Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saadiya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saadiya. Pokaż wszystkie posty

13 lut 2023

Od Saadiyi "Przepraszam, można pokój dla dwojga?" cz.4 (c.d. Dante)

Lato 1457

Na początku dzisiejsza zmiana niemiłosiernie się przedłużała. Jeszcze gorszy był fakt, że Karnia tego popołudnia musiała wcześniej wyjść, co tylko pogorszyło sytuację ptasiej bestii, ponieważ zostawiła go samego na sali w czasie największego ruchu. W pojedynkę musiał zająć się całą salą pełną głodnych alkoholu pijaków i wędrowców. Zmęczenie dawało górę, co zapoczątkowało stresującą falę pomieszanych zamówień oraz męczących wypadków.
Diya nie krył więc swojego zadowolenia, kiedy ostatni z gości wyszedł z karczmy. Pomimo ogromnego zmęczenia wziął się do pracy wysprzątania sali przed jutrzejszym dniem. Stara Berthina już wróciła do swojego pokoju - nie mógł więc liczyć na jej pomoc. Zebrał wszystkie puste kufle i zaniósł je do zmywaka. Ogrom naczyń, które musiały zostać posprzątane, tylko go przytłoczył. Był tak zmęczony, że ucieszyłby się nawet obecnością Karnieli. Przynajmniej poczułby się o wiele żywszy, niż jest teraz.
Zanim jednak rozpoczął mycie szklanek, zdecydował się chociaż na chwilę odpocząć. Do jednego z nielicznych kufli nalał sobie niskoprocentowego alkoholu i usiadł przy ladzie, chcąc w końcu ugasić tlące się pragnienie. Nie przepadał za piwem, jednak w tamtej chwili był na tyle zmęczony, że mógł przeżyć nawet ten gorzki smak. Przynajmniej się trochę rozluźni.
Położył głowę na blacie i pozwolił swoim oczom się przymknąć. Poleży tylko chwilę - gdy wstanie będzie mieć więcej sił na dokończenie swoich obowiązków.
Nie zauważył nawet, kiedy zasnął.

Zimne powietrzę dostało się pod jego maskę. Nie będąc nawet w pełni rozbudzonym, złapał za czyjąś rękę, winną jego pobudce. Ktoś się odezwał, jednak nie był w stanie w pełni zrozumieć wypowiedzianych słów. Słyszał jedynie nerwowy śmiech. Chwila mu zajęła, zanim jego zmęczony umysł skleił całą sytuację w logiczny sposób.
Zasnął podczas sprzątania sali, ktoś musiał go znaleźć, a teraz próbował zdjąć z jego twarzy maskę. Tak według niego prezentowała się wtedy rzeczywistość.
Podniósł łeb znad lady, dalej trzymając za nadgarstek nieznajomej osoby. Przyjrzał się winnemu pobudki. Był to ten sam mężczyzna, którego rano obsługiwał.
— Nie powinno się dotykać czyiś rzeczy bez pozwolenia — warknął sennym głosem, puszczając w końcu jego rękę. Prawda, był lekko zdenerwowany, jednak powodem jego irytacji była pobudka, a nie naruszenie jego prywatności.
Poprawił maskę oraz rozczochrane włosy. Czuł się jeszcze gorzej po tej drzemce, niż przed nią, a jeszcze musiał posprzątać całą sale!
— Przepraszam.
Diya tylko prychnął, prostując się.
— Chcesz czegoś? — zapytał dosyć niegrzecznie, za co stara Berthina pewnie by go wychłostała. Jednak, o ile gość nie naskarży na niego właścicielce, nie będzie przecież nawet o tym wiedziała.
Chłopak pokręcił tylko głową. Bestia przyjrzał się mu bardziej, ponieważ uznał jego milczenie za dziwne. Nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, ale wyglądało jakoby Dante był… smutny? Był jednak niepewny co do swoich interpretacji czyichś zachowań, lecz nawet jeśli były błędne, faktem było że zachował się wobec gościa nieprzyjemnie.
Westchnął, chcąc spuścić trochę pary. W tym momencie do jego głowy przyszedł pomysł.
— Przepraszam, jestem po prostu zmęczony — wyjaśnił. — Jestem na zmianie od początku dnia, a na godziny szczytu zostałem sam. — Wziął do ręki ścierkę i zaczął wycierać ladę. — Muszę jeszcze ogarnąć sale i pozmywać naczynia, zanim będę mógł pójść spać — zwierzył się, choć nie był zwykły użalać się przed obcymi.
— Pozwól, że Ci pomogę — wysunął propozycję Dante.
Na drobną chwilę Diya został wybity z rytmu, zamierając w ruchu. Wrócił do wycierania blatu.
— Nie trzeba, poradze sobie sam.
— Ależ nalegam — upierał się. Saadiya był za to zbyt zmęczony, by się kłócić. Już lepiej, by się zgodził, to przynajmniej będzie mieć spokój.
Westchnął ciężko, drugi raz od obudzenia się parę minut temu.
— Niech Ci już będzie. W kuchni znajdziesz drugą ścierkę. Możesz zacząć zmywać stoły.
Dante skinął głową i postąpił wobec instrukcji. Z jego pomocą ogarnęli salę w paręnaście minut, choć Diya nie był pewny co do swojego poczucia czasu. Chłopak jeszcze kończył zamiatać podłogę gdy bestia ruszył do kuchni, by w końcu pozmywać czekające na niego kufle. Nie był nawet w połowie, kiedy Dante wrócił.
— Skończyłeś już? — Diya spojrzał na niego zdziwiony, że tak szybko skończył. Ten potwierdził skinieniem głowy, po czym zerknął na stos nieumutych kubków.
— Pozwól, że ja się tym zajmę — rzekł, i nie dając nawet bestii zaprotestować, podszedł do niego, odbierając mu z rąk gąbkę i od razu biorąc się za mycie.
Saadiya nie miał siły, by się kłócić ni przepychać. Po prostu dał mu zrobić to, co chciał.
— Mógłbym spytać, czy jutro również przypada na Ciebie zmiana? — zapytał Dante.
— Nie, jutro mam wolne. Jestem tu tak naprawdę na pół etatu, a charuje jakbym był na półtorej… — mruknął. — Słyszałem właśnie, że ostatnio na pobliskich bagnach zaobserwowano agresywnego terrawita, który atakuje każdego, kto się do niego zbliży. Chcę się temu jutro bardziej przyjrzeć.
Drugi chłopak zerknął na bestię.
— Czy mógłbym w takim razie wnioskować, że należysz do łowców potworów?
— Czy należę to nie wiem, ale za młodu tata nauczył mnie tego i owego. Przynajmniej mogę sobie trochę tym dorobić. — Ptasia bestia oparł się o blat, pozwalając swoim obolałym stopom odpocząć. Nie może się doczekać, aż ściągnie te niewygodne geta.

<Dante?>

13 lip 2022

Od Saadiyi "Scurki" cz.9 (c.d Diego)

 Jesień 1456

– Musimy więc zajrzeć do... następnych domostw – mówiąc to, niepewnie ruszył naprzód. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Gdyby nie powaga sytuacji, Diya zmusiłby go do odpoczynku. Nie mieli jednak czasu, by przerwać śledztwo - życie kogoś innego mogło być w zagrożeniu. Po wszystkim będą zmuszeni komuś zgłosić śmierć tego człowieka, żeby został pochowany w odpowiedni sposób. Nie chcieli przecież, by ignisy wyczuwając padlinę plątały się po mieście.

Ruszył za nim, dorównując mu kroku. Poczucie współczucia jednak dało górę.

– Ale wszystko dobrze? – dopytał, patrząc się na maskę chłopaka. Nie wiedział, czy jest blady, ale po jego ruchach mógł wywnioskować jego słabe samopoczucie.

– Chyba tak – odpowiedział niemrawo. Patrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił wzrok do przodu.

– To pukamy do pierwszego najbliższego domu. – Podszedł do drzwi naprzeciwko budynku w którym znaleźli trupa. Nie czekał nawet na odpowiedź - już mocno zastukał.

Otworzyła im młoda kobieta, wyglądająca na niemniej zaskoczoną nagłą wizytą.

– Dzień dobry, jesteśmy łowcami potworów – zaczął Diya, ale nim skończył kobieta mu przerwała.

– Co chcecie?


<Diego?>


3 lip 2022

Od Saadiyi "Obozowisko łowców" cz.8 (c.d Avrion)

Jesień 1456

– Wybacz więc, że cię rozczarowałem. Jestem tylko kupcem. Kupuję od jednych, sprzedaję drugim. Dużo podróżowałem, więc mam przedmioty z całego świata. – Ostatnia część zdania spowodowała, że Diya wpadł na pomysł. – W zasadzie używam tylko niektórych przedmiotów z mojej kolekcji. Cała reszta jest przeznaczona na sprzedaż – dokończył swoją wypowiedź.
– Masz może na stanie rzeczy z dalekiego wschodu? – dopytał niepewnie, dalej przyglądając się rzeczom Avriona.
– Oczywiście, że mam – odpowiedział, wstając z taborecika.
– Ah, nie trzeba, pytam na przyszłość tylko – powiedział szybko, chcąc zatrzymać mężczyznę.
Spojrzał na niego tylko zaskoczony, po czym ponownie usiadł na miejscu. – Jeśli tak, to w może przyszłości coś od ciebie kupię, bo szczerze już tęsknie za smakami z moich stron – wyjaśnił, chcąc naprostować swoją sytuację.
– Od dawna jesteś łowcą? – zapytał Avrion.
– Jeśli liczyć od początku, jak mnie tata zaczynał uczyć, to tak z… – zastanowił się chwilę. – Dwanaście lat? Wioskę opuściłem tak koło pięć lat temu.

<Avrion?>

29 cze 2022

Od Saadiyi "Przepraszam? Można pokój dla dwojga?" cz.2 (c.d Dante)

Lato 1457


– Przeliczone, do rozpoczęcia jesieni, jeśli to nie jest problem – odparł cwanie nieznajomy. Diya spojrzał na niego zaskoczony - nie tego się w końcu spodziewał. Wziął mieszek z pieniędzmi, nie wiedząc czy być podejrzliwym co do sumy pieniędzy w środku, czy może wierzyć mu na słowo.
– Już idę po klucz – rzucił krótko, znikając w drzwiach do kuchni. Stara Berthina spojrzała na niego znad garów.
– Oho! Już ktoś wynajął pokój? – zapytała swoim skrzeczącym głosem.
– Tak, do początku jesieni – wyjaśnił, kładąc sakiewkę w miejscu do tego przeznaczonym.
– Czyżby to nie był młody, ciemnowłosy chłopak? – zapytała, uśmiechając się w ten swój charakterystyczny sposób.
Na tym etapie Diya nie był już zdziwiony. Znał już Berthinę i jej pamięć, która była wręcz przerażająca.
– Tak.
– Czyli Dante znowu do nas wraca – uśmiechnęła się, wracając do garów. – Daj mu klucz do piątki.
Skinął głową, biorąc wskazany przez staruszkę klucz.
Wrócił do głównej sali karczmy. Wspomniany przez staruszkę Dante czekał przy ladzie, rozglądając się uważnie po otoczeniu. Był ciekawy, ile miał lat.
– Proszę – podał mu kluczyk.
– Wow, szybka obsługa, i to właśnie kocham w tej karczmie... - mówiąc to, chłoapk spojrzał na kluczyk – Oj, zdaje mi się, że nie wiem który to pokój.. Mógłby mnie pan zaprowadzić tam, o ile nie sprawiłbym kłopotu? – poprosił, patrząc na niego błagalnie.
– Oczywiście, tylko zawołam koleżankę by popilnowała baru – odpowiedział, już kierując się w stronę kuchni. Zawołał Karnie, która obecnie pomagała Berthinie skrobać ziemniaki. Kozica przyszła za nim.
– A co to za pięk… – zaczęła, jednak Diya zdążył już podejść do Dante i pociągnąć go za rękaw w stronę korytarza.
– Zignoruj ją – powiedział.
Puścił go w momencie, gdy wyszli z głównej sali.
– Przepraszam że cię pociągnęłem, chciałem cię ochronić przed zostaniem jej ofiarą – wytłumaczył się, śmiejąc się krótko w nerwowy sposób.
Tylko się zaśmiał, machając na to ręką. Ruszyli w stronę pokoju o numerze pięć.
– Skoro pan daje lekcje śpiewania, pewnie mogę wnioskować że jest pan wędrownym muzykiem? – nawiązał, chcąc zagaić rozmowę.
– Nie nazwałbym siebie wędrownym muzykiem, choć nie mogę zaprzeczyć, że śpiewam całkiem przyzwoicie.
Oczka Diyi zaświeciły się dziecięcym blaskiem.
– Chciałbym usłyszeć jak śpiewasz – zaczął, a po jego głosie dokładnie można było usłyszeć ekscytacje. – Może chciałbyś, tak kiedyś, zaśpiewać coś dla mnie? - poprosił najładniej jak potrafił, choć nie był najlepszy w perswazji.
Na twarzy Dantego pojawiło się dobrze widoczne zaskoczenie.
– No nie wiem, czy chcę panu śpiewać, po takiej odmowie... – Odwrócił głowę, jakby urażony prośbą Diyi.
– Przepraszam jeśli cię zraniłem, ale naprawdę nie zamierzam się rozwijać w kierunku śpiewania. Gdyby tu była moja siostra, mógłbym jej polecić ciebie. Od zawsze kochała śpiew, nawet pomimo swojej… chłopięcej natury. Ale naprawdę, ja i śpiew to dwie różne rzeczy – zaczął się tłumaczyć, gestykulując żywo.
Dante tylko zaśmiał się krótko. Miał naprawdę ładny śmiech, pełny lekkiej szczerości. Czysty. Krystalicznie czysty, jak jeden z najprzejrzystszych kryształów. Diya zarumienił się lekko, co na szczęście zostało ukryte pod jego ptasią maską.
– Gdyby tutaj była, chętnie udzieliłbym jej paru prywatnych lekcji – powiedział z uśmiechem na twarzy.
– Naprawdę?! W takim razie może napisze do niej list, że znalazłem dla niej nauczyciela. – Zaśmiała się radośnie bestia.
Dotarli pod drzwi pokoju numer pięć.
– Jesteśmy – oznajmił, nawet nie dając czasu na odpowiedź Dantemu.


<Dante?>

26 cze 2022

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.11 (c.d Karniela)

Jesień 1456

– A co jeśli nie pozwolę? – zapytała stanowczo, że aż po plecach Diyi przeszły ciarki.
– Nie wiem, czy w ogóle masz jakieś prawa do decydowania o… - Nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdy Karniela zdążyła niebezpiecznie się do niego przybliżyć. Zrobił parę kroków w tył, ostatecznie kończąc opartym o drzwi do jej pokoju. Ona błyskawicznie znalazła się bliżej niego, a ich twarze znowu dzieliło paręnaście centymetrów. Gdyby nie jego ptasia maska, pewnie podeszłaby jeszcze bliżej. Przełknął ślinę.
– Słuchaj, kochany – zaczęła, opierając swoje ręce o drzwi, blokując mu tym samym wyjście ewakuacyjne. – Jeśli…
Nagłe popchnięcie. Diya poleciał na Karniele, przewracając ją na plecy. Pomimo że to działo się tak szybko, jakoś instynktownie zasłonił potylicę dziewczyny rękoma, chcąc ją ochronić przed urazem. W ostatniej chwili zdążył przekręcić głowę w bok, by nie uderzyć dziobem swojej maski dziewczyny w twarz.
– Ohoho! – Starczy śmiech rozniósł się po pomieszczeniu. – Przepraszam, przepraszam.
Skrzydlata bestia podniosła się z Karni jak oparzona, ignorując zupełnie staruszkę za nimi.
– Wszystko dobrze? – zapytał przerażony.
– Nie powinniście byli opierać się o drzwi – przestrzegła kobieta, której obecność dopiero teraz wyczuł Diya, odwrócił się do niej, będąc całkowicie zdezorientowany.
– Ała – jęknęła przeciągle kozica, podnosząc się do siadu w powolnym tempie.
Chaos, który panował, jeszcze bardziej zakłopotał Saadiye, który nie wiedział jak reagować w takiej sytuacji. Co w ogóle powinien powiedzieć? Kim była ta osoba? Czy może powinien pomóc wpierw Karni, a później przejmować się staruszką?
– Pani mogła zapukać – powiedziała w końcu Karniela, masując się po tyle głowy. – Gdyby nie Diya, to pewnie miałabym stłuczoną potylicę.
– Wasza wina – zaśmiała się staruszka. – Nie trzeba było tu stać!
Karniela zaśmiała się nerwowo. Diya niepewnie wyciągnął w jej stronę dłoń, by pomóc jej wstać. Tak, jak na początku nie zrozumiała, o co chodzi, tak gdy w końcu zdała sobie sprawę, skorzystała z jego pomocy.
– Dziękuję.
– No, Karnia, przygotowywuj się, zaraz otwieramy karczmę. – Dopiero gdy staruszka to powiedziała, Diya zrozumiał kim tak naprawdę była. – A ty zjesz u nas śniadanie? – zapytała skrzydlatą bestię.
– Właśnie! – zaczęła Karnia, zanim zdążył coś odpowiedzieć. – Czy może dziś u nas pracowaaać? – poprosiła słodkim głosem, obejmując rękę Diyi w taki sposób, że chłopak mógł poczuć na swoim ramieniu jej piersi. Gdyby nie maska staruszka najpewniej zauważyłaby rumieniec, który pojawił się na jego twarzy.
Staruszka spojrzała na Diye jeszcze raz, przyglądając mu się uważnie.
– A niech będzie! Tylko niech zdejmie te sztylety, bo goście się jeszcze przestraszą. Przynajmniej będzie kto do kelnerowania! – ucieszyła się.
Diya był zdenerwowany na Karnie. Teraz już nie mógł się z tego wykręcić. Nie miał nawet możliwości, by się sprzeciwić. Spojrzał na kozice rozzłoszczony, na co ona jedynie uśmiechnęła się promiennie.
– Przyjdźcie do kuchni, jak się ogarniecie. Przygotuje już wam śniadanko – mówiąc to, staruszka wyszła, zostawiając Diye samego z dziewczyną.
Założył ręce na piersi, kierując swój zdenerwowany wzrok w stronę dziewczyny.
– Dobrze tak decydować za kogoś bez jego zgody?
– Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze…
– Skończ – przerwał jej, po czym westchnął ciężko.
Zaśmiała się tylko w odpowiedzi. Bez słowa podeszła do szafy i zaczęła w niej grzebać.
– Będziesz się ubierać? – dopytał Diya, jakby chcąc się upewnić.
– Może. – Kozica miała niezły ubaw z droczenia się ze skrzydlatą bestią. Wyjęła jakieś ubrania ze środka, położyła je na łóżku i chwyciła za rąbek swojej koszuli nocnej.
– To ja chyba poczekam na korytarzu – powiedział, odwracając się plecami do dziewczyny.
– Oj zostań, nie chcesz sobie popatrzeć?
Wyszedł. Nie miał już humoru na takie zabawy. To wszystko męczyło go o wiele bardziej niż trening ze swoim ojcem. A jego tata potrafił naprawdę dać mu niezły wycisk.
Kozica wyszła po jakiejś chwili, już nie tak rozbawiona, jak wcześniej.
– Nie potrafisz się w ogóle bawić – marudziła niezadowolona.
– Już cicho bądź. – Ponownie westchnął, ruszając w stronę kuchni.
– Idziesz w złą stronę – zauważyła Karniela.
Zawrócił się bez słowa, chcąc uniknąć rozmowy z kozicą. Zaczęła iść za nim, by później zrównać z Diyą kroku.
– Jesteś na mnie zły? – pytała zmartwiona.
– Po prostu mam wszystkiego dość – odpowiedział, pomimo swojej niechęci do rozmowy.
– Czemu tak? - przeciągnęła ostatni wyraz w samogłosce.
– Bo czuję się niekomfortowo, gdy z tobą rozmawiam.

<Karnia?>

25 cze 2022

Od Saadiyi "Scurki" cz.7 (c.d Diego)

Jesień 1456

– Teraz w prawo – upomniał go Diego.
– Ah, przepraszam – zaśmiał się Saadiya, zwracając się w prawidłową stronę.
Pomiędzy nimi zapanowała cisza, która przynajmniej dla bestii stała się niezręczna.
– To jeszcze jedno w lewo i będziemy na miejscu? – dopytał.
Zamaskowany spojrzał jeszcze raz w notatnik.
– Nie, jeszcze raz w prawo i dopiero wtedy w lewo – poprawił Diye, po czym między nimi zapanowała, przynajmniej w odczuciu bestii, niezręczna cisza. Przeszli w niej całą pozostałą im drogę.
Zatrzymali się gdy byli już na miejscu. Uliczka jak uliczka - wyłożona brukiem, dookoła której domy wyznaczały dosyć wąskie przejście. Można było jednak spokojnie iść we dwóch obok siebie, jednak Diya wątpił by zmieścił się tutaj wóz kupiecki.
– Spójrz – z podziwiania alejki wyrwał go Diego, który kucając uważnie przypatrywał się czemuś przy ziemi.
– Co znalazłeś? – pochylił się nad nim, spoglądając na odkrycie drugiego łowcy.
W ścianie widniała wyraźna nadkruszona dziura, prowadząca najpewniej do środka czyjegoś domu. Diego podniósł kawałek brązowawej sierści, która ostała się na ostrych krańcach przejścia.
Nie musieli nawet nic mówić - wszystko było jasne jak słońce. Spojrzali tylko na siebie i skinąwszy głową, podbiegli do drzwi tego domu. Saadiya zapukał mocno, jednak odpowiedziała mu cisza. Nawet po powtórzeniu tego parę razy, nikt nie otworzył drzwi.
– Kurwa – przeklnął pod nosem Diya, naciskając klamkę i wchodząc do środka.
– Czekaj, nie wchodź! – Diego próbował go powstrzymać, jednak nie podziałało to na bestie. Bezpieczeństwo kogoś jest o wiele ważniejsze, niż czyjaś prywatność. Fakt, było to włamanie, jednak już wolał złamać prawo, niż czuć poczucie winy że nie zdążył kogoś uratować.
W środku panowała kompletna cisza - nie było widać żadnej żywej duszy. Przeszedł jak burza przez kuchnie, próbując znaleźć chociażby najmniejszy ślad czających się tu scurków. Wszedł do spiżarni - pusto, kompletnie pusto. Było widać tylko parę opróżnionych, nadgryzionych worków na nielicznych półkach. Na czole Diyi zaczął pojawiać się zimny pot. Nie.
Popędził w strone następnych drzwi, które okazały się prowadzić do sypialni. Na łóżku leżał człowiek który… Nie żył.
Saadiyi zrobiło się słabo. Widok człowieka z przegryzioną skórą, brakiem wnętrzności oraz widocznej gołej kości nie należał do najprzyjemniejszych. Tak samo obrzydliwy był zapach unoszący się nad zwłokami, który nadzwyczaj skutecznie przyciągał do siebie muchy. Ale wstrząsnęło nim to bardziej, niż te wszystkie truchła zwierząt, które przetoczyły się przez jego ręce. Był to w końcu żywy człowiek, który tak jak on posiadał swoją rodzinę, marzenia oraz życie. Zobaczenie kogoś w takim stanie było nie mniej niż okropne.
– Co jest? – Diego podszedł do niego, jednak zamilkł na widok jaki zastał.

<Diego?>

31 mar 2022

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.9 (c.d Karniela)

Jesień 1456

– To jak? Co powiesz na poranny masażyk? – Kozica powtórzyła propozycję.

Instynkt nawoływał Diye do jak najszybszej ucieczki. Dalej oznaczał Karnie jako zagrożenie. Był w stanie już domyślić się w jakim aspekcie była niebezpieczna. 

Patrzyła na niego wyczekująco, uśmiechając się przyjaźnie. Westchnął.

– Gdyby nie to, że mam do ciebie parę pytań, najpewniej bym teraz uciekł. – Wyminął dziewczynę, ponownie siadając na łóżku. – Jeżeli chcesz to masuj – zgodził się jakby od niechcenia, prostując obolałe skrzydło.

Uśmiech dziewczyny nabrał innego wyrazu, którego Diya nie potrafił określić, a ona sama zawiesiła się na chwilę. Nie trwało jednak długo, zanim wróciła stara Karnia. 

– Oho, pytania, powiadasz? – nachyliła się nad nim, szczerząc się szeroko. – O co takiego chciałbyś spytać?

W obecnej pozycji zwisający dekolt jej koszuli nocnej w ogóle nie zakrywał biustu. Gdy tylko uświadomił sobie na co patrzy, odwrócił głowę w bok, czując jak jego poliki czerwienieją.

Zaśmiała się, widząc reakcję Diyi.

– No mów, nie wstydź się – zachęcała. – Czemu nagle się zarumieniłeś, jak sam mówiłeś że chcesz o coś mnie zapytać?

– Widać… Widać ci piersi – powiedział niepewnie, nie odwracając do niej wzroku.

– To problem? – rzuciła beztrosko. – Matko, jaki z ciebie świętoszek. Nigdy nie widziałeś nagiej kobiety?

Zaczął żałować, że jednak nie uciekł. Znowu się zaczyna.

– Nie, nie jestem po ślubie – wytłumaczył, zerkając na dziewczynę ponownie.

Prychnęła rozbawiona, prostując się.

– Znowu zaczniesz się usprawiedliwiać tą swoją religią? Co ty, z zakonu się urwałeś? 

Speszył się.

– Wolałbym jednak przestrzegać zasad mojej kultury – powiedział, ignorując zaczepkę kozicy.

Uniosła brwi.

– Tych samych zasad które każą ci nosić tą dziwną maskę? Po co ona jest tak w ogóle?

Zawahał się chwilę.

– To talizman ochronny, mający chronić przed urokiem potomkiń Silinge – wytłumaczył, odrobinę bojąc się reakcji dziewczyny. Co jak go wyśmieje?

– Silinge? – zaciekawiła się.

– Żeński potwór z legend, który kusił mężczyzn, by po wykorzystaniu ich odebrać im wzrok. – Kończąc, zerknął niepewnie na twarz kozicy.

Przetwarzała przez krótką chwilę informację, po czym zaśmiała się odrobinę.

– Jeżeli boisz się zdjąć maskę przy mnie przez tą legendę, to możesz być spokojny. Nie mam w zwyczaju oślepiać nieznajomych – zażartowała.

– Nawet nie myśl, że ściągnę maskę – ostrzegł, zanim ta zdążyła o to poprosić.

Zrobiła smutną minkę.

– No weeeź, co ci szkodzi? – dalej próbowała go przekonać. – Jeżeli chcesz mogę cię nawet za to wynagrodzić – dodała zalotnie.

Diya nerwowo potarł podbródek.

– Nie chciałaś czasem wymasować mi skrzydła? – próbował zmienić temat.

– Ano, chciałam. Ale teraz tak myślę, czy jest w ogóle warto? – Z jej tonu głosu mógł wyczytać, że najwyraźniej kozica się z nim droczyła. – Nie będę robić przecież niczego za darmo~

Spojrzał na nią lekko poirytowany. Nawet przeszło mu przez myśl, by po prostu wyjść z pokoju, ignorując chęć do zadania jej pytań. Zawsze mógłby zapytać się o to w późniejszym czasie.

Westchnął, chcąc minimalnie się uspokoić.

Sięgnął ręką do twarzy, chwytając za swoją maskę, po czym ją ściągnął. Spojrzał na kozice zdenerwowany, piorunując ją wzrokiem swoich złotych oczu.

– Tylko odpowiedz na moje pytania – ostrzegł.

Karnia patrzyła na niego zaskoczona.

– Szczerze to się nie spodziewałam. – powiedziała, dalej stojąc przed nim jak słup soli. – O co takiego w ogóle chcesz zapytać, że jesteś aż tak zdesperowany?

– O to, czy między nami do czegoś doszło – wyjaśnił.

Twarz dziewczyny momentalnie przeszła z wyrazu zaskoczenia, do rozbawienia. Roześmiała się głośno.

– I po to aż zdjąłeś maskę?

Nie miał akurat humoru na żarty. Chciał już poznać odpowiedź i mieć spokój ducha. Patrzył tylko na nią wyczekująco.

– Eh, no dobra, dobra – westchnęła pod ciężarem wzroku chłopaka. – Nic wartego zapamiętania, szczerze mówiąc trochę się zawiodłam.

Niejednoznaczna odpowiedź wystarczyła, by Diya się przejął. Może jednak lepszym rozwiązaniem było pozostanie w niewiedzy i okłamywanie się, że do niczego nie doszło.

– Ale jeżeli chcesz, możemy… 

– Nie – przerwał jej zanim zdążyła skończyć propozycje.

Spojrzała na niego, jakby znudzona jego niedostępnością.

– Chyba naprawdę potrzebujesz tego masażu. Jesteś strasznie sztywny – skomentowała, siadając obok niego po stronie przygniecionego skrzydła.

– A czego żeś się spodziewała po kimś, kto urwał się z zakonu? – zażartował, cytując wcześniejszą wypowiedź kozicy.


<Karnia? Please, don’t hurt me>


28 mar 2022

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.7 (c.d Karniela)

Jesień 1456

Pulsujący ból głowy był bodźcem, który stopniowo wybudzał Diye z alkoholowego snu. Wprawdzie nękało go to już od dłuższej chwili, ale dopiero gdy wracał do przytomności zaczęło mu to przeszkadzać. Jego sytuacji wcale nie polepszało ciągłe uczucie pragnienia. Co takiego mogło doprowadzić go do takiego stanu? Próbował sięgać pamięcią do ostatnich wspomnień, jednak jedyne co pamiętał, to kończenie miski popieprzonego budyniu. Ah, no tak – barmanka przecież zaproponowała mu do tego piwo. Musiał chyba przesadzić, skoro skończył z tak potężnym kacem. Był w sumie ciekawy, na ilu kuflach się skończyło.
Stopniowo następne zmysły zaczynały wracać do normalności. Najbardziej zastanawiającym bodźcem był specyficzny ucisk klatki piersiowej, którego nie mógł wyjaśnić w żaden sensowny sposób. Przecież kołdra nie była nigdy aż tak ciężka. Uchylił lekko oczy spodziewając się zostać oślepionym przez promienie słońca. Jednak ku jego zdziwieniu do tej sytuacji nie doszło. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że dalej miał maskę na swojej twarzy. Musiał zapomnieć by ją wieczorem zdjąć. Jedno szczęście, że nie leży na boku ani na brzuchu, inaczej krawędzie już dawno odbiłyby się na jego czole i policzkach.
Spojrzał w końcu w dół, ciekawy źródła tego dziwnego, nieznajomego mu ucisku.
Otworzył szerzej oczy. Barmanka, która poprzedniego wieczoru go obsługiwała, śpiąc jak zabita, tuliła się do jego torsu. Dopiero teraz również dotarło do niego, że znajduje się w nieznajomym mu otoczeniu.
Zaczynał żałować tego, że zgodził się na propozycję kozicy. Gdyby nie wypił, najpewniej nie znajdowałby się w obecnej sytuacji. A nawet gdyby, to przynajmniej miałby jakiekolwiek pojęcie jak do tego wszystkiego doszło. Jego głowę zaprzątała masa pytań, na które jedynie dziewczyna mogłaby odpowiedzieć.
Jednak ona akurat spała. Co prawda mógł ją obudzić, ale jakoś tak bał się konfrontacji z dziewczyną. Plus nie miał serca przerywać jej snu, ale to tak na marginesie mówiąc.
Leżał więc tak w bezruchu, wpatrzony w sufit, nie wiedząc co mógłby obecnie robić. Przez to jak uwalona na nim była dziewczyna, nie mógł nawet przewrócić się na żaden bok. Przynajmniej nie leżała na żadnym z jego skrzydeł. Jedyną rzeczą która mu przeszkadzała były jej rogi, niebezpiecznie skierowane w podbródek Diyi. Gdzieś z tyłu głowy czuł, że dziewczyna mogłaby go nimi zabić.
Stracił rachubę czasu. Miał wrażenie jakby czekanie aż kozica się obudzi trwało wieczność. Spojrzał na nią ponownie, zastanawiając się chwilę. Wyciągnął w końcu trochę niepewnie dłoń w stronę jej głowy. Przejechał delikatnie koniuszkami palców po jej włosach. W dotyku przypominały szorstką, kozią sierść. Ciekawe, czy bestia gatunku owcy miałaby na głowie miękki puszek. W swojej rodzinnej wiosce mógł napotkać jedynie ptasie bestie, więc nie był zbyt zaznajomiony z takimi naziemnymi gatunkami. Co prawda w czasie swojej podróży napotkał parę takich bestii, jednak nie miał okazji przyjrzeć się im z tak bliska.
Jego dłoń napotkała na ucho dziewczyny. Pomimo tego, że czuł się jakby robił coś złego dotykając ją bez pozwolenia, dał swojej ciekawości wolną rękę. Jej ucho było miękkie, pokryte krótką sierścią, przypominającą w dotyku sztywny meszek.
Głowa dziewczyny podniosła się lekko. Zabrał spłoszony rękę, czując jak krew odpływa mu z twarzy.
– Przepraszam – powiedział szybko, przestraszony.
Kozica spojrzała na niego swoimi ciemnymi oczami, by po chwili uśmiechnąć się słabo. Dopiero się obudziła.
– Miękkie, prawda? – odezwała się sennym głosem, wyglądając na lekko rozbawioną.
– Odrobinę – przyznał. Patrzył na nią niepewnie, nie wiedząc czy na pewno powinien o to pytać. – …Nie jesteś zła, że dotknąłem ich bez pozwolenia? – Rzekł w końcu.
– Czemu miałabym? – Mógł wyczytać nutę zaskoczenia.
Wymsknął mu się krótki nerwowy śmiech. Sam nie znał odpowiedzi na to pytanie.
– Nieważne. – Odwrócił od niej wzrok, czując jak narasta w nim uczucie niezręczności.
Nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji, dlatego nie miał bladego pojęcia jak należy się zachowywać. Dodatkowo, przez lukę w pamięci nie wiedział zbytnio jak powinien traktować dziewczynę. Bo co tak właściwie między nimi zaszło?
Ale zanim zacznie zadawać pytania, chyba musi jakoś wyjść z tej dziwnej pozycji. Nie, żeby kozica była jakoś przerażająco ciężka. Po prostu niezbyt wygodne było ciągłe leżenie w jednym miejscu, bez możliwości zmienienia ułożenia ciała.
– Mogłabyś… – przerwał, nie będąc pewnym czy na pewno grzecznie byłoby o to prosić. Wziął wdech. – Mogłabyś może ze mnie zejść?
Ugryzł się w wargę, uświadamiając sobie że nie ubrał tego w odpowiednie słowa. A co jak się obrazi
Spojrzał niepewnie na dziewczynę, która po chwili zaczynała się podnosić. Już chciał odetchnąć z ulgą, lecz ku jego zdziwieniu dłonie kozicy wylądowały obok jego głowy. Znajdowała się bezpośrednio nad nim, uśmiechając się złośliwie.
– Zmuś mnie – rozkazała rozbawiona.
W co on takiego się wpakował.

<Karnia?>


26 mar 2022

Od Saadiyi "Scurki" cz.5 (c.d Diego)

Jesień 1456

Przewiesił prowizoryczną torbę z resztkami sztyletu przez głowę, ruszając za kuglarzem. Cóż za intrygująca osoba. Był strasznie ciekawy powodu, przez który nieznajomy kryje swoją twarz pod drewnianą maską. Może pochodzi skądś, gdzie również tamta kobieta zbierała swoje żniwo? Nie dowie się, dopóki go nie spyta, więc wypadałoby chociażby zacząć rozmowę.

Zrównał z nim kroku.

– Wychodzi na to, że będziemy przez jakiś czas pracować razem, więc… Jestem Saadiya, ale możesz skracać do Diya – uśmiechnął się promiennie, podając mu rękę.

Nieznajomy podniósł głowę znad notatnika, w którym najpewniej miał zapisane wskazówki jak dojść do wskazanej przez kobietę ulicy, i zwrócił swój wzrok ku bestii.

– Diego – odpowiedział krótko.

Monotonny głos kuglarza wcale nie zniechęcił chłopaka przed kontynuowaniem rozmowy.

– Od długiego czasu jesteś łowcą? – dopytywał dalej, nie mniej energicznie niż wcześniej.


<Diego?>

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.4 (c.d Karniela)

Jesień 1456

Dziewczyna zniknęła za drzwiami, pozostawiając Diye z ciężkim wyborem. Pić, czy nie pić? Z jednej strony dawno nie miał żadnego trunku w ustach, z drugiej nie chciał obciążać nieznajomej kosztami. Dochodził jeszcze problem, że będąc pod wpływem ciężko się lata, więc gdyby wypił cokolwiek mocniejszego, najpewniej musiałby wracać piechotą do zajazdu.
Jednak czuł wielką ciekawość do tutejszych alkoholi. Wiedział już z poprzednich doświadczeń, że w tych stronach preferują mocniejsze smaki, niż w jego rodzinnej wiosce. Więc jak już, to będzie musiał poprosić o coś słabszego.
Po jakiejś chwili wróciła z miską budyniu, którą postawiła przed chłopakiem.
– Więc jak? Zdecydowałeś się na coś? – zapytała kozica, uśmiechając się w sposób nieokreślony dla Diyi.
– Może skusiłbym się na jeden kufel, jeżeli nie byłoby to problemem – powiedział uprzejmie, widząc jak powiększa się uśmiech dziewczyny. Skłamałby, gdyby zaprzeczył, że dziwne zachowanie barmanki wcale go nie zastanawiało. Była lekko podejrzana, jeżeli może to tak nazwać.
– Oczywiście, że nie jest to problemem! Przecież sama ci to zaproponowałam. – Zaśmiała się. – Więc? Co dokładniej byś chciał? – Oparła się o blat, patrząc na niego wyczekująco.
– Nie znam zbytnio alkoholi z tych stron, więc wypiję cokolwiek mi zaproponujesz – odpowiedział Diya. – Byle nic mocnego, mam słabą głowę – dodał szybko z nutą niepewności i zmieszania w głosie.
Zastanowiła się chwilę, po czym ponownie rozpromieniała.
– W takim razie już podaję! – Odeszła gdzieś na chwilę.
Przysunął do siebie miskę budyniu, którą wcześniej podała mu dziewczyna. Naczynie było zimne, co świadczyło o tym, że jedzenie zostało przygotowane już wcześniej. Na kremowej powierzchni było doskonale widać drobinki czarnego pieprzu. Pomimo że był miłośnikiem ostrego smaku, miał wątpliwości czy na pewno to dobre połączenie. Czuł się, jakby prośbą o popieprzenie budyniu złamał jakąś tajną regułę kulinarną, przez którą obecnie znajduje się na czarnej liście boga gotowania.
Nawet nie zaczął jeść, gdy barmanka wróciła, stawiając przed nim kufel pełen trunku.
– Proszę bardzo, kochanieńki! – Oparła ręce na swoich kozich biodrach, wyglądając na bardzo dumną.
Coś dalej nie pasowało mu w zachowaniu barmanki. Instynkt reagował na nią jak na zagrożenie, pomimo że przecież wydawała się miła. Diya jednak ignorował te przestrogi, zwalając to wszystko na przewrażliwienie. Co takiego mogła mu zrobić energiczna kozica? Zatruć jedzenia raczej nie zatruła.
– No już, na co czekasz? – Pogoniła go do spróbowania trunku.
– Ach. – Otrząsnął się. Prawie by o tym zapomniał.
Barmanka patrzyła na niego wyczekująco.
Podniósł kufel i zbliżył go do ust. Nieznajomy zapach lekko drażnił jego nos. Nie był jednak nieprzyjemny. Uchylił łyk, pozwalając gorzkiej cieczy wypełnić swoje usta. W chwili połknięcia fala ciepła rozlała się po jego przełyku. Skrzywił się. Jeżeli był to jeden ze słabszych trunków, to wątpiłby w to, że przeżyłby wypicie czegoś mocniejszego.
– I jak?
– Macie naprawdę mocne piwo – skomentował.
Zaśmiała się i chciała już coś powiedzieć, gdy po karczmie rozniosło się wołanie. Jakiś pijaczyna najpewniej domagał się następnej dolewki.
– Już idę! – barmanka odeszła do drugiej części lady.

Diya w czasie nieobecności dziewczyny zdążył opróżnić całą miskę budyniu, przez który najpewniej jakiś kucharz wołał o pomstę do nieba. Zawartość kufla nie ubywała jednak aż tak szybko – dalej pozostała mu ponad połowa do wypicia. Czuł już jednak pierwsze oznaki upojenia alkoholowego. Szumiało mu w uszach, a gorące policzki świadczyły o jego rumieńcu. Był pewien, że gdyby w obecnej chwili wstał, najpewniej nie byłby w stanie stać prosto.
Oparł głowę o rękę podpartą w łokciu. Tak bardzo walczył o to, by nie rąbnąć łbem o blat.
Kozica podeszła do niego.
– Czyli serio masz słabą głowę – zaśmiała się, widząc w jakim stanie znajdował się aktualnie chłopak.
– A weź nic nie mów – burknął, podnosząc wzrok znad blatu by spojrzeć na twarz dziewczyny. No, przynajmniej zamierzał, bo i tak skończyło się na tym, że jego spojrzenie utkwiło na biuście barmanki. Nie trwało jednak długo nim zdał sobie z tego sprawę. Odwrócił więc szybko głowę w bok. – Nigdy niczego mocniejszego nie piłem – powiedział trochę niewyraźnym głosem.
Uśmiechnęła się, ponownie. Ciekawe jakby skończył, gdyby brał łyka za każdym razem, gdy na twarzy barmanki pojawiłby się uśmiech.
– To skąd ty jesteś, że taki lekki trunek aż tak cię rusza? – zapytała, znowu opierając się o ladę.
Diya spojrzał na nią mimowolnie. Ręce miała założone tuż pod średniej wielkości piersiami, które przez dekolt bluzki, oraz pozycję, w której znajdywała się dziewczyna, wydawały się większe, niż były w rzeczywistości.
– Uh… – mruknął, nie mogąc się skupić na odpowiedzi. Czemu musiał być pijany. – Skądś ze wschodu – powiedział szybko, dalej trochę niewyraźnie.
Barmanka uniosła w rozbawieniu brwi.
– Skądś ze wschodu, powiadasz? – zaśmiała się krótko. – Matko, naprawdę jesteś upity.
Głowa stawała się coraz cięższa.
Nawet nie zauważył, gdy przestał kontaktować, a jego łeb osunął się na drewniany blat.
Zasnął.

<Karnia? Żart polega na tym, że zamiast nalać mu najsłabszy trunek, podała jeden z mocniejszych>

25 mar 2022

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.2 (c.d Karnia)

 Jesień 1456

Obudził się. Za oknem było jeszcze jasno i nic nie wskazywało na zbliżający się zachód słońca. Spał krócej niż myślał, że będzie. Może to przez osłabiający go głód nie potrafił już zasnąć? Nie ważne jednak jaki był powód niemocy ponownego zaśnięcia, nie zmieniało to faktu, że musiał w końcu wstać i coś zjeść.

Zejście z łóżka i ogarnięcie się zajęło mu zdecydowanie za dużo czasu. Co prawda jeszcze było widno, jednak słońce już powoli zachodziło. Będzie musiał się pospieszyć. Polowanie w nocy jest niezbyt bezpieczne. Ubrawszy maskę wyszedł z pokoju i zakluczył drzwi.

Na ulicach o tej porze było już spokojnie. Stragany stały puste. Chłód potęgowany przez wieczorną wilgoć przenikał przez ubrania Saadiyi. Zamiast jednak wrócić się po coś cieplejszego do ubrania ruszył dalej. Nie przeszkadzał mu mróz - w obecnej sytuacji wręcz potrzebował takiego orzeźwienia. Coś musiało w końcu odwrócić jego uwagę od skręcającej go próżni w żołądku. Wystartował do lotu dopiero wtedy, gdy był już poza wioską. Skrzydła są jednak głośne i mogłyby zaniepokoić mieszkańców. Nie mówiąc w ogóle o braku miejsca - w niektórych uliczkach Saadiya nie jest w stanie nawet ich wyprostować.

Pola rolnicze, parę porozrzucanych w dużych odstępach domków, jakiś lasek gdzieś nieopodal. Rozmyślał nad tym, które z tych miejsc byłoby najlepszym do upolowania czegoś o tej porze dnia. Jeśli udałoby mu się coś złapać, nie zdziwiłby się gdyby pod wpływem chwili zjadł łów na surowo w całości. Chociaż najpewniej skończyłoby się to lekkim podtruciem. Nie mniej jednak, była to lepsza opcja niż umieranie z głodu. Najpewniej i tak, z obecnym stanem jego sakwy, nie było go stać na nic w zajeździe.

Przeleciał nad lasem zauważając zagadkowy kompleks budynków, który przed paroma godzinami aż tak go zainteresował. Może sprawdzi to teraz, jak ma taką okazję? Nie zajmie to przecież jakiejś sporej ilości czasu.

Wylądował odrobinę dalej, o mało nie wpadając w korony drzew. Nie chciał wzbudzić w nikim niepokoju. Szczególnie tutaj, gdzie ptasie bestie są niezbyt często spotykane, bardzo uważał na swoje skrzydła. Wolał nie powtarzać historii sprzed paru miesięcy, kiedy to jakaś starsza kobieta nasłała na niego łowców, ponieważ pomyliła go z potworem.

Podszedłszy bliżej, zauważył światło w oknach zagadkowych wybudowaniach. Co więcej, słyszał… rozmowy? Nie był pewny. Gdyby nie zapewnienia starego kupca, najpewniej pomyślałby że jest to karczma. Może to budynek tutejszej gildii łowców? Przeszedł niepewnie przed budynkiem, bojąc się podejść do drzwi. Bał się, że zrobiłby coś złego wchodząc do środka. Ciekawość za wszelką cenę chciała zostać zaspokojona, strach go jednak powstrzymywał.

Zdecydował się wejść dopiero w momencie, gdy zobaczył starego pijaczyne wychodzącego chwiejnym krokiem z budynku. Zaczął mieć wątpliwości co do prawdomówności starego kupca. Wnętrze potwierdziło jego obawy - elf go okłamał. Po zobaczeniu licznych drewnianych stolików oraz poczuciu unoszącej się w powietrzu woni jedzenia, nie mógł już zaprzeczyć, że jest to karczma.

Żałował teraz, że wynajął pokój aż na tydzień. Zostało mu zaledwie dziesięć ora - nie była to wystarczająca kwota na porządny posiłek. Jeżeli jeszcze okaże się, że karczma udostępnia tańsze pokoje, to następne spotkanie chłopaka ze starym kupcem nie będzie już takie przyjemne.

Zauważył parę nieufnych spojrzeń, rzuconych ukratkiem przez ludzi siedzących w kącie. Prawie zapomniał, że stoi jak słup soli na samym środku wejścia do karczmy. Podszedł więc do lady, siadając na jednym z pobliskich stołków. Jak już jest, to niech chociażby jakoś z tego skorzysta.

Barmanka, którą okazała się młoda bestia z kozim zadem, podeszła bliżej.

– Co podać?

– Raczej nie macie tutaj niczego do jedzenia za dwadzieścia ora? – zapytał, z lekką nadzieją w głosie.

– Tylko budyń.

Lepsze to niż nic, pomyślał. Nie przepadał jednak zbytnio za takimi delikatnymi smakami. Wiedział, że raczej z takim budżetem raczej nie wypadało wybrzydzać czy życzyć sobie jakichś niestworzonych rzeczy.

– A dałoby się go tak trochę… przyprawić? – Nadzieja dalej go nie opuszczała.

Dziewczyna uniosła brwi.

– Przyprawić?

– No tak, odrobinę, pieprzem? – powiedział, robiąc przerwy między słowami.

Spojrzała na niego niedowierzająco.

– Że co?

<Karnia? I FUCKING DID IT>

20 mar 2022

Od Saadiyi "Scurki" cz.3 (c.d Diego)

 Jesień 1456

– Jesteście łowcami? – zapytała kobieta.
– Tak. – Diya i nieznajomy odpowiedzieli równocześnie.
Skrzyżowali spojrzenia. Drugim łowcą był ten sam tancerz, którego występ zwrócił uwagę bestii zaledwie chwilę temu. Kto by się tego spodziewał.
– Te scurki buszują tu już od paru tygodni – mówiła sprzedawczyni. – Wczoraj jeden nawet przebiegał mi wieczorem tuż przed nogami. – Aż przeszły ją ciarki na samo wspomnienie. Diya zmarszczył brwi.
– Na pewno był to scur? – zapytał.
– Na pewno! Bydle większe od tego – wskazała na zwłoki gryzonia leżące na ladzie, a na jej twarzy pojawiło się zdegustowanie.
Tancerz przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu.
– Rozumiem – mruknął, pogrążając się w myślach.
Tłum na rynku zaczynał powoli się przerzedzać. Zamieszanie jakie spowodowały scurki skutecznie odstraszyło co niektórych klientów. Nawet gdzie nie gdzie niektórzy kupcy pakowali w pośpiechu swoje towary.
Dni były już zdecydowanie zbyt zimne by te krwiożercze gryzonie poruszały się swobodnie na zewnątrz. Jednak pomimo tego, ku zdziwieniu wszystkim obecnym, na targu pojawił się nie jeden, a cała trójka scurków! To mogło oznaczać jedno - gdzieś nieopodal założyły sobie gniazdo. I to nie w byle jakim miejscu! Sugerując się po ich zamiłowaniu do ciepłych kątów, najpewniej przesiadują obecnie w czyimś domu, pożerając nieświadomym właścicielom zapasy. Trzeba jak najszybciej wytropić źródło i pozbyć się go u korzeni, inaczej domownicy pechowego domostwa zostaną zaatakowani, a w najgorszym wypadku nawet zjedzeni.
– Na jakiej ulicy dokładniej widziała Pani tamtego scurka?
Potrzeba pierwszego tropu.

<Diego?>

16 mar 2022

Od Saadiyi “Obozowisko Łowców” cz.6 (c.d Avrion)

Jesień 1456

– Odrobinę – odpowiedział szczerze, na co Avrion tylko się uśmiechnął.
Cofnął się, otwierając szerzej drzwi.
– Wchodź. – Jednym słowem zaprosił go do środka.
Nagła propozycja spowodowała, że Diya przez chwile się zawiesił, jakby dalej analizując informacje. Mężczyzna zdążył posłać mu nawet pytające spojrzenie, w pewien sposób go poganiając. Nim jednak wszedł, zdjął ze swoich stóp geta, od razu stawiając stopy na drewnianej podłodze wozu, nie chcąc zabrudzić skarpet błotem.
– Nie musiałeś zdejmować butów. – Avrion usiadł na taboreciku.
– Zniszczyłbym podłogę – wyjaśnił, zamykając za sobą drzwi.
W środku było dosyć ciasno. Światło wpadało do środka przez małe okienko, pod którym stał blat. Na nim zaś znajdowały się przeróżne naszyjniki, noże, kolorowe kamienie oraz… miska z owsianką.
Diyi zaświeciły się oczy.
– Sam zrobiłeś te medaliony? – zapytał z wręcz dziecięcą ekscytacją w głosie.

<Avrion? Ptaszek znalazł błyskotki uwu>

13 mar 2022

Od Saadiyi "Scurki" cz.1 (c.d Diego)

Jesień 1456

Poranek Diya spędził w swoim pokoju, skrobiąc coś w drewnie zebranym parę dni temu. Nie wychodziło mu to jednak dobrze - bez siekierki, którą zostawił w poprzednim mieście, nie był w stanie pozyskać żadnych grubych kawałków surowca. Jedyne co znalazł, to starą gałąź osiki, która nie nadawała się na nic innego niż drewniane koraliki. Była po prostu zbyt chuda, by zrobić cokolwiek innego. Cudem udało się podzielić ją na mniejsze kawałki za pomocą sztyletu. Tępe ostrze nie ułatwiało wcale sprawy - postanowił sobie wtedy, że w końcu pójdzie do kowala by naprawić swoje bronie.
Cóż, dalej tego nie zrobił. Przez jego lenistwo o mało nie zostałby poprzedniego dnia poturbowany przez stadko trzech goblinów. Otóż jeden z jego noży pękł - teraz na pewno wizyta będzie kosztować więcej niż wcześniej. I pomimo tego, że już naprawdę musiał odwiedzić kowala, odkładał to uporczywie w czasie, skrobiąc na uspokojenie owalne korale. Nóż zajechał za daleko, kalecząc jeden z palców Diyi. Upuściwszy nóż i drewniany twór, zasyczał z bólu. A matka zawsze przestrzegała, by nosić rękawice! Rana nie była na szczęście głęboka, ot zwykłe zacięcie.
Westchnął.
Coś mu naprawdę dziś nie idzie.
Stracił chęć do rzeźbienia. Problem leżał w tym, że nie miał kompletnie ochoty na robienie niczego innego. Siedział przez jakiś czas z założonymi rękami, patrząc beznamiętnie na porozrzucane na stole narzędzia i kawałki drewna. Naprawdę musi iść do tego kowala.
Zwlókł się w końcu z krzesła. Dopiął do swojego pasa sakwę oraz pochwę jednego ze sztyletów. Drugi zawinął w kawałek materiału, ponieważ nie chciał ryzykować utknięcia połowy ostrza w środku. Krańce zawiniątka związał ze sobą, tworząc z tego swojego rodzaju torbę, którą wziął w rękę. Jeszcze przed wyjściem ubrał na nogi geta.
Pomimo chłodu na zewnątrz, na rynku panowały tłumy. Dla scurków było już pewnie zbyt zimno, dlatego sprzedawcy korzystali z okazji i wystawiali swoje towary. Pomimo że zwykle nie przeszkadzał mu gwar, aktualnie miał tego całkowicie dość. Gdyby nie poczucie obowiązku, który w końcu musiał wypełnić, najpewniej odleciałby gdzieś na łono natury.
Ruszył w jakąś stronę, bowiem nie miał kompletnego pojęcia, w którą powinien iść. O kowalu dowiedział się od jakiegoś przechodnia, podsłuchując jego rozmowę kątem ucha. Ale gdzie dokładnie jest kuźnia? Tego chciałby się dowiedzieć. Gdyby miał lepszy humor, najpewniej spytałby kogoś z ulicy. W chwili obecnej wolałby już błąkać się do wieczora po Rivocie, niż odezwać się do kogokolwiek.
Dziecięce śmiechy zaczynały przebijać się przez zgiełk targu. Nabierały na sile, więc Diya mógł wywnioskować, że zbliża się do źródła hałasu. Zauważył w końcu grupkę rodziców wraz z ich pociechami, zbierającymi się dookoła… Nie wiedział czego. Ciekawość przezwyciężyła zły humor Diyi. Nie chcąc przepychać się przez tłumy, okrążył zbiegowisko, poszukując miejsca, z którego mógłby dokładnie zobaczyć źródło zainteresowania.
Jakiś chłopak tańczył z płonącymi pochodniami.
 
<Diego? Przepraszam za to zakończenie—>

11 mar 2022

Od Saadiyi "Obozowisko Łowców" cz.4 (c.d Avrion)

Jesień 1456

– Czemu? Coś z nią jest nie tak? – Temat elfki wzbudził lekko jego zainteresowanie.
– Próbowała rzucić na mnie urok – wytłumaczył mężczyzna niechętnie.
Chłopak poczuł jak krew odpłynęła mu z twarzy. Niekontrolowanie nawet spojrzał przez ramie w miejsce, na które przedtem przeniósł wzrok nieznajomy.
– Była tu? – zapytał szybko głosem w którym wybrzmiewała nuta przerażenia.
– Nocowała przez chwilę.
– Wiesz od kiedy jej tu nie ma? – Mówił coraz niewyraźniej, jakby zapominając o wypuszczenia powietrza z płuc.
– W nocy jeszcze tutaj była – odpowiedział mężczyzna lekko marszcząc brwi. – Wszystko w porządku? Wyglądasz na spiętego.
Dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo był zestresowany.
– Ah. Tak tak, po prostu… – Zamilkł. Nie potrafił obecnie się wytłumaczyć. Nie tylko przez przerażenie przed tym, przed czym w jego wiosce go zawsze ostrzegano. W dalszym ciągu przecież miał idealny widok na umięśnioną klatkę piersiową nieznajomego. – Nieważne – westchnął w końcu zrezygnowany. – …Nie jest ci czasem zimno? – odważył się w końcu spytać.

<Avrion?>

6 mar 2022

Od Saadiyi "Obozowisko Łowców" cz.2 (c.d Avrion)

Jesień 1456

Jego planem od początku dnia było znalezienie i rozeznanie się w obozowisku łowców. Wyruszył więc od razu po obudzeniu, nie marnując czasu na zbędne przygotowania. Deszcz tuż przedtem przestał padać, pozostawiając po sobie przyjemny zapach mokrej ziemi.
Niezależnie gdzie szukał, nigdzie nie widział niczego przypominającego miejsce o którym tak zawzięcie opowiadał mu ojciec. Nawet uwzględniając możliwość przeprowadzek - pusto. Nigdzie nie był w stanie znaleźć żadnych namiotów. Jedynie gdzieś napotkał wygaszone ognisko, otoczone prowizorycznymi ławkami. Trawa dookoła niego była wydeptana - gdzie nie gdzie było widać nawet świeżą ziemie. Takie ścieżki wiły się paręnaście metrów od paleniska. Diya przypuszczał, że mogło być to poprzednie miejsce w którym znajdowało się obozowisko. Zastanawiało go jednak, czemu poprzedni łowcy opuścili to miejsce? Może gdzieś niedaleko jest miejsce o wiele bardziej owocne w łupy? Czy po prostu Świszczące Równiny są zbyt niebezpieczne? Pytania kłębiły się w Diyi gdy patrolował najbliższe otoczenie ogniska. Liczył, że w zadeptanej trawie będzie w stanie coś znaleźć. Niestety, jak długo by jej nie przeczesywał - nie zauważył niczego co mogłoby dać jakąś wskazówkę. Zrezygnowany usiadł na ławie, zastanawiając się nad sensem kontynuowania poszukiwania.
To, co przekonało go do dalszej wędrówki była myśl o pieniądzach. Nie każde zlecenie może wykonać samemu, szczególnie na obecnym jego poziomie, a jednak z czegoś trzeba żyć. Nie uśmiechało mu się ograniczanie kosztów przez spanie w namiocie, szczególnie gdy nie miał drugiej osoby by zapewnić w nocy jakiekolwiek bezpieczeństwo.
Tym razem zrezygnował z lotu. Czuł, że potrzebował po prostu przechadzki. Ruszył pobliską drogą, którą zaobserwował wcześniej z powietrza. Przez dalsze rozmyślanie nad przemieszczeniem się obozowiska łowców stracił rachube czasu. Wrócił do świata realnego dopiero w momencie gdy zobaczył na drodze kupiecki wóz. Nadzieja się w nim zatliła. Może właściciel tego wozu miałby jakieś przydatne informacje.
Znalazł się przy drzwiach wozu. Ignorując lekki stres, zapukał do drzwi.
Nie musiał długo czekać by ktoś je otworzył. Jego oczom ukazał się dosyć przystojny mężczyzna o długich czarnych włosach. Oniemiał, bynajmniej nie dlatego, że stał przed nim bez koszulki.
– Słucham? – zapytał w końcu, jakby poganiając chłopaka.
– Gdzie tutaj… znajdę obozowisko łowców? – wydukał niepewnie.
Na twarzy krasnolicego pojawił się kąśliwy uśmiech.
– Też chciałbym wiedzieć.
Ta odpowiedź pozostawiła Diye jeszcze bardziej zmieszanego niż był wcześniej. W skupieniu nie pomagała mu wcale umięśniona klatka piersiowa na którą z tej perspektywy miał idealny widok.
– Czyli… wyparowali? – dopytał próbując odwrócić swoją uwagę od sześciopaka mężczyzny.
– Być może.
Zdawkowe odpowiedzi wcale nie pomagały Diyi w odciągnięciu myśli od tego ciała. Cieszył się, że dzięki masce nieznajomy nie widzi jak bezkarnie wpatruje się w jego tatuaże.
– …Jesteś łowcą? – zapytał po raz następny, próbując rozpaczliwie zacząć nowy temat.
– Tak. – Następna krótka odpowiedź pogłębiająca jedynie zakłopotanie Diyi.

<Avrion? Gay panic to mood>

4 mar 2022

Od Saadiyi "Budyń z pieprzem" cz.1

 Jesień 1456

Nad pobliskimi dolinami wisiała martwa cisza. Ptaki już dawno straciły głos, zaprzestając swych porannych koncertów. Skrzypienie kół wozów zagłuszało przyjemniejszy odgłos klekotu kopyt. Wszyscy milczeli. Jedynie Baśka, jedna z klaczy starego kupca, prychała od czasu do czasu jakby niezadowolona ze wczesnej pobudki. Saadiya nie zdziwiłby się, gdyby był to prawdziwy powód złego nastroju kobyły - sam nie przepadał wstawać przed wschodem słońca, szczególnie po wcześniej odbytej warcie. Nawet nie musiał widzieć swojego odbicia - doskonale wiedział, że obecnie jego twarz zdobią głębokie wory pod oczami.

Nieznana wcześniej pieśń, którą wiatr delikatnie szemrał, przypominała mu matczyne kołysanki. Czuł otulające go ze wszystkich stron poczucie bezpieczeństwa. Jego czujny wzrok nie zaobserwował jeszcze niczego niepokojącego. Wszystko było zbyt spokojne, jakby chłopak dalej nie obudził się ze snu. Jednak gryzący go w poliki poranny mróz skutecznie udowadniał realność obecnej sytuacji.

Konie wyszły na wzniesienie. Jako pierwszy zauważył wioskę. Z tej odległości zdawała się być jeszcze mniejsza niż rodzinna miejscowość Saadiyego. Przeleciała mu nawet przez głowę myśl, że może nie jest to jego cel wędrówki, tylko jakaś przydrożna wioseczka.

– Przed południem będziemy na miejscu – oznajmił stary kupiec.

Saadiya zmarszczył brwi.

– Rivot jest aż tak małe? – dopytał, wychylając się nad krawędzią dachu.

– Małe? – Elf wybuchł śmiechem. – Zobaczymy, czy powiesz to samo jak już tam będziemy.

Nie uspokoiło to jednak Diyi - za nic nie był w stanie uwierzyć, że wioska o której wspominał mu tak często ojciec, wydaje się tak malutka. Doskonale widział jedynie garstkę drewnianych dachów, sprawiających wrażenie jakby były zbudowane wzdłuż dwóch skrzyżowanych dróg.

– Jest tam przynajmniej jakiś zajazd lub karczma? – Wolał upewnić się chłopak.

– A jakże! W zajeździe jest co prawda trochę drogo, ale nie znajdziesz gdzie indziej pokoju do wynajęcia.

– Zawsze możesz również postawić namiot w obozowisku łowców niedaleko – wtrącił się jeden z eskortantów.

Mimowolnie się skrzywił na samą myśl o następnej nocy spędzonej pod gołym niebem.

– Wolę jednak już przepłacić.

– Nie żal ci pieniędzy chłopcze – skwitował kupiec. – Tylko lepiej nie zamawiaj niczego z zajezdnego baru.

– Czemu? – zapytał bardziej zaciekawiony niż zdziwiony.

– Nie dość, że drogie, to jeszcze nie warte swojej ceny – wyjaśnił. – Jedyna przyprawa jakiej używają to sól. Ale w jakiej ilości! Pewnie przez to wszystko jest takie drogie.

– Czyli będę musiał sobie sam gotować?

– Tak byłoby chyba najlepiej.

Skończywszy na tym rozmowę, Saadiya pogrążył się w rozmyślaniach. Informacje przekazane mu przez starego kupca odrobinę nie grały z tym, co przekazał mu kiedyś ojciec. Wspominał mu on często o wieczorach spędzonych w jakiejś karczmie, w której posiłki były smaczniejsze niż jedzenie zrobione przez jego matkę. Wiedział doskonale, że tata niezbyt przepadał za solą, więc raczej nie chwalił potraw zrobionych przez kucharzy z zajazdu. No chyba, że w ciągu tych parunastu lat zdążyło się mocno zmienić menu. Drugą możliwą opcją było zamknięcie tak często wspominanej karczmy.

Niezależnie jednak która możliwość była prawdziwa, Saadiya i tak czuł w pewnym stopniu żal. Słuchając tych wszystkich historii aż sam nabierał apetytu na te zachwalane żeberka z miodem, lub golonkę gotowaną wraz z kiszoną kapustą. To właśnie jedzenie było jednym z powodów dla których chciał odwiedzić to miejsce.

Reszta drogi minęła spokojnie. W międzyczasie, w celu nie tylko rozprostowania skrzydeł, Saadiya poleciał na zwiady najbliższych terenów. Nie zobaczył niczego niepokojącego - jedynie parę pasących się owiec, oraz pilnującego je chłopaka. Zauważył również parę porozrzucanych między polami domków. Niektóre z nich wyglądały, jakby już dawno zostały opuszczone. Inne były natomiast w nienaruszonym stanie. Gdy przelatywał nad lasem zauważył również, nie pasujący stylem kompleks budynków. Z kominów leciały szare kłęby dymu, jakby przekazując informacje o stanie zamieszkania… rezydencji? Nie był kompletnie pewny, czym tak właściwie były drewniane chatki. Postanowił się dopytać, gdy już wróci do karawany.

– I jak? – zapytał zaciekawiony jeden z eskortantów, gdy Saadiya wylądował.

– Czysto – zreportował. – Ogólnie zauważyłem jakieś dziwne budynki w tamtym lesie wyglądające na zamieszkane.

Nie był pewny, czy kupiec czasem się nie skrzywił na jego słowa. Wydawało mu się, że lekko jego brwi drgnęły, jednak miał wątpliwości czy czasem te zmarszczki nie były na jego czole już wcześniej.

Czekał aż się odezwie, jednak to nie nastąpiło. Reakcja starca jeszcze bardziej podsyciła ciekawość Diyi. Był już prawie zdecydowany, by po zakwaterowaniu odwiedzić to tajemnicze miejsce. Chociaż dalej z tylu głowy widniała myśl, że jest to rezydencja jakiegoś aspołecznego bogacza, któremu Saadiya wbiłby przypadkiem na chatę.


Tak jak kupiec przepowiedział - dojechali na miejsce przed południem. Miasteczko sprawiało wrażenie tętniącego życiem, choć na ulicach nie było aż takiego tłoku. Saadiya niestety był zmuszony przyznać kupcowi racje - miejscowość nie jest aż tak mała, jak mu się wcześniej wydawało. To, co dodawało [nawa] wielkości były porozrzucane po najbliższych terenach liczne domki, zakryte starymi i wielkimi dębami. To wyjaśniało dlaczego Diya nie był w stanie zobaczyć ich z górki.

Zatrzymali się na głównym rynku, wielkim wybrukowanym placu na którym w centrum była wykopana zadaszona studnia. Wokół można było zauważyć drewniane stoiska, w większości puste. Cóż się dziwić - raczej mało osób wystawiało o tej porze roku jedzenie na świeże powietrze. Nikt nie chciałby przecież mieć inwazji scurków.

– Karyo! – zawołał go stary kupiec. – Chodź po swoje rzeczy.

– Już, już.

Obszedł wóz dookoła. Elf trzymał już w rękach jego bagaż, chcąc przekazać go chłopakowi. Przejął skrzynię i walizkę do rąk, o mało nie załamując się pod ich ciężarem.

– Jesteś pewny, że nie chcesz żadnej zapłaty? – dopytał starzec ciszej, w jego głosie była słyszalna nuta zmartwienia.

– Samo przywiezienie mnie tutaj wystarcza, naprawdę. Przecież i tak nic nas prawie nie napadło. – Uśmiechnął się, czując powoli jak ręce zaczynają go boleć.

Elf jeszcze chwilę na niego niepewnie, by w końcu odpowiedzieć:

– Zajazd znajduje się na równoległej ulicy. Ten budynek z gankiem. – Wskazał ruchem głowy w kierunku chaty.

– Dziękuję! Szerokiej drogi – pożegnał się, ruszając przez rynek.

Kupiec nie odpowiedział - zamiast tego, na jego twarzy zawitał smutny uśmiech.


Wszedł do środka, wraz z dźwiękiem starego dzwonka. Było cicho. Rozejrzał się po drewnianym przedsionku. Na przeciwko drzwi wejściowych była ustawiona lada, za którą nie było żadnej żywej duszy. Przy ścianie po prawej stronie stała potężna drewniana szafa, pełna kwadratowych szufladek. Najpierw pomyślał, że może przechowują w niej wszystkie ważne dokumenty. Odrzucił tą myśl, uświadamiając sobie jak bardzo byłoby to głupim posunięciem. Lada nie była jakąś większą przeszkodą, a szuflady nie wyglądały jakby były zakluczane. W takim razie co mogło się w nich znajdować?

Zanim jednak znalazł odpowiedź na swoje pytanie, z drzwi obok szafy wyszedł dosyć młody chłopak.

– Witam. – Zmierzył Saadiye wzrokiem, zwracając szczególną uwagę na jego bagaże. – Pan pewnie chce pokój?

Saadiya ruszył w stronę lady.

– Ah, tak, jednoosobowy poproszę – powiedział szybko, zapominając o odpowiednim przywitaniu się.

Recepcjonista skinął głową, odwracając się w stronę drzwi z których przed chwilą wyszedł.

– Już, chwila.

I zniknął. Diya spodziewał się, że klucze były w tej zagadkowej szafie z boku. Jak widać - błędnie. Ciekawość co do tego, co tak właściwie jest we wnętrzu szafy, wzrosła. Gdyby nie maniery, pewnie już dawno sam sprawdziłby parę z tych szuflad.

Nastolatek wrócił po nie tak długiej chwili.

– Nie mamy już pokojów jednoosobowych – oświadczył. – Jest jeden dwuosobowy, ale jest o dwadzieścia ora droższy.

Skrzywił się na samą myśl o większych wydatkach. Już wiedział, że będzie musiał o wiele częściej polować na potwory - z obecną częstotliwością raczej nie uda mu się nawet wiązać końca z końcem. Nie było jednak innych możliwości.

– To wezmę ten dwuosobowy – zdecydował, wyjmując sakwę z pieniędzmi.

– Na ile dni? – zapytał.

– Jak na razie na tydzień, może później przedłuże.

– To będzie pięćdziesiąt pięć ora – oświadczył.

Chłopak po przyjęciu zapłaty, ponownie zniknął za drzwiami. Diya znowu został sam w recepcji. Niezbyt podobała mu się taka sytuacja, jednak nie miał co narzekać.

Po następnej chwili, recepcjonista wrócił z kluczem. Podał go Saadiyi.

– Tym korytarzem, aż nie dojdziesz do pokoju z numerem cztery – wyjaśnił, wskazując na następne drzwi, umieszczone po lewej stronie.

– Dziękuję.

Ruszył we wskazaną stronę, ciągnąc za sobą skrzynię i walizkę. Nie męczył się długo ze znalezieniem pokoju - znalazł go dosłownie po przejściu paru metrów. Odkluczył drzwi i wszedł do środka.

Zostawił bagaże na podłodze przy ścianie i zdjął buty. Pomimo skręcającego głodu, nie miał jak na razie chęci na poszukiwanie pożywienia. Jedyne, na co w chwili obecnej miał siłę, to na agresywne położenie się na łóżku i zaśnięcie.

I tak, jak zaplanował, tak zrobił. Nie było to jednak dosyć mądrym posunięciem - krawędzie ptasiej maski wbiły mu się w twarz. Co prawda nie do krwi, jednak było to bolesne. Przewrócił się na bok, tym samym miażdżąc jedno ze swoich skrzydeł i zdjął problematyczną część ubioru. Odłożył ją na pobliską szafkę nocną, po czym poprawił się i okrył lnianym kocem.

C.D.N