie. – I wychodowanie brody.

– Wpadłem ci w oko, ale nie podoba ci się, że nie mam zarostu? – parsknął.

– Nic z tych rzeczy. Jesteś dla mnie dużo za młody.

– Coś mi się zdaje, że te dwie rzeczy się ze sobą łączą...

Pokręciła głową. Nie miała zamiaru ciągnąć tego tematu. Nic dobrego, ani tym bardziej owocnego, nie mogłoby wyniknąć z takiej rozmowy. Nawet jeśli Pil miał po części rację, Gabriela nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. Częściowa racja to nie zupełna racja. Wciąż gdzieś, w jakimś miejscu, popełniał błąd, a ona nie chciała mu wskazywać, gdzie dokładnie.

– Dobre to piwo?

– Niezłe.

– Może kiedyś, jak będę mieć pieniądze, sama spróbuję... – powiedziała jakby do siebie. – Ciekawe jaka jest teraz pora. Przez ten śnieg nic nie widać – dodała już głośniej.

– Tak właściwie... jak ktoś taki jak ty znalazł się tu, w Karczmie Starej Wiedźmy, w taką zamieć? Wspominałaś o Gildii Łowców i braku domu, ale musi w tym tkwić coś jeszcze. Mamy czas, chętnie posłucham.

Posłała mu czujne spojrzenie.

– "Ktoś taki jak ty"? A kim jest "ktoś taki, jak ja"? Umiesz to jakoś scharakteryzować?

Zastanawiał się przez chwilę, uderzając lekko kantem kufla o gładką brodę.

– Wysoka, pokryta bliznami kobieta, która wygląda jak szlachcianka, ale wyjątkowo brudna. Maszyna do zabijania, ale uciekająca od ciężkich klimatów. Płoszysz się jak sarna. Kim ty właściwie jesteś? I skąd? Tu nie ma mody na brody.

Westchnęła cicho. Czuła w kościach, że to pytanie nadejdzie, więc nie powiedziałaby, że nie była przygotowana, choć nie pozbawiło jej to zaskoczenia. Nie chciała odpowiadać szczerze. Nie mogła. Przygryzła wargę, przypominając sobie sylwetkę mężczyzny wyciągającego w jej kierunku dłoń. Otaczający go blask zupełnie oślepił jej oczy, niedoświadczające światła od wielu lat. Nie wiedziała nawet, ile dokładnie czasu tam spędziła.

– Okolice zachodniego wybrzeża. Prowadzę koczowniczy tryb życia.

Chłopak myślał przez chwilę, oczami wyobraźni próbując sobie przywołać obraz mapy.

– Wybrzeże... to musi być cholernie daleko.

Skinęła głową, poprawiając niesforny kosmyk włosów. Wciąż do nich nie przywykła, ale stanowiły niezłe zajęcie dłoni poszukujących rozluźnienia.

– Pewnie mieszkałaś na jakimś dworze.

– Tak jakby.

– To by wiele wyjaśniało. Zachowujesz się... inaczej. Nie widziałem tutaj takiej dziewczyny, jak ty. Sam nie umiem tego nazwać.

Nie chciała się wyróżniać. Nie miała się wyróżniać. Miała znać się z tłumem, a tymczasem ten chłopak, którego ledwo poznała opowiadał o jej niezwykłości i charakterystyczności. Przeklęła w duchu, choć nie robiła tego zbyt często. Nie mogła okazać po sobie, że się tym przejmuje. Zazwyczaj takie słowa to komplementy. Ludzie chcą być wyjątkowi. Najwyraźniej stanowiło to charakterystykę wszystkich, prócz niej samej.

– Wybacz, nie wiem co odpowiedzieć – oznajmiła, kiedy cisza zaczynała się boleśnie przedłużać. Patrzyła na blaszany kufel piwa. Miał kilka wgnieceń. Pewnie spadł na ziemię przy nie jednej pijackiej bijatyce...


<Pil?>

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 2

 Zima 1457

Przymrużone, rozkojarzone oczy przyglądały się białej pustyni, w którą przez ostatnie dwa dni zamienił się otaczający ją krajobraz. Silvana nieźle musiała się natrudzić, by dotrzeć do prowizorycznej stajni przy karczmie, gdzie zdążyła schować Lambo zanim zaczęła się śnieżna burza. Ostatecznie wyszła przez najmniej zasypane okno, mając szczęście, że Berthina jej nie widziała.

I tak ktoś ją najpewniej widział. Musiał to być wyjątkowo komiczny obraz. Młoda, zaplątana we własnych włosach i grubym płaszczu, próbująca przecisnąć się przez ramę wąskiego okna. Udało jej się, oczywiście.

Także, poniekąd uwięziona w Karczmie Starej Wiedźmy, biedna Silvana musiała pocieszyć się paroma kawałkami drewna, do połowy pustą buteleczką atramentu i średniej jakości winem w trzech butelkach, które miała zawieźć do jednego z braci, a które finalnie zostaną skonsumowane zanim śnieg stopnieje.

Ah, musiała też wytrzymać na krzesełku przy tym okropnym oknie, bowiem Berthina ze słodkim uśmiechem jej oznajmiła po godzinie zażyłej dyskusji, że nie ma już wolnych pokoi. 

Przez te dwa dni Silvana jeszcze jakoś żyła. Zrobiła już większą część figurki niedźwiedzia z łososiami, a także skończyła dwie zaległe notatki ze swoich ostatnich „zbiorów” informacji. To więcej, niż z reguły jest w stanie zrobić, będąc na gospodarstwie brata. Brzmi więc jak sukces. 

Trzeci dzień był zarazem pierwszym, który Silvana zaczęła od wykrzyczenia swojej frustracji w rękaw płaszcza, a następnie otwarcia pierwszej butelki wina. Dlatego teraz siedzi ledwo przytomna, cały czas przy tym jednym, zagraconym stoliczku, z zapachem wina w powietrzu i nieskazitelną bielą za oknem.

Wspomniana wcześniej figurka stała przy niej na parapecie, w oczekiwaniu na inny dzień, w którym to Silvana nie będzie ryzykować ucięciem palca czy zepsuciem całej figurki. Notatnik leżał po drugiej stronie stolika, na tyle daleko, by żadna kropelka wina się tam nie znalazła. 

Nie żeby to było jeszcze możliwe. Butelka była raczej pusta. 

Pozbawiona chęci do czegokolwiek, kobieta zrobiła mniej więcej porządek na swoim obecnym miejscu pracy i legowisku, po czym wygodniej ułożyła się na krześle. Jeszcze kilka takich nocy przespanych na siedząco i Silvana wróci do gospodarstwa brata pogarbiony jak stara babcia. 

Może następnego dnia bardziej się tym przejmie. Przymknęła oczy, kładąc głowę na złożonych rękach. Sen objął ją w mgnieniu oka, zmieszany z dźwiękami toczącej się bijatyki w innej części karczmy. 


<C.D.N.>

17 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 5

 Zima 1457 

Regis spędzał kolejny dzień, siedząc przed ciepłym domowym kominkiem, obserwując tańczące na kawałkach drewna płomienie. W ciągu ostatnich dni próbował dostać się do swojego składziku, przez jednak zbyt dużą warstwę śniegu, przeszywające zimno jak i kwestię, że łopatę miał właśnie zamkniętą, porzucił ten pomysł. Próbował udać się również do obozu łowców, z podobnych jednak powodów wyprawa została przerwana i przełożona na czas poprawy sytuacji. 

Spędzając tak spokojnie czas, usłyszał uderzenie, dochodzące z górnego piętra. Zdziwiony uznał, że musiało mu się przesłyszeć przez zbyt długie siedzenie w zamknięciu. Nie minęła jednak chwila, a odgłos się powtórzył. Chcąc sprawdzić przyczynę, udał się na piętro. Trzeci raz wydarzył się, gdy łowca był na korytarzu. Dobiegało to zza okna pracowni. Na oknie znajdowały się widoczne ślady po udręczeniach po śniegu.  Gdy otworzył okiennice, przeszyło go lodowaty powiew, a do wnętrza dostała się niewielka ilość śniegu. 

– Mości łowco!!! – krzyk dobiegał od strony zaspy znajdującej się za łaźnią. Pochodził on od grubo ubranego mężczyzny, który wraz z niedużymi saniami stał i spoglądał w jego stronę. Myśliwy po głosie rozpoznał go. Chłop był tym samym, jaki tej jesieni zlecił mu polowanie na harpie.  

– Witam, o co chodzi?! – odpowiedział mu gospodarz. 

– Mości łowco, nie miały trochę jedzenia? 

Regis zorientował się, o co chodzi. Trudne warunki musiały uszczuplić ich zapasy. Głód mógł być większym problemem niż zimno. 

Łowca spuścił linę, po której przybysz wszedł do środka. Gdy ten ogrzewał się przy ciepłym kominku, myśliwy szykował część swoich zapasów. Po niedługim czasie sanie załadowane były prowiantem składającym się z wędzonego mięsa, kasz, słojów ze smarowidłami i tym podobnych.  

Oboje wyszli, kierując się ku zabudowaniom. Po pewnym czasie dotarli do miejsca, gdzie jakiś czas temu stało kilka wiejskich domów, teraz rozciągał się tylko biały krajobraz. Mieszkaniec ukazał nagle wejście w śniegu, prowadzące przez przygotowaną dziurę w dachu do wnętrza budynku. Podobne zejścia prowadziły do każdego z budynków. Pomógł rozpakować towar, po czym znów wrócił do siebie. Odchodząc, dojrzał jeszcze niewielką postać wyłaniającą się z jednej z dziur, machającą na pożegnanie. Młoda dziewczynka, Lusia, którą poznał w trakcie polowania na wielkie ptaki, pokazywała wdzięczność za pomoc, tak wiele teraz znaczącą.  


C.D.N. 

Od Pila "Wspaniale sobie radzisz" cz. 4 (cd. Gabriela)

 Zima 1457

Pil na słowa kobiety zareagował lekkim, lecz widocznym zaskoczeniem na twarzy.

– Co znaczy “o ile naprawdę istnieje”? Oczywiście, że Gildia istnieje - rzekł młodzieniec.

– Skąd to wiesz…? - odparła Gabriela z dziwnym błyskiem w oku.

– Powiedzmy, że słyszałem co nie co. W zasadzie jestem też podróżnikiem, naturalna kolej rzeczy, że spotkałem parę łowców należących do tej Gildii.

– W takim razie… na czym ona tak dokładnie polega? - dopytała zainteresowana nieznajoma.

– W dużym skrócie? Zgromadzenie łowców, jak sama nazwa mówi, którzy zajmują się wzajemnym szkoleniem oraz wymianą wiedzy i doświadczeniami.

Odstawiła talerz, ale nie wyglądała, jakby chciała wstać i go odnieść. Miała nieobecny wzrok.

– Jak odbywa się rekrutacja? - zapytała.

– Nie przypominam sobie, żeby była jakaś rekrutacja. Wydaję mi się, że każdy łowca może tam zwyczajnie dołączyć.

– Naprawdę? Tak po prostu? - odparła z wypisanym zdziwieniem na twarzy.

– Mówię, nie przypominam sobie żadnych wymogów.

– Byłaby szansa, że zechciałbyś mnie tam przedstawić? Mogłabym się jakoś odwdzięczyć, jeśli nadarzyłaby się taka sposobność - zaproponowała drapiąc się po brodzie.

– Da się zrobić.


<Gabi?>

13 mar 2023

WYDARZENIE: śnieżyca dziesięciolecia (II)

Oto (nieco opóźniony) post z małym podsumowaniem pierwszego tygodnia wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia" oraz kontynuacją informacji na temat postępu opadów.

Szybkie podsumowanie eventu do dnia dzisiejszego

oraz ilość otrzymanych punktów za dotychczasowe opowiadania

  1. Regis: 514+513+375+337 (4 op.) = 1739 słów → 38 pkt.
  2. Gabriela: 797+578 (2 op.) = 1375 słów → 30 pkt.
  3. Silvana: 579 słów (1 op.) → 13 pkt.
  4. Nickolai: 507 słów (1 op.) → 11 pkt.
  5. Pil: 178 słów (1 op.) → 4 pkt.
Autor grafiki: Robbie Allen

Dla przypomnienia (i dla nowych osób) chciałabym przytoczyć skrócone, najważniejsze informacje odnośnie tego, jak skonstruowany jest nasze wydarzenie. Tutaj znajdziecie link do poprzedniego postu informacyjnego: klik.
Wydarzenie polega na pisaniu opowiadań w związanej z nim konwencją. Za każde otrzymacie bonus w postaci +20% punktów za każde z nich. Opowiadania można wysyłać do 19 marca godz. 23:59.
Uwaga! Śnieżyce NIE SĄ spowodowane działaniem magicznym.


Każdy dzień naszego czasu to 1,5 dnia w Gildii Łowców, co oznacza, że np. między 6 a 8 marca są 3 dni.

Dla ułatwienia podaję daty według naszego czasu.

13 marca (dzień 10.): Śnieżyca nie ustępuje, a desperacja popycha co niektórych do negocjowania ze znienawidzonymi przez siebie sąsiadami. Jak się okazało, nie wszyscy mieli wystarczająco zapasów, a przynajmniej takich, które umożliwiłyby komfortowe przetrwanie kolejnych mrozów. Niekiedy chodziło o szynkę, a czasem blachę łatającą dziurę w dachu.

15 marca (dzień 13.): Coś się zmieniło. Śnieżyca ustała, ale wiatr dalej huczy, zawiewając śnieg w niebezpiecznie wysokie zaspy. Niebo pozostaje przysłonięte gęstymi, ciemnymi chmurami, wróżąc kolejne załamanie pogody. Na strychach niepokojąco trzeszczy, ale mało kto ma odwagę wejść po schodach i upewnić się, co tak naprawdę się na nich dzieje. W obozie łowców panuje grobowa atmosfera, nikomu nie spieszno do rozmów. Niektórzy starają się w miarę możliwości zajmować swoimi sprawami.

16 marca (dzień 15.): Po wyjściu z namiotu można odnieść wrażenie, że w końcu nadchodzi wybawienie. Warstwy śniegu zdają się być nieco niższe, co pozwala na oddalenie się od obozu na odległość kilkunastu metrów i, przy odrobinie szczęścia, na polowanie. Niektórzy udali się na oględziny namiotów, które przewróciły się przy pierwszej fali śniegu. W mieście nie zaszły żadne wyraźne zmiany w kwestii pogody.

17 marca (dzień 16.): Zmiany zaczynają być widoczne również w mieście. Na pierwszy rzut oka śnieg zawiało daleko, między domy, ale po otworzeniu drzwi swojego domu, czy karczmy, ze zdumieniem można odkryć, że opuszczenie budynku jest możliwe. Na przeszkodzie już nie stoi ponad metrowa warstwa białego, zlodowaciałego puchu. Wciąż poruszanie się z oporem na wysokości pół metra może być problematyczne, ale jest to niczym w porównaniu do tego, co było niedawno.

18 marca (dzień 18.): Nareszcie śnieg wyraźnie się topi. Niektórzy wróżą ryzyko powodzi, ale woda zamarza i roztapia się na przemian, pozwalając się wszystkiemu wchłonąć w ziemię we właściwym tempie. Tymi samymi spostrzeżeniami nie mogą się jednak podzielić osoby przebywające w obozie. Łatwo ugrzęznąć aż po kostki w błocie, zaś chlupiąca wszędzie woda bywa naprawdę irytująca. Namiot rzemieślników musiał zostać czym prędzej przeniesiony, ponieważ zaistniało ryzyko zatopienia i całkowitego zniszczenia go.

19 marca (dzień 19.): Wszystko zaczyna wyglądać normalnie. Błoto przestaje być takim problemem, zaś namioty już niebawem dadzą się doprowadzić do swojego pierwotnego porządku. Łowcy muszą poczekać jedynie, aż ziemia nieco stwardnieje, co pozwoli na właściwe wbicie śledzi. Można wracać do swojego poprzedniego trybu życia, a przynajmniej w największej możliwej części, na jaką można sobie w tej chwili pozwolić. Jest wiele do nadrobienia i można podejrzewać, że wkrótce zasypią ich zlecenia z Rivotu i Birme odnośnie naprawy budynków.

11 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 4

 Zima 1457  

Ubrał strój, który dzięki elementom ocieplenia był przygotowany na zimę; choć aktualna pogoda przekraczała jego założenia. Założył pelerynę, po czym był gotowy do zejścia na lodowe pustkowie. Złapał w dłonie linę, którą przyczepił we wnętrzu domu. Gdy opuścił się na niej wystarczająco, zamknął okno, które dzięki prowizorycznemu uszczelnieniu pozwalało wydostać się sznurowi do zejścia, nie doprowadzając jednocześnie do pozostawienia domu otwartego. Stanął pewnie na dachu swej łazienki. Wyjął z zabranego ze sobą ekwipunku, prowizorycznie zrobione rakiety śnieżne, po czym założył je. Pierwsze kroki stawiał z dużą ostrożnością, lecz gdy upewnił się, że wierzchnia warstwa śniegu była wystarczająco zmrożona, zaczął iść normalnie. Wielki mróz i nieustannie wiejący wiatr, który raz na jakiś czas spowalniał, dając niewielką chwilę względnego wytchnienia, przeszywały wędrowca. Zakrył się peleryną, zostawiając niewielki prześwit, by móc widzieć.  

Szedł powoli przed siebie, zmierzając w kierunku lasu. Kiedyś nieduży lasek oddzielający go od najbliższych mieszkańców, teraz wyglądał jak pole krzaków. Regis pozbierał trochę gałęzi, które miały mu posłużyć do ulepszenia rakiet. Po krótkim przystanku skierował się w kierunku miasta. 

Okolica przypominała białą pustynię, z której wydm wiatr zdmuchiwał śnieżny pył. Łowca z każdym krokiem czuł, nasilające się podmuchy, utrudniające wędrówkę prosto. Musiał zmienić trasę, zmieniając trasę. Po pewnym czasie dostrzegł zarysy budynków, wyglądających na wioskowe chaty, mimo że jeszcze nie dawno były środkiem miasta. Chciał zbliżyć się do zabudowań, pogarszające się jednak warunki zmusiły go do powrotu.  

Idąc w zamieci, dostrzegł na swej drodze niepasujący do otoczenia kształt. Podszedł do znaleziska i ruchem wyciągniętej spod peleryny ręki odsłonił, co skrywała cienka warstwa śniegu. Było to ciało w pozie walki o życie. Szybkie oględziny ukazały, co się wydarzyło. Martwy podróżnik nadepnął na cieńszą warstwę lodu, który pod jego ciężarem zapadł się, tworząc śmiertelną pułapkę i a warunki po czasie zmieniły człowieka w zamrożoną figurę. Od zdarzenia nie minęło dwa dni. Łowca ruszył dalej, nic nie mógł z tym zrobić.  

Gdy dotarł do domu, wspiął się z powrotem po linie. Zamknął okno. Przebrany siadł przy świeżo rozpalonym kominku, a po jego głowie chodziły myśli, kiedy pogoda znów się uspokoi.  


C.D.N. 


10 mar 2023

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 3 (cd. Pil)

Zima 1457

Usiadła na drewnianym krześle z niemałą ulgą. Muskała łokciem ciało nastolatka, biorąc do ust kolejne widelce pełne kruchego mięsa i aksamitnych ziemniaków. Kiedy głód ściskał żołądek, nagle każde danie okazywało się najwyśmienitszą rzeczą, jaką w życiu było dane jej doznać. Ciepło karczmy otulało jej zmarzniętą twarz i mgliło zmęczone oczy. Sen porywał jej ciało z brzegu świadomości i delikatnie popychał swoim strumieniem naprzód. Oparła tył głowy o ścianę, leniwie biorąc kolejny kęs. Rzeczywistość ponownie wydała się mało realna.

– Czyli mówisz, że mieszkasz niedaleko.

Poczuła na sobie spojrzenie, ale nie zawracała sobie głowy odwzajemnianiem go. Obserwowała, jak młody, jasnowłosy karczmarz nachyla się do białowłosej staruszki, która wesoło gawędząc, głaskała jego ramię i wskazywała coś nieopodal lady. Opowiadała mu coś, a on z uśmiechem słuchał. Pomyślała, że może to rodzinny biznes, a młodzieniec w rzeczywistości był wnukiem kobiety. Ciekawe kim byli jego rodzice. Jak ułożyli sobie życie, czy byli szczęśliwi...

– A ty? – zagadnął chłopak. W jego głosie zabrzmiało coś tak hardego i dumnego, że wyrzuciło ją to z transu, a serce zabiło mocniej. Wyprostowała się na krześle, przytrzymując przy tym kant talerza. Zbyt podobały się jej zdobienia, oraz zawartość, by pozwoliła, by roztrzaskał się na podłodze.

– Cóż... ja... nie mam domu.

– A miałaś?

Był ciekawski. Nie powinno jej to dziwić, ale w tej chwili boleśnie uświadomiła sobie, że wciąż nie przywykła do zwykłych relacji międzyludzkich. Zapominała, że na swojej drodze życiowej napotyka się na wiele różnych ludzi oraz wiele trudnych pytań. Szczególnie tych, których nie chciało się słyszeć. Być może kiedyś nie miałaby problem z udzieleniem odpowiedzi, ale teraz...

Zmarszczyła brwi, a przed oczami zatliła się jakaś niewyraźna, choć ciepła i wielobarwna myśl. Wspomnienie dziecka biegającego po kuchni pachnącej świeżo pieczonym chlebem, dokuczania swojej matce i uciekania wprost do ogrodu, do krzewów pachnących miętą, które robiły za kryjówkę. Istny wodospad dźwięków i zapachów, które rozluźniały jej ciało oraz prowadziły do nieznanych od dawna poziomów ukojenia i spokoju. Spadały na jej ramiona, moczyły włosy, a głowa nagle ciążyła bardziej. To było jak uścisk kogoś ukochanego. Wyraźny, ostry i całkowicie pochłaniający w swojej bezmierności. Coś, czego potrzebowała już dawno.

Odwróciła głowę, by ukryć piekące oczy.

– Tak. Lata temu.

– Jak to na starego człowieka przystało – zakpił chłopak, zakładając ramiona na piersi. – Planujesz wybudować nowy?

Wybudować. To było tutaj legalne? Postawienie swojej rezydencji bez pozwolenia i podpisania niezbędnych dokumentów. Wysiliła swój umysł, ale owiał go chłód. Poczuła, jakby wkraczała w zaśnieżone i oblodzone rejony, na powierzchni których od dawna nie stanęła ludzka stopa. Miała problem z przywołaniem wspomnień. To wszystko było trudne. Zbyt trudne... To, co działo się przed Ogrodem Cieni ulegało stopniowemu zatarciu. Coś jej mówiło, że do tego wszystkiego potrzeba pozwoleń. Tylko czy na pewno...?

– Nie sądzę, abym miała do tego dość siły.

Czuła, jak chłopak mierzy ją wzrokiem. Od stóp, aż do głów. Komentarz wisiał w powietrzu, gotów wystrzelić i uderzyć boleśnie jak strzała. Wiedziała, co chce powiedzieć, więc uprzedziła go naprędce skleconymi słowami:

– Nie o tę siłę chodzi.

Nie chciała precyzować. Nie miała zamiaru się tłumaczyć. Zmarszczyła brwi, szukając w mętnym umyśle kolejnych słów, które tkwiły gdzieś na dnie jej świadomości, lub jak niektórzy to zwali, umysłu lub duszy. Sama nie wiedziała, w którą wersję wierzyć. Wiedziała jednak, że chciała wyrzucić z siebie jedną z myśli, z którą przeszła samotnie już wiele kilometrów.

– Przez pewien czas chciałabym polegać na tak zwanej Gildii Łowców, o ile naprawdę istnieje. Myślę, że pasowałabym tam. Przynajmniej na jakiś czas... aż nie zbiorę dość sił – o ile kiedykolwiek się to stanie, dopowiedziała sobie w myślach.


<Pil?>

9 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 3

 Zima 1457  

Regis od kilku dni spędzał czas w domu, nie będąc w stanie z niego wyjść. Wysoka warstwa śniegu dalej nie pozwalała na swobodne przemieszczanie się, a niska temperatura dodatkowo przeszkadzała, jednak właśnie w niej łowca widział okazję.  Wierzchnia warstwa śniegu twardnieje, tworząc lodową powłokę, która jak miał nadzieję, niedługo nada się do przemieszczania; do tego czasu jednak zostało mu dalej siedzieć w zamknięciu i planować następne ruchy.  

Początkowo miał co robić. Stosy notatek wreszcie dostały kilka chwil uwagi, odłożone na później przedmioty przeszły oględziny, a drobne prace domowe w końcu zostały wykonane. Gospodarz chciał zrobić więcej, jednak cześć potrzebnych narzędzi i materiałów znajdowała się w niedużej dobudówce będącej schowkiem, do którego aktualnie nie miał możliwości się dostać.  

Siedział przy stole na dolnym piętrze od strony, którą nazywał kuchenną. Parter składał się z jednego dużego pomieszczenia w kształcie podobnym do nieproporcjonalnej litery “L”.  Duża ława; która z wielu powodów często bywała przesuwana; stała na złączeniu dwóch sekcji. Regis popijał napar z zebranych latem ziół, spoglądając w kominek. Podziwiał spektakl płomieni tańczących na kawałkach drewna, powoli zmieniających jego kolor w coraz to ciemniejszy. Nie martwił się, że zabraknie mu opału, zgromadził go w piwnicy wystarczające ilości, by jeszcze przez długi czas cieszyć się ciepłem wewnątrz domu. O wodę też nie miał co zawracać sobie głowy. Pobierał ją z roztopionego śniegu, zebranego przez okna pracowni. Nie była to szybka metoda, natomiast pewna jak i jedyna dostępna.  

Zbliżała się pora kolacji. Zszedł do piwnicy, gdzie odkroił kawałek z jednej z kilku zaczepionych o sufit dużych porcji zakonserwowanego mięsa. Wrócił z fragmentem, a wrzuciwszy go do resztki gęstej zupy z obiadu, zjadł. Prowiantu miał dużo w spiżarni i choć wiedział, że zebrał go wystarczającą ilość, by starczyło mu na bardzo długo, wolał go nadmiernie nie wykorzystywać. Zastanawiał się, w jakiej sytuacji są pozostali łowcy, których obóz w tych warunkach mógł mocno ucierpieć. Być może, gdy warunki pozwolą uda się do nich. Po skończonym posiłku wrócił na piętro, gdzie przez niezamknięte drzwi pracowni, ostatki dziennego światła oświetlały korytarz. Zmienił strój na nocny, po czym udał się na spoczynek. Wykorzystywał nadarzającą się okazje na sen, który w ciągu aktywnego roku często zarywał. Spoglądając w dalej ciemne, zasypane szyby zasnął, planując następnego dnia spróbować wyjść z czterech ścian i rozeznać się po okolicy.  


C.D.N.

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 1

 Zima 1457

Kilka kropel czerwonego wina popłynęło po ściance kieliszka i trzymającej jej dłoni, wybudzając tym samym Silvanę z transu. Szybko odłożyła zarówno naczynie, jak i pióro, którym chwilę temu sporządzała notatkę w dzienniku, w pełni skupiając się na tym, co działo się za oknem karczmy. 

A działo się tyle, że z nieba zaczął spadać piękny, delikatny, bielutki puch, przykrywając wszystko w zasięgu wzroku i więcej. Widząc to po ciele Silvy przeszła gęsia skórka. W porównaniu do nijakich liści widok ten praktycznie zapierał dech w piersiach kobiety. Śnieg, błyszczący w promieniach zmęczonego, choć porannego słońca, był idealnym źródłem nowej, świeżej inspiracji. W głowie już kłębił się stos pomysłów na nowe meble do salonu Ridima, albo porządny fotel bujany dla matuli, może nawet jakieś śliczne, wzorzyste kołyski dla jej najmłodszych bratanków i bratanic. 

Jednocześnie ten sam zjawiskowy śnieg sięgnął w najgłębsze zakamarki jej duszy i serca, przeszywając na wskroś mrożącym strachem o najbliższą przyszłość. Kobieta zaczęła zastanawiać się, czy rodzina Ridima ma wystarczająco drzewa, by ogrzać dom w czasie mrozu, czy jej pozostali bracia i ich żony, dzieci, poradzą sobie sami. Czy jej rodzice, mieszkający w Birme, patrzą właśnie na ulicę miasta i zamartwiają się tak jak Silvana o bezpieczeństwo swoich najbliższych. 

Przechodzące obok niej dwie, nieznane jej osoby, skutecznie odgoniły ciemne chmury wokół umysłu Silvany. Nie znała ich nawet z wyglądu, jednak kilkakrotnie użyte słowo „łowcy” wystarczyło, by przykuć uwagę. A raczej, skierować jej uwagę na temat wspomnianych właśnie łowców.

W końcu, jak poradzą sobie ci, którzy mieszkają w obozie? Pożywienia na pewno jest tam pod dostatkiem, jednak największym wrogiem jest mróz. Już teraz Silvana czuła na karku podmuch zimnego powietrza za każdym razem, gdy ktoś wchodził lub wychodził z karczmy. Nocowanie w taką albo gorszą pogodę jest sporym ryzykiem. 

Nie żeby Silvana kiedykolwiek przejmowała się ryzykiem. W końcu to ona ma zapisany plan całej swojej podróży na północ, którą swoją drogą najprawdopodobniej przełoży na następny kwartał. 

– W obozie na pewno się teraz przyda każda para rąk do roboty... – mruknęła do siebie. Oderwała nareszcie wzrok z białego krajobrazu za oknem, przyglądając się swojej niedokończonej notatce. – Jeszcze tyle do napisania... 

Przez dłuższą chwilę wytężała swój umysł, przeskakując przez wszystkie bardziej lub mniej istotne tematy, a także mniej lub bardziej ryzykowne decyzje. Ostatecznie dopiła swoje wino, pochowała rozrzucone rzeczy do torby, po czym podeszła do blatu, za którym Berthina czyściła kufle. Zdecydowała, że jakiekolwiek wycieczki w taką pogodę są ryzykowne. Nie wiadomo w którym momencie opady przybiorą na sile, a w połączeniu z wiecznie obecnym wiatrem pewnie skończyłoby się to zamiecią śnieżną. Średnio jej się podobała ta wizja. 

– Chciałabym opłacić swój pokój na tydzień. – zwróciła się do kobiety, posyłając jej najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ją stać. 

– Oh, czyżbyś bała się wyjść na śnieg, skarbie?

Położyła wyliczoną sumę pieniędzy przed oczy Berthiny, decydując się na zignorowanie jej zaczepki. Nie pierwszy raz rozmawia z karczmarką, toteż wie, że zareagowanie skończy się wielogodzinną dyskusją podchodzącą chwilami pod kłótnię, na którą teoretycznie Silvana nie ma czasu...

Ah, notatki może zrobić później. Wizja przypadkowych ploteczek puszczonych za darmo jest zbyt kusząca. 

– Widzę, że cieszy panią ta wiadomość. Czuję się niezmiernie poruszona, pani Berthino. Będę specjalnie wstawać przed wschodem słońca, by umilić pani każdy dzień swoim towarzystwem. 

– Słuchaj no, skarbeńku... 

Nawet gdyby wszystko zasypało, Silvana raczej by się nie zanudziła. W końcu, to wygląda trochę jak zimowe wakacje. Wino, ploteczki, mnóstwo czasu na struganie w drewnie i spokój potrzebny do przelania myśli na papier. Oparła się więc wygodnie o ladę, zatracając się w intensywnej dyskusji z ulubioną karczmarką. 


<C.D.N.>

Od Pila "Wspaniale sobie radzisz" cz. 2 (cd. Gabriela)

 Zima 1457

Pil spoglądając na odwróconą plecami kobietę, która kierowała się w stronę kontuaru, zawołał:

– Niech będzie, trochę towarzystwa się przyda w takiej sytuacji - stwierdził kierując wzrok w podłogę.

– Jak sobie życzysz - odparła z uśmiechem. - Ale najpierw zamówię jedzenie.

Po krótkiej chwili, nieznajoma powróciła do stołu.

– A więc? Jak się nazywasz? - spytał młodzieniec.

– Jestem Gabriela. A ty? Jak cię zwą? - zapytała z powrotem jasnowłosa, skromnie się przy tym uśmiechając.

– Pil.

– Miło mi cię poznać, Pil.

– W zasadzie… chcesz ode mnie coś konkretnego? - zapytał z ciekawością wypisaną na twarzy.

– Porozmawiać.

– Całkiem to niespotykane, aby ktoś totalnie nieznajomy chciał zwyczajnie porozmawiać, szczególnie w takim miejscu - odparł podejrzliwie.

– A jak mam cię zapewnić, że chodzi tylko o to?

– Nie masz jak.

– Czyli pozostaje ci uwierzyć mi na słowo - powiedziała z poszerzającym się uśmiechem.

– Powiedzmy.

– Zmieniając temat, w jaki sposób się tu znalazłeś? Akurat dzisiaj, w taką zamieć?

– Planowałem coś upolować, a jak widać nie mam ku temu warunków. Śniadaniem okazały się być jedynie skromne kanapki. Skoro nie miałem co robić to stwierdziłem, że odwiedzę karczmę. Jest tu ciepło, a do mojej chaty niedaleko.


<Gabriela?>

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 1 (cd. Pil)

Zima 1457

Po Karczmie Starej Wiedźmy niósł się wesoły śmiech biesiadników, a w nieco dusznym powietrzu zastygł aromat piwa. Był ciężki i słodki. W ustach czuła gęstą piankę napoju, na którego nie było ją stać. Do kontuaru ciągnęła się długa kolejka oparłych mężczyzn, który żądali dokładnie tego, co ona dnia poprzedniego. Miękkiego posłania, ciepłego posiłku... Pokoje były zajęte, wszystkie. W ustach Gabrieli wciąż gorzkniała frustracja, a we wnętrzu jej dłoni odciskały się wzory złotych monet. Zdobyła je tej nocy swoją ciężką pracą. Upolowała wilka i oddała mięso rzeźnikowi, zaś skórę rzemieślnikowi do przerobienia na obicie do foteli. Jej mięśnie wciąż drętwiały pod futrem z bólu. Skręciła gołymi rękami kark kulejącemu wilkowi, a teraz utknęła na dobre w gospodzie, w której nie było dla niej miejsca.

Jej umęczone knykcie pyszniły się czerwienią, gdy owijała je szczelnie bandażem. Jej dłonie, zupełnie zmarznięte, zrzucały warstwę cienkiego naskórka. Skóra pulsowała, a język puchł. Od dwóch dni nic nie jadła. Jej drogę do posiłku zastawiały masywne ciała awanturników, a ona siedziała na ławie w kącie i bacznie wszystko obserwowała. Nie chciała interweniować bez potrzeby. Tuż przy jej twarzy znajdowało się okno, które wpuszczało do środka uporczywy, stłumiony blask śniegu. Jeszcze wczoraj, mimo spowijającej te krainy ciemności, można było ujrzeć gęste drzewa i przemykające w cieniach sowy, udające się na kolejny łów.

Teraz wszyscy utknęli, a spać można było tylko na ławkach. Obsługa traktowała to jako czyn niedozwolony, wobec czego nie spała. Uparcie opierała się o ścianę, pozwalając by drewno drażniło jej umięśnione plecy przez cienką, lnianą koszulę. Świeże blizny pulsowały, a przez jej umysł przemykały obrazy biegnących wielkich wilków. Ściskała monety mocniej, chcąc wrócić do rzeczywistości. Musiała się uziemiać, a najskuteczniejszym sposobem był ból.

Kiedy na nowo poczuła wyraźnie dotyk drewna, zapach piwa i odgłosy kłótni, postanowiła raz jeszcze przyjrzeć się wizytorom karczmy. Jej oczy przemykały zgrabnie po ludziach i nie-ludziach, a ona pozwalała sobie na zatapianie się bardziej w futrze, które nosiła od miesiąca na ramionach. Większość z bywalców stanowiła jej rówieśników. Gdzieniegdzie przemykały dzieci, prawdopodobnie porzucone pół-elfy. Miały rozwiane, brudne i poszarpane ubrania, co w żadnym stopnio nie szkodziło ich radosnym okrzykom.

Jej uwagę przyciągnął młody chłopak, który siedział po przeciwległej stronie sali i patrzył w tym samym kierunku, co ona chwilę temu. Miał blade policzki, niedbale rozrzuconą na czole grzywkę i szerokie ramiona, które nieco zmyliły jej szacowania. Wyglądał na czternaście lat, choć jego sylwetka sugerowała nieco więcej. Jej uścisk na monecie nieco się poluźnił. Miał zagubione spojrzenie młodej sarny, które wypatrzyło drapieżnika i liczyła, że pozostanie w bezruchu ocali ją przed zgubą. Za skórzanym pasem dostrzegła koniuszek jakiejś broni, prawdopodobnie sztyletu. Ta mina to tylko pozory. Był młodym, doświadczonym przez życie, chłopakiem, którego nie należy lekceważyć. W życiu spotkała już nie jednego takiego.

Poluzowała rzemyk i wsunęła do skórzanego mieszka monety. Zaintrygował ją ten chłopak. Podtrzymując się stołu, wstała z szerokiej ławy, a jej rynsztunek zastukał cicho, zwracając uwagę kilku ucztujących tuż obok mężczyzn o wykrzywionych, nieogolonych twarzach. Szybko jednak stracili uwagę, ponieważ dalsze podziwianie jej wymagałoby obrócenia głowy. Zbliżyła się bez pośpiechu do nastolatka, pozwalając, by jej skórzane buty skrzypiały cicho. Początkowo wcale na nią nie patrzył, choć wiedziała, że zauważył jej przybycie. Stała i podziwiała jego grzywkę, która skręcała się na samym czubku w drobne kędziorki. Uśmiechnęła się nieznacznie, a plecy oparła o ścianę tuż obok krzesła, na którym przysiadł chłopak.

– Dzisiaj nie wykupię usług prostytutek – powiedział w końcu, nawet nie patrząc na nią. Kobieta zaśmiała się głucho.

– Nie sądziłam, że kiedykolwiek ktoś mnie z nimi pomyli.

Dopiero wtedy ciemnowłosy odwrócił głowę. Przechylił ją w bok, a w oczach błysnęło charakterystyczne dla nastoletnich chłopców zuchwalstwo. Dopiero wówczas, z perspektywy odbitych w jego tęczówkach ogników świec, dostrzegła heterochromię. Kolory jego oczu przybrały chłodne barwy.

– Znam kogoś z heterochromią – uśmiechnęła się delikatnie.

– Nawet nie wie pani, jak się nazywam.

– Nie miałam na myśli ciebie. Masz pieniądze?

– Mówiłem już, że nie wykupuję...

– Czemu zatem tutaj jesteś?

Odwrócił głowę, myśląc nad odpowiedzią. Planował skłamać. Nie była to jednak sprawa przesądzona, jeszcze nie. Czekała w zafascynowaniu, jaką opowieść postanowi jej zasugerować. Co przyniesie jego fantazja, żeby ją zniechęcić i odrzucić. W międzyczasie od kontuaru odsunęła się grupka spaślaków, tuż po donośnym trzaśnięciu pięścią w blat i wyrzuceniu z tłustych ust kilku siarczystych przekleństw. Karczmarz znowu był dostępny dla gości.

– To nie pani sprawa – fuknął w końcu chłopak.

Powoli pokiwała głową, wtapiając wzrok jasnych oczu w karczmarza, który zamaszystymi ruchami czyścił zastawę. Zaraz miała zostać wykorzystana do przygotowania kolejnych dań obiadowych dla wizytatorów, którzy są w stanie zapłacić. Serwowali dzisiaj dziczyznę i tuczone ziemniaki. Musiała skorzystać z okazji, póki jeszcze mieli świeże mięso. Podrzuciła monetę, zaś błysk złota szybko zgasł w ponownie zamkniętej, poranionej dłoni kobiety. Powinno jej wystarczyć na parę dni.

– Chciałam zaproponować wspólny obiad, ale wygląda na to, że sam wspaniale sobie radzisz – Postąpiła kilka kroków w stronę kontuaru. – Powodzenia.


<Pil?>

8 mar 2023

Od Nickolaia "Poślizg" cz. 1

 Zima 1457

Śnieżyca tylko się pogoszyła. Wczorajszy przedsmak w postaci porannego szronu i cienkiej warstwy śnieżnego puchu z nienacka przerodził się w białą bestię, wzrostowi dorównującą miejskim zabudowaniom. Jej nieskończony głód pochłąnął już krzewy i podrosty, w mroźny bezruch wprawił jeziora i ułożył do snu mieszkańców borów i łąk. Teraz ludzkie miasta i osady, jako ostatnie bastiony ciepła, desperacko opierają się srogiemu, i niepowstrzymanemu oblężeniu mrozu, powoli przeszywającego je do szpiku ich murowanych kości.

Nasz dzielny bohater, pojedynczy mężczyzna, strażnik miejski, siedzi we wschodniej wieżyczce bramy, wypatrując nieszczęśników którym umknęło narastające niebezpieczeństwo, i nie wrócili do swych mieszkań na czas. Jego jedynymi kompanami jest potężny kawałek futra, który skrupulatnie owija osobnika szczękającego zębami, płomień do połowy wypalonej świeczki, upornie stawiający czoła lodowatym podmuchom wpadającym przez wąskie okiennice, jak i butelka, już prawie pusta, której zawartość doprowadziła twarz dozorcy do koloru zbliżonemu tańczącemu ognikowi na biurku.

- Dlaczego… - zaczął biadolić strażnik - dałem się w to wrobić?! Podwójna stawka wasza mać! Do wieczora jedyne co ze mnie zostanie to sopel lodu! Muszę się przejść, zaraz mi stawy zamarzną…

Wreszcie, z nie lada wysiłkiem, wstał. Niestety, nie obyło się bez strat. Odużający eliksir, chodzący również pod nazwą „wódka”, ponownie zbiera żniwo. Smiałek zatoczył się, rąbnął bokiem w kant stołu i upuścił butelkę, która z trzaskiem rozbiła się na kamiennej posadzce, jej niewielka zawartość momentalnie zaczęła szukać azylu między szczelinami podłoża.

- Psiakrew... - mruknął w swojej niedoli.

Już brał przysiad by pozbierać odłamki zbitego szkła, gdy coś przykłuło jego uwagę. Na początku myślał, że to płatki, uporczywie starające się dobrać do jego oczu, płatają mu figle. Wszak wiadomo, że w śnieżycy zmysły są omamiane przez nieistniejące dźwięki i sylwetki, wszystko ku temu aby jeszcze niedoszły nieboszczyk wszedł w lodowatą paszczę bestii.

Lecz jego niepewność rozmyła się prędko; nigdy nie wątpił w swój wzrok. Trzynaście szarych plam powoli, lecz niestrudzenie, zbliżało się do bram miasta. Minęło dobre dziesięć minut nim piechurzy podeszli na odległość trzydziestu stóp od zamurowań. Wnet, spostrzegawcze, chodź lekko rozmazane, spojrzenie dozorcy mogło dokonać prawowitych oględzin tych nietypowych przybyszy.

Okazało się, że grube, popielate płaszcze skrywały metalowe pancerze, niekiedy połyskujące światłem odbijanym od śniegu. Nogi przyodziewali w grube buciory, specjalnie przystosowane do brodzenia w śniegu, a oręż mają zgrabnie schowany, sugerując, że są znacznie słabiej uzbrojeni niż było w rzeczywistości. Z pewnością nie były to byle żółtodzioby.

Ich doświadczenie dodatkowo zdradzał szyk, nieskazitelnie ułożona formacja i miarowy marsz, w którym, mimo niesprzyżających warunków, każdy krok był jednolity, i nawet pobrzękiwanie płyt zbrój biło w jednakowym rytmie, dając iluzje, że nie nadchodzi tuzin wojaków, lecz jakiś gigant - ostatni etap natarcia ziomowego okupanta, mający na celu zgruchotać ostatnie ostoje ciepła.

Gdy zapukali do wrót, zaniepokojony klawisz wychylił się ze swojej wieżyczki.

- Ktoście są?! Czego tu?! - warknął.

- Lazurowy Sztandar; pododdział drugi, pod dowódctwem Nickolaia z Hythe, działający w imieniu Jego Królewskiej Mości. Otwieraj wrota, pijaczyno. - odezwała się postać wychodząca przed szereg.

- Waszmość wybaczy, ale żadnego sztandaru tu nie widzę... Ponadto, brama jest zasypana do połowy z obu stron. Ani drgnie, chodźbym zwołał tu tuzin chłopa!

- Masz dwie minuty. Wy; - rozkazał, obróciwszy się na pięcie - wyciągać topory!


<C.D.N.>

7 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 2

 Zima 1457  

Widząc dziwne zjawisko, udał się do pracowni. Pokój leżał naprzeciwko sypialni. Otwierając drzwi, ujrzał rozświetlone pomieszczenie. Okno, znajdujące na wprost wejścia, na przeciwległej ścianie, pomimo iż było całe pokryte śniegiem, przepuszczało światło i to znacznie więcej niż to z łazienki. Łowca znów udał się na dół. Tym razem zajrzał pozostałe szyby. Były ciemne, zasypane białym puchem. Chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, ruszył, w kierunku przejścia, aby wyjść na zewnątrz. Przekręcił zamek, po czym złapał za klamkę. Poruszył ją z trudem, a same drzwi drgnęły dopiero, po włożeniu w czynność siły. Gdy wrota zaczęły się uchylać, oczom Regisa ukazała się biała ściana, której fragmenty po trochy wsypywały się do środka. Zamknął wejście. Po krótkiej chwili był znów w pracowni, przestawiając przedmioty z zawalonego nimi blatu dużego biurka. Po uprzątnięciu wszedł na nie, chcąc uchylić okiennice. Zdał sobie sprawę, że został zasypany, chciał jednak sprawdzić, jak faktycznie wygląda sytuacja. Gdy rozwarł skrzydła, dotarł go wyjątkowo zimny, nawet jak na te rejony wiatr, a jego oczom ukazał się krajobraz, który przeszedł jakiekolwiek posiadane oczekiwania.  

Cała okolica została pokryta niepojętą grubością śniegu. Łowca gdzieniegdzie widział tylko czubki wysokich drzew, wyglądających jak samotne krzaki oraz w oddali wysokie budynki miasta. Opad sięgał wysoko. Gdy myśliwy wychylił się, zobaczył pobielony grubą warstwą, dach dobudówki będącej łaźnią i wysokie zaspy, których po jeszcze większym wyciągnięciu się za ramę, mógłby spokojnie dotknąć. Spoglądając na okrycie głównego budynku, dostrzegł kolejną białą powłokę. Wróciwszy do środka, zdecydował się sprawdzić, jak wygląda to z wyższej perspektywy. Przebrał się w odpowiednio gruby strój i zabrawszy kilka możliwie przydatnych przedmiotów, wrócił na poprzednie stanowisko. Kijem poruszył śnieg na najbliższym mu kawałku dachu, który zsuną się dużą kupą. Gdy miał wystarczająco oczyszczony skrawek pokrycia, przygotował się do wejścia na niego. Przez okno w jedną z zasp wyrzucił kawałek drewna.  Opał wbił się głęboko w głąb, a puch zasypał po nim jakikolwiek ślad.  

– Lepiej nie spaść – powiedział do siebie, patrząc w miejsce zniknięcia rzeczy.  

Złapał się, mocno podciągnął i szybkim ruchem zarzucił nogą, a następnie tułowiem na brzeg dachu. Gdy upewnił się co do stabilności, powoli zmienił pozycję. Stawiając pierwsze kroki, dziękował sobie w duchu, że zaledwie kilka dni temu odebrał od kowala metalowe nakładki, które po założeniu na buty dawały mu przyczepność na śliskiej nawierzchni. Ostrożnie stawiając krok za krokiem, dotarł na szczyt i łapiąc się komina, rozpoczął obserwacje okolicy. Nie licząc tego, co już wcześniej dojrzał oraz nowych fragmentów drzew, widział jedynie biel oraz zaspy, wskazujące, gdzie znajdować się powinny co wyższe elementy okolicy. Widok ten przypominał mu jedynie wyprawy na północ, gdzie warstwy lodu spoczywały cały rok. Gdy jego oczy zwróciły się w kierunku wejścia i przedniej ściany lokum, zobaczył wielką fałdę śniegu, całkowicie zakrywającą pół budynku. Jej ramiona sięgały na boki, jedynie wyższa partia tylnej części była choć trochę odsłonięta. Nie dostrzegając nic, co mogłoby mu pomóc w obecnej sytuacji, obrał kurs powrotny. Zszedł równie, a nawet bardziej ostrożnie. Osunął się, złapał krawędzi, po czym wskoczył z powrotem do budynku. Posprzątał po tym, co wpadło do wnętrza, rozpalił ogień i zapalając jedną z lamp, zasiadł przy stole w jadalni, zastanawiając się co dalej.


C.D.N.

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 1

 Zima 1457

Chłodny wiatr muskał skórę twarzy łowcy, pracującego pod gałęziami starej jabłoni. Miejsce niezmiennie od przybycia tu, służyło mu wraz ze starym pniakiem do rąbania drewna. Co kilka krótkich chwil rozchodził się dźwięk ustępujących pod naporem stalowego narzędzia, wysuszonych kawałków drewna. Regis miał ich już dużo przygotowanych, wolał być jednak pewny, że na pewno ich nie zabraknie, gdy będą mu potrzebne w trakcie chłodnej zimy. Delikatny śnieg padał cały czas, pobłyskując srebrzystymi odbiciami światła słonecznego. Gdy cała ziemia dookoła pokryła się już cienką warstwą puchu, a słońce prawie całkowicie zaszło za widnokrąg, myśliwy skończył rąbanie. Wszystkie kawałki zaniósł do domu, układając część na stosie przy kominku, a resztę zrzucając na przygotowaną już wcześniej dużą kupę podobnych klocków w piwnicy.  

Wyszedł jeszcze, by wrócić po niedługim czasie z dwoma wiadrami wody, zaczerpniętej z przydomowej studni. Przelał je do misy w pomieszczeniu, które można był nazywać swoistą łazienką. Nieduży pokój z podłogą wyłożoną jasnymi płytkami i ścianami pokrytymi do połowy wypaloną gliną w kolorze jasno-szarym. Stosunkowo niedawno łowca przywrócił je dopiero do stanu nadającego się do używania, choć jeszcze wiele prac było do wykonania. Wejście znajdowało się na ścianie, prostopadłej do tej, w której były drzwi prowadzące do piwnicy. Po lewej od wejścia, nieduże specjalne palenisko, na którym spoczywał właśnie zbiornik, wypełniony już grzejąca się powoli wodą. Po prawej miejsce, na stojącą tam kiedyś szafkę, teraz spoczywał tam jednak prowizoryczny stolik. Na końcu, oprócz niedokończonych jeszcze elementów, była jasnoszara wanna. Duże okno po przeciwległej względem wejścia ścianie, pod wysokim sufitem, widniało okrągłe okno z kawałków mlecznej szyby i błękitnym środku, które rozświetlało pomieszczenie, przez wpadający przez niego słoneczny blask. Wieczorami, Łowca zapalał jednak lampy i podwieszał, na chwytakach przy stropie.

Gdy woda była już dość ciepła, wlał ją do kadzi i rozebrawszy się, wszedł do niej. Szybko oczyścił swe pokryte wieloma bliznami ciało, po czym przebrał się w materiałową nocną koszulę i wykonane z podobnego materiału spodnie. Dorzucił kilka kawałków drewna do głównego ognia w domu, po czym udał się na piętro, obierając jako kierunek swą sypialnię. Nieduży pokój służył mu praktycznie tylko i wyłącznie do spania, to mu jednak wystarczało. Było w nim ciepło, dzięki kominowi, który był częścią jednej ze ścian. Regis położył się, mógł spać spokojnie. Przygotował się na zimę, gromadząc jedzenie, drewno i jak mógł, przygotowując dom. W trakcie rozmyślań nad planami na następne dni zasnął, pozwalając ciału odpocząć.

Gdy się obudził, spotkał się dopiero z pierwszymi promykami, które ledwo dawały o sobie znać spod warstwy śniegu, który zakleiła szyby. Chłód rozprzestrzenił się po domostwie, potęgując nieprzyjemne poranne uczucie. Zaspany łowca wstał i powolnym krokiem udał się na dół, by przyrządzić śniadanie i rozpalić w piecu. Przed tymi czynnościami jednak zdecydował się zabrać odłożone w dniu poprzednim ubranie z łazienki i przebrać się w nie. Wszedł do umywalni i zdejmując nocną koszulę, spojrzał w okno, z którego rozproszone ostre światło podrażniło jego jeszcze zaspane oczy. Zakładając dalej roboczy strój, zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Znów spojrzał na szyby, a następnie pośpiesznie udał się z powrotem do sypialni, którą rozświetlały nieznacznie tylko lekko przechodzące promyki.  

– Co jest? – powiedział do siebie.  


C.D.N. 

6 mar 2023

WYDARZENIE: śnieżyca dziesięciolecia

 Doczekaliście się!

Oto nadchodzi mróz znany tylko ludziom mieszkającym tu w poprzedniej dekadzie. Już wkrótce świat ma utonąć w śniegu... Z dnia na dzień sytuacja się pogarsza, aż w końcu opuszczanie domów okaże się niemożliwe.

Autor grafiki: Michal Kváč

Wydarzenie polega na pisaniu opowiadań w związanej z nim konwencją. Za każde otrzymacie bonus w postaci +20% punktów za każde z nich. Opowiadania można wysyłać do 19 marca godz. 23:59.
Kolejny post związany z wydarzeniem ukaże się 13 marca.

Można zacząć serię mającą miejsce 6 marca i ciągnąć ją przez dobry tydzień z niezmienioną datą. Nie można jednak wcześniej wysyłać opowiadań np. o zapadnięciu się namiotów, niż 8 marca. Teksty będą wstawianie w ten sam dzień, w które zostaną wysłane.

Uwaga! Śnieżyce NIE SĄ spowodowane działaniem magicznym.

Opowiadanie NIE jest związane z wydarzeniem, gdy:

  • postać opuszcza bez żadnych trudności swoją siedzibę,
  • opowiadanie ma datę zimową, ale nie wpasowuje się w konwencję wydarzenia,
  • opowiadanie ma miejsce jesienią.


Każdy dzień naszego czasu to 1,5 dnia w Gildii Łowców, co oznacza, że np. między 6 a 8 marca są 3 dni.

Dla ułatwienia podaję daty według naszego czasu.

6 marca (dzień 1.): Z nieba prószy drobny śnieg, który w promieniach słońca przebija srebrem. Nadchodzi piękna, upragniona przez niektórych, zima. Dla innych oznacza to początek czasów głodu. Mimo, że łowcy nie mogą narzekać na deficyt zapasów, Lestat obserwuje to z pewnym niepokojem. Wieszczenie nadejścia groźnej zimy, na podstawie "niepokojącego układu chmur", wydaje się być tylko zrzędzeniem starca.


7 marca (dzień 2.): Stało się. Łowcy spali dobrze, a o świcie przekonali się, że opuszczenie ich obecnego miejsca przebywania jest niemożliwe. Śnieg sięga wyżej, niż chorągiewki na szczycie namiotów grup specjalistów. Zaspy pokrywają całą powierzchnię, gdzie nie sięgnąć okiem, choć takiej obserwacji dokonać można tylko z okien piętrowych domów w Rivot oraz Karczmy Starej Wiedźmy. Łowcy zostają uwięzieni sami, lub w grupie osób, z którymi dane było im ostatnio przebywać.


8 marca (dzień 4.): Namiot zarządców oraz grupy łowieckiej zapadł się. Ktokolwiek tam przebywał, musi się czym prędzej przemieścić. Na szczęście jest to możliwe dzięki tunelom w śniegu, które udało się stworzyć na przestrzeni ostatnich kilku godzin. Niestety, do wieczora tunele uległy załamaniu. Przejście jest ponownie utrudnione, bądź wręcz niemożliwe. W miastach trwa zupełna cisza. Nikt nawet nie próbuje opuszczać domów, wszyscy wygodnie rozgościli się w swoich salonach i wyciągnęli puchowe kołdry z piwnicy.


10 marca (dzień 7.): Lestat dostaje się do obozu łowców i zatrzymuje się w najbardziej licznym namiocie. Dochodzi do przegrupowania zapasów i podzielenia ich między łowcami. Wychodzenie na zewnątrz jest wysoce niewskazane, przez bolesny ziąb oraz narastający wiatr. Trwają prace nad umacnianiem namiotów. W miastach zaczyna się robić niepokojąco. Gliniane dachówki ześlizgują się i przez szpary w okiennicach można obserwować, jak rozbijają się o ściany na sąsiedniej ulicy. Widać poruszenie, choć jest zgaszone. Mieszkańcy wychylają się z domów tylko, aby ujarzmić potencjalne zniszczenia, choć przebicie się przez warstwy lodu i śniegu są niemożliwe.