Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silvana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Silvana. Pokaż wszystkie posty

19 mar 2023

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 4

 Zima 1457

Wino, jak smutno zauważyła Silvana podczas kończenia kolejnej notatki, skończyło się gdzieś między ósmym, a dziesiątym dniem. Cholera jasna wie co działo się dnia dziewiątego.

Grobowy nastrój, gdy już udzielił się jednej osobie, to przeniósł się na wszystkie pozostałe znajdujące się w karczmie. Efektem tego od siódmego do dzisiejszego, czyli już trzynastego dnia ludzie praktycznie leżeli na wpół martwi, spoglądając przez okno na tańczący w śniegu wiatr oraz ciemne chmury odgradzające nas od cudownego słońca.

Silvana, osobiście, miała ochotę zabrać Lambo i jechać stąd jak najszybciej. Z nieba przestało chwilowo sypać śniegiem, więc jedynym utrudnieniem byłby obecnie przykrywający ziemię puch sięgający, no właśnie, zdecydowanie wyżej niż powinien przez ten okropny wiatr.

Berthina powiedziała wprost, że Silvana byłaby największą idiotką Rivotu, gdyby teraz wyrwała się w jakąkolwiek podróż.

Dlatego też mądra Silvana poczekała jeszcze trzy dni, akurat do momentu, w którym śnieg nie był już problemem dla jej wielkoluda o mocarnych nogach, ani nawet dla drzwi karczmy, które wreszcie się otworzyły. Nie żeby Silva z nich skorzystała. Będąc przekonaną, że drzwi są jeszcze zablokowane przez śnieg, kobieta opuściła karczmę razem ze swoim dobytkiem tak jak to robiła już kilkakrotnie w przeciągu tych prawie dwóch tygodni, podczas zaglądania do Lambo i innych koni pozostawionych w stajence. Przez wąskie okno na parterze.

Oczywiście Berthina, z którą się pożegnała chwilę przed tym, zdała się również zapomnieć o działających już drzwiach. Wredna baba.

Silvana prawie się popłakała z radości, mogąc znowu siąść w siodle. Upewniwszy się, że wszystkie rzeczy są w torbie, a ta jest stabilnie przymocowana do siodła, Silva popędziła Lambo ze stajni, oficjalnie opuszczając obszar Karczmy Starej Wiedźmy po szesnastu dniach udręki.

Ostatni raz obejrzała się przez ramię, z zaskakującą radością oddalając się od zasypanego, drewnianego budynku, do którego raczej nieprędko zawita. Nawet ją ta myśl pocieszyła. Następnym razem przyjedzie tu na wiosnę, żeby mieć pewność, że nie utknie tu na następne kilkanaście dni.

Powoli podążała ścieżką do Rivot, bez drewna do strugania, bez wina do wypicia, za to z mnóstwem śniegu do pokonania po drodze do gospodarstwa Ridima. Z uśmiechem na twarzy.

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 3

 Zima 1457

Jeśli trzeci dzień był wtedy potwornie dołujący, tak koniec pierwszego tygodnia był karą za wszystkie błędy, kłamstwa i kradzież Lambo. Nerwowy gwar towarzyszący karczmie przez kilka pierwszych dni teraz był tylko wspomnieniem. Inni, którzy podobnie jak Silvana zmuszeni byli przeczekać szalejącą pogodę, i którzy potrzebują świętego spokoju, siedzieli w ciszy na wybranym przez siebie kawałku wolnej przestrzeni. Bardziej narwani, spragnieni alkoholu oraz rządni akcji, wszczynali bójki na parterze budynku lub zbierali w kręgu i wspólnie śpiewali, grali, opowiadali wymyślne historie. 

Cała ta sytuacja dała jej możliwość wysłuchania paru ciekawych opowieści bez żadnej ceny, bez oddawania czegokolwiek w zamian. Nie wszystkie były prawdziwe, wiadomo, ale pośród nich znalazło się parę przydatnych informacji. 

Silva zdążyła też zamienić parę słów z innymi gośćmi podczas swojego mizernego egzystowania przy swoim stoliku koło okna. Był na przykład ten barczysty mężczyzna, który każdego dnia biadolił o swojej żonie pozostawionej w domu bez opału. Przyjechał ze znajomym prosto z lasu, chcąc zrobić sobie przerwę na kufel piwa.

Porozmawiała trochę ze starszym panem o długiej, siwej i nie zadbanej brodzie, który przez ostatnie kilka dni umilał wszystkim pobyt swoją grą na flecie. Mieszkał niedaleko, sam, we własnym gospodarstwie, po tym jak córka wyszła za mąż i została kurą domową w okolicach Birme.

Nawet dzisiaj, z samego rana, do stolika obok siadła białowłosa panna. Silvana już miała okazję kilka razy się na nią natknąć podczas swoich odwiedzin w karczmie, jednak nie było okazji na rozpoczęcie konwersacji. Teraz jednak los się do niej uśmiechnął, tak jak Silvana do nieznajomej białowłosej. Spędziły kilka chwil na krótkiej, błahej rozmowie, po czym nieznajoma wróciła do swojego pokoju.

Oczywiście nie mogło zabraknąć pogawędek z barmanką, której to Silvana obiecała dotrzymywać towarzystwa z samego rana. Po trzech takich porankach Berthina co prawda zabroniła jej wtykania nosa za bar, jednak Silvana, nieugięta, codziennie przychodziła do karczmarki by szczerze, z głębi serca, umilić kobitce dzień, przy okazji oferując swoją pomoc. 

Koniec końców, Berthina nakryła ją przeciskającą się przez okno, by sprawdzić jak trzyma się Lambo. 

– Jak cokolwiek uszkodzisz to nie myśl, że zapłacisz mi w drewnianych figurkach. – powiedziała jej wtedy, praktycznie uderzając wyczyszczonym kuflem o blat. – Masz szczęście, że przynajmniej nie widzę nigdzie tych wiórów. Po co tak właściwie wychodzisz na ten mróz? 

Silvana szybko i zwięźle wyjaśniła Berthinie swoje przywiązanie do Lambo oraz niepohamowaną chęć robienia dziwnych, umiarkowanie ryzykownych rzeczy. Kobieta na to zareagowała specyficznym uśmiechem. 

– Skoro już tam chodzisz, chyba jako jedyna ze wszystkich w tym budynku, to możesz pilnować żeby tam nie zabrakło wody i siana. Zapłacę, nie martw się o to. 

I to był chyba najlepszy moment dzisiejszego dnia, bowiem Silvana uprzejmie zaproponowała, by karczmarka uznała tą pomoc jako zapłatę za wyżywienie dopóki nie opuści karczmy. W ten sposób sprytnie zaoszczędziła swoje ciężko zarobione pieniądze. 

Czemu więc ten dzień, siódmy dzień przesiadywania w karczmie i czekania, aż wyjście na zewnątrz będzie stosunkowo bezpieczne, jest dla Silvany karą za grzechy?

Kobieta spojrzała z niemożliwym do ukrycia żalem na cztery figurki, które zdążyła zrobić w te kilka dni. Leżały w torbie Silvy, owinięte paroma kawałkami materiału, w które wcześniej owinięte były butelki wina. 

Drewno skończyło się jako pierwsze. 

Może ci panowie, którzy przywieźli ze sobą kawał opału, będą w stanie użyczyć jej dwa albo trzy kawałki. W końcu jak może stolarz żyć bez drewna w ręce? Tfu! Nie może, ot co. 


<C.D.N.>

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 2

 Zima 1457

Przymrużone, rozkojarzone oczy przyglądały się białej pustyni, w którą przez ostatnie dwa dni zamienił się otaczający ją krajobraz. Silvana nieźle musiała się natrudzić, by dotrzeć do prowizorycznej stajni przy karczmie, gdzie zdążyła schować Lambo zanim zaczęła się śnieżna burza. Ostatecznie wyszła przez najmniej zasypane okno, mając szczęście, że Berthina jej nie widziała.

I tak ktoś ją najpewniej widział. Musiał to być wyjątkowo komiczny obraz. Młoda, zaplątana we własnych włosach i grubym płaszczu, próbująca przecisnąć się przez ramę wąskiego okna. Udało jej się, oczywiście.

Także, poniekąd uwięziona w Karczmie Starej Wiedźmy, biedna Silvana musiała pocieszyć się paroma kawałkami drewna, do połowy pustą buteleczką atramentu i średniej jakości winem w trzech butelkach, które miała zawieźć do jednego z braci, a które finalnie zostaną skonsumowane zanim śnieg stopnieje.

Ah, musiała też wytrzymać na krzesełku przy tym okropnym oknie, bowiem Berthina ze słodkim uśmiechem jej oznajmiła po godzinie zażyłej dyskusji, że nie ma już wolnych pokoi. 

Przez te dwa dni Silvana jeszcze jakoś żyła. Zrobiła już większą część figurki niedźwiedzia z łososiami, a także skończyła dwie zaległe notatki ze swoich ostatnich „zbiorów” informacji. To więcej, niż z reguły jest w stanie zrobić, będąc na gospodarstwie brata. Brzmi więc jak sukces. 

Trzeci dzień był zarazem pierwszym, który Silvana zaczęła od wykrzyczenia swojej frustracji w rękaw płaszcza, a następnie otwarcia pierwszej butelki wina. Dlatego teraz siedzi ledwo przytomna, cały czas przy tym jednym, zagraconym stoliczku, z zapachem wina w powietrzu i nieskazitelną bielą za oknem.

Wspomniana wcześniej figurka stała przy niej na parapecie, w oczekiwaniu na inny dzień, w którym to Silvana nie będzie ryzykować ucięciem palca czy zepsuciem całej figurki. Notatnik leżał po drugiej stronie stolika, na tyle daleko, by żadna kropelka wina się tam nie znalazła. 

Nie żeby to było jeszcze możliwe. Butelka była raczej pusta. 

Pozbawiona chęci do czegokolwiek, kobieta zrobiła mniej więcej porządek na swoim obecnym miejscu pracy i legowisku, po czym wygodniej ułożyła się na krześle. Jeszcze kilka takich nocy przespanych na siedząco i Silvana wróci do gospodarstwa brata pogarbiony jak stara babcia. 

Może następnego dnia bardziej się tym przejmie. Przymknęła oczy, kładąc głowę na złożonych rękach. Sen objął ją w mgnieniu oka, zmieszany z dźwiękami toczącej się bijatyki w innej części karczmy. 


<C.D.N.>

9 mar 2023

Od Silvany "Drewno, wino, śnieg" cz. 1

 Zima 1457

Kilka kropel czerwonego wina popłynęło po ściance kieliszka i trzymającej jej dłoni, wybudzając tym samym Silvanę z transu. Szybko odłożyła zarówno naczynie, jak i pióro, którym chwilę temu sporządzała notatkę w dzienniku, w pełni skupiając się na tym, co działo się za oknem karczmy. 

A działo się tyle, że z nieba zaczął spadać piękny, delikatny, bielutki puch, przykrywając wszystko w zasięgu wzroku i więcej. Widząc to po ciele Silvy przeszła gęsia skórka. W porównaniu do nijakich liści widok ten praktycznie zapierał dech w piersiach kobiety. Śnieg, błyszczący w promieniach zmęczonego, choć porannego słońca, był idealnym źródłem nowej, świeżej inspiracji. W głowie już kłębił się stos pomysłów na nowe meble do salonu Ridima, albo porządny fotel bujany dla matuli, może nawet jakieś śliczne, wzorzyste kołyski dla jej najmłodszych bratanków i bratanic. 

Jednocześnie ten sam zjawiskowy śnieg sięgnął w najgłębsze zakamarki jej duszy i serca, przeszywając na wskroś mrożącym strachem o najbliższą przyszłość. Kobieta zaczęła zastanawiać się, czy rodzina Ridima ma wystarczająco drzewa, by ogrzać dom w czasie mrozu, czy jej pozostali bracia i ich żony, dzieci, poradzą sobie sami. Czy jej rodzice, mieszkający w Birme, patrzą właśnie na ulicę miasta i zamartwiają się tak jak Silvana o bezpieczeństwo swoich najbliższych. 

Przechodzące obok niej dwie, nieznane jej osoby, skutecznie odgoniły ciemne chmury wokół umysłu Silvany. Nie znała ich nawet z wyglądu, jednak kilkakrotnie użyte słowo „łowcy” wystarczyło, by przykuć uwagę. A raczej, skierować jej uwagę na temat wspomnianych właśnie łowców.

W końcu, jak poradzą sobie ci, którzy mieszkają w obozie? Pożywienia na pewno jest tam pod dostatkiem, jednak największym wrogiem jest mróz. Już teraz Silvana czuła na karku podmuch zimnego powietrza za każdym razem, gdy ktoś wchodził lub wychodził z karczmy. Nocowanie w taką albo gorszą pogodę jest sporym ryzykiem. 

Nie żeby Silvana kiedykolwiek przejmowała się ryzykiem. W końcu to ona ma zapisany plan całej swojej podróży na północ, którą swoją drogą najprawdopodobniej przełoży na następny kwartał. 

– W obozie na pewno się teraz przyda każda para rąk do roboty... – mruknęła do siebie. Oderwała nareszcie wzrok z białego krajobrazu za oknem, przyglądając się swojej niedokończonej notatce. – Jeszcze tyle do napisania... 

Przez dłuższą chwilę wytężała swój umysł, przeskakując przez wszystkie bardziej lub mniej istotne tematy, a także mniej lub bardziej ryzykowne decyzje. Ostatecznie dopiła swoje wino, pochowała rozrzucone rzeczy do torby, po czym podeszła do blatu, za którym Berthina czyściła kufle. Zdecydowała, że jakiekolwiek wycieczki w taką pogodę są ryzykowne. Nie wiadomo w którym momencie opady przybiorą na sile, a w połączeniu z wiecznie obecnym wiatrem pewnie skończyłoby się to zamiecią śnieżną. Średnio jej się podobała ta wizja. 

– Chciałabym opłacić swój pokój na tydzień. – zwróciła się do kobiety, posyłając jej najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ją stać. 

– Oh, czyżbyś bała się wyjść na śnieg, skarbie?

Położyła wyliczoną sumę pieniędzy przed oczy Berthiny, decydując się na zignorowanie jej zaczepki. Nie pierwszy raz rozmawia z karczmarką, toteż wie, że zareagowanie skończy się wielogodzinną dyskusją podchodzącą chwilami pod kłótnię, na którą teoretycznie Silvana nie ma czasu...

Ah, notatki może zrobić później. Wizja przypadkowych ploteczek puszczonych za darmo jest zbyt kusząca. 

– Widzę, że cieszy panią ta wiadomość. Czuję się niezmiernie poruszona, pani Berthino. Będę specjalnie wstawać przed wschodem słońca, by umilić pani każdy dzień swoim towarzystwem. 

– Słuchaj no, skarbeńku... 

Nawet gdyby wszystko zasypało, Silvana raczej by się nie zanudziła. W końcu, to wygląda trochę jak zimowe wakacje. Wino, ploteczki, mnóstwo czasu na struganie w drewnie i spokój potrzebny do przelania myśli na papier. Oparła się więc wygodnie o ladę, zatracając się w intensywnej dyskusji z ulubioną karczmarką. 


<C.D.N.>

6 mar 2023

Od Silvany "Barwy przeszłości" cz. 3

Jesień 1457

 Silvana nie miała już siły ukrywać drżenia swoich mięśni i ziewnięć. Oparta łokciem o blat niewielkiego stolika w minimalistycznej kuchni pana Midoffa, z głową podpartą na dłoni, patrzyła pustym wzrokiem w przestrzeń za plecami starszego mężczyzny. Ku jej zdziwieniu, pan Midoff bardzo szybko polubił Silvanę. Na tyle, że po kilku minutach zażyłej opowieści na ławce postanowił zaprosić marznącą dziewczynę do domu.

Zaświeciłaby jej się czerwona lampka gdyby nie notatki, które zrobiła przed spotkaniem. Zgodziła się, bowiem wiedziała, że w drzwiach przywita ją zrzędliwa, ale i bardzo gościnna, pulchna kobieta. Pani Midoff, po tym jak nawrzeszczała na męża za przesiadywanie do późna i przyprowadzanie obcych, młodych, pięknych dziewek, ugościła Silvę w swojej kuchni, oferując ciepły posiłek. Po kilku nieudanych próbach odmowy, ostatecznie zgodziła się coś przekąsić, podczas gdy pan Midoff ze szczegółami opisywał jej czasy swojej młodości.

Wiedziała, gdzieś w głębi swojego rozsądku, że powinna przerwać mężczyźnie jego opowieści, które ciągną się już którąś godzinę. Z drugiej strony, zbyt wiele czasu zajęło Silvanie przekonanie pana Midoffa do przekazania tych cennych informacji. Mało tego, jest to jedyna osoba która znała dalszych krewnych Silvany i zgodziła się coś na ich temat opowiedzieć.

Paradoksalnie, jej „kłapiąca dziobami” rodzinka pewne tematy związane z Ronikovami uznaje za taboo. W tym historię o ostatnich mistrzach architektury i budownictwa, którzy postanowili nagle, z nieznanych powodów, zerwać z tą tradycją i opuścić Birme raz na zawsze, na długo przed narodzinami Silvany.

Dlatego Silva siedzi teraz przy tym przeklęty blacie kuchennym i stara się z całych sił skupić na tym, co przekazuje jej pan Midoff. W porównaniu do niej, staruszek jakby nie odczuwał późnej godziny, z niezmienną energią opisując kolejne wydarzenia przeżyte wiele lat temu w Birme.

Dopiero gdy mężczyzna, narzekając na zdarte gardło i obolałe mięśnie, wstał po szklankę wody, Silvana spostrzegła pierwsze promienie słońca wdzierające się przez okna do przedpokoju. Na ten widok jeszcze mocniej poczuła ogarniające ją zmęczenie, rozważając opcję ucięcia sobie małej drzemki na tym urzekającym i jakże wygodnym w tej chwili blacie. Midoff najwidoczniej doszedł do podobnego wniosku co Silvana, ziewając na cały głos.

– No, skoro już tu wysiedziałaś całą noc to poczekajta jeszcze chwilę. – zwrócił się do Silvy, zasiadając z powrotem na swoje miejsce naprzeciwko niej. Jego głos był teraz wyraźnie zachrypnięty, mimo to oczy wydawały się promieniować witalnością. – Moja żonka już się krząta po pokoju, zaraz przyjdzie coś upichcić na śniadanie. Zjesz no trochę, żebyś potem nie spadła z tego wielkiego ogiera jak mój świętej pamięci pradziad, co to zawsze o pustym żołądku po polu jeździł, aż zemdlał i się potrzaskał.

Czując, że zapowiada się na kolejną historię, Silvana posłała starszemu panu wdzięczny uśmiech, po czym ułożyła się wygodniej na krześle, kładąc głowę na rękach.

Minęły jeszcze dobre dwie godziny nim kobieta opuściła dom państwa Midoff. Zmęczona, obolała od niewygodnego krzesła, ale też najedzona i przesiąknięta informacjami. Wróciła do Lambo, wiernie czekającego prawie w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Powitawszy się z nim, niezgrabnie wdrapała się na jego grzbiet, dwukrotnie granicząc z upadkiem na glebę po drugiej stronie konia. Po kilkunastu minutach zebrała w końcu siły by sięgnąć za lejce i spokojnym stępem udać się w kierunku Karczmy Starej Wiedźmy. Tam Silvana będzie mogła przelać całą uzyskaną tej nocy wiedzę na kartki swojego grubego dziennika. Oh, i oczywiście będzie mogła się wyspać.

Powolnym tempem zmierzając do celu, Silva objęła szyję Lambo, praktycznie się na nim kładąc. Melodia niesiona przez wiatr i przyjemne kołysanie jej konia naprawdę kusiły Silvanę do zamknięcia oczu, chociażby na moment, żeby tylko zregenerować siły... 

Uśmiechnęła się mimowolnie. Lepiej żeby teraz nie zasnęła, w przeciwnym razie skończy jak „świętej pamięci pradziad” pana Midoffa, co to spadł z konia i się potrzaskał. 


<C.D.N.>

26 lut 2023

Od Silvany "Barwy przeszłości" cz. 2

 Jesień 1457

Kiedy okute kopyta Lambo zaczęły wystukiwać miarowy rytm po ulicach Rivot, słońce kryło się za horyzontem. Delikatne gwiazdy jedna po drugiej zajmowały swoje miejsce na bezchmurnym niebie, przyćmiewane przez zapalane na ulicach latarnie. Silvana kierowała się do jednego z mniej uczęszczanych miejsc na północnej części miasteczka, nie tracąc czasu na plotki z mieszkańcami. Niestety, kiedy indziej znajdzie moment na wysłuchanie problemów sąsiedzkich. 

Wierząc, że Lambo nie spłoszy się na widok szczura jak kiedyś, Silvana pozwoliła mu poprowadzić ich na miejsce spotkania. Swój wzrok natomiast skupiła na trzymanej w jednej ręce kartce, z lekka przemoczonej i wymiętolonej. Na niej, koślawym pismem, Silva przez ostatnie tygodnie wypisywała ważne informacje i pytania mające względnie ułatwić jej rozmowę. Prawie miesiąc wcześniej, gdy Silva znalazła swojego informatora, hm, wtedy nie nosił jeszcze miana jej informatora. Ardel Midoff, karłowaty człowiek w podeszłym wieku, przez większość swojego życia pracował w budowlance, teraz ciesząc się tytułem seniora na ławeczce przed własnym domem. Był też zapalonym fanem robótek ręcznych. 

Podczas ich pierwszego spotkania, pan Midoff nie był pozytywnie nastawiony na wszelkie rozmowy, zwłaszcza z młodą, wścibską babą jak Silvana. Nazwisko kojarzone z rodziną plotkarzy też miało na to swój wpływ. Drugie spotkanie, oh, było przypadkowe i nad wyraz nieprzyjemne. Ulice były tego dnia zabłocone, a ona i Lambo dodatkowo wracali prosto z okolic obozu, gdzie, jak można się domyślić, było więcej błota. Jej niewychowany koń postanowił wtedy strzepać z siebie nadmiar brudu, obryzgując błotem przechodzącego obok pana Midoff i parę innych Bogu ducha winnych osób. Dużo się wtedy biedna Silvana nasłuchała. 

Odrywając na moment wzrok z notatek, Silvana wczas zauważyła, że znajdują się na miejscu. Kilkanaście metrów przed nimi były trzy drewniane ławki. Wszystkie oprócz jednej były puste. Pogarbiony mężczyzna, siedząc na ostatniej z nich, spoglądał uważnie na bezchmurne niebo, co rusz kręcąc nosem i mrucząc coś, jakby układ gwiazd mu nie odpowiadał. Może nie przepowiadały mu spokojnej przyszłości. 

Pozwoliła Lambo podejść jeszcze kilka metrów, zatrzymując go dopiero pod latarnią, na tyle daleko by nie naprzykrzał się panu Midoff, ale i wystarczająco blisko żeby mieć go na oku. Zabrawszy z torby niewielki pakunek, ostatni raz poklepała konia po szyi, spokojnym krokiem zmierzając do mężczyzny. Gdy usłyszał jej donośnie jak stado bydła kroki, jego wyraz twarzy zmienił się o dobre sto osiemdziesiąt stopni. Przesunął się niezgrabnie na bok, robiąc Silvanie miejsce na niewielkiej ławeczce, które ta od razu zajęła.

– Że też ci się chciało o takiej godzinie przyjeżdżać. – powiedział jej w ramach powitania. Znowu pokręcił nosem, tym razem jednak wyglądało to bardziej jak próba ukrycia uśmiechu. Silvana na widok jego w miarę dobrego nastroju odetchnęła z ulgą, witając się z panem Midoffem skinieniem głowy. – Zanim zacznę swój monolog, masz zapłatę?

Silva od razu wyciągnęła przed siebie obie ręce, cały czas trzymające małe zawiniątko. Gdyby nie wiek i kondycja fizyczna jej rozmówcy, ten pewnie zacząłby skakać z radości. Jego oczy pełne były iskierek radości gdy rozwinął materiał, w który Silvana zapakowała ręcznie zrobioną, drewnianą figurkę sowy. Przez moment przyglądał się swojej nowej zdobyczy, oceniając ją pod każdym kątem i oświetleniem.

Zadowolony, zawinął z powrotem figurkę i schował w kieszeni pod kamizelką. W końcu odchylił się, opierając pogarbionymi plecami o ławkę, i spojrzał na cierpliwie czekającą Silvanę.

– Dobrze wiesz, dziewko, jakie mam zdanie na temat twojej rodziny. Nic tylko kłapiecie tymi dziobami jak stado gęsi, psia krew. Ale ty, – jakby oskarżycielsko, i trochę niekulturalnie, wskazał Silvanę palcem. – ty zamiast nieumyślnie gadać, przeliczasz wartość swoich słów. Wiesz kiedy milczeć, używać swych uszu. Poniekąd przypominasz swoich krewnych, z którymi kiedyś, lata temu mogłem nazywać wspólnikami, kolegami z roboty...

Silvana usadowiła się wygodniej, w głębi serca dziękując swojej pamięci, że założyła dzisiaj cieplejsze ubrania. Może się bowiem okazać, że posiedzi tu sobie z panem Midoffem dużo, dużo dłużej, niż planowała.


<C.D.N.>

22 lut 2023

Od Silvany "Barwy przeszłości" cz. 1

Jesień 1457

 Pędzący wokół nich wiatr wdzierał w nozdrza specyficzny zapach mokrej końskiej sierści, wilgoci wsiąkającej w ziemię. Jesienny chłód przenikał przez wszystkie warstwy ubrań, wywołując na ciele gęsią skórkę. Dokładnie zaplecione o poranku włosy teraz niczym złocista wstęga ciągnęły się za plecami Silvany. Orzeźwiająca mżawka towarzysząca im przez cztery okrążenia wokół gospodarstwa powoli ustępowała ciepłym, jesiennym promieniom popołudniowego słońca. 

Jedyne, co wtedy przedzierało się przez umysł Silvany, to tętent kopyt jej gigantycznego rumaka i rozchlapywane przez niego kałuże. 

Och, było jeszcze wybitnie irytujące nawoływanie jej brata. 

Jednym pociągnięciem za lejce nakazała Lambo spowolnić kroku. Momentalnie zobaczyła niezadowolenie swojego wierzchowca, którego czarny łeb szarpnął do przodu raz, drugi, trzeci. Pokręcił nim jeszcze kilka razy, kończąc swój pokaz dezaprobaty głośnym prychnięciem. Przemierzali puste, zabłocone pole jeszcze kilka minut, delektując się jesiennym powietrzem, spokojem panującym na uboczu miasteczka. Zwyczajnie ciesząc się chwilą. Kiedy już myślała, że brat odpuścił sobie próby kontaktu z kobietą, ponownie rozniósł się jego donośny głos.

Tak właśnie zgasł promyk nadziei na jedno niczym nie zakłócone popołudnie. 

Zebrała w obie dłonie swoje rozwiane włosy, nieudolnie próbując na powrót złożyć je w przyzwoitego koka, w międzyczasie nakierowując konia w stronę ogrodzenia, gdzie stał oparty Ridim. Musiał chwilę wcześniej zdjąć ociekający płaszcz, bowiem jego kremowa koszulka była prawie że sucha. Niestety przed brudem nie zdołała się uchronić. Na robocze spodnie i obuwie Silvana nawet nie musiała patrzeć by wiedzieć do jakiego stanu Ridim je doprowadził, sprzątając niedawno w stodole. Z kręconych włosów co rusz sypała się słoma. Mężczyzna miał dorodne cienie pod oczami, a zmarszczki jakby bardziej pogłębione, tak niepasujące do kogoś tak młodego. 

Widok ten mógłby zadziałać na sumienie Silvany. Może by nawet zrezygnowała z następnej podróży, hen daleko w północ, i pozostała w gospodarstwie brata, by udzielić mu potrzebnej pomocy. Całe szczęście rola Silvany ogranicza się do bycia upierdliwą, młodszą siostrą, pomieszkującą u niego jednym półdupkiem. Ridim ma do pomocy aż siedmiu braci, starszych i silniejszych od Silvy. 

– Czy sprawa, do której tak donośnie mnie wezwałeś, jest ważniejsza od mojej przejażdżki? – zatrzymawszy konia tuż przed płotem, zeskoczyła z jego grzbietu, kopiując pozycję brata. Stojąc naprzeciwko niego, Silvana wyraźnie odczuła różnicę wzrostu, która ich dzieli, będąc zmuszona z tego powodu do zadzierania głowy.

– Ktoś nas zaczepił w Rivot. Znajomy twój może. Mówił coś, że chce porozmawiać.

Silvana dmuchnęła powietrzem, mentalnie odkładając kontynuację rozmyślań na dalszy plan. Trudno jest wyciągnąć konkretne informacje z okrojonych zdań, jakie za każdym razem oferuje jej Ridim. Dorosły mężczyzna z żoną i dziećmi, a problem sprawia mu opisanie osoby, która ich zaczepiła w miasteczku. Jeśli jednak Silvana dobrze go zrozumiała, to niestety musi się wybrać na wycieczkę w tamtym kierunku, w trybie natychmiastowym. Taka okazja nie będzie wiecznie czekać. 

Wymieniła jeszcze parę zdań z bratem, krótko się żegnając i życząc mu spokojnej nocy, na którą nie wróci do gospodarstwa, po czym ponownie zasiadła na swoim białym rumaku o czarnym łbie. Po upewnieniu się, że żadna zawartość wiecznie przepełnionych toreb nie zniknęła podczas jej sesji kontemplacji w pełnym galopie, popędziła konia w kierunku ubitej drogi prowadzącej do Rivot.

Rytmiczne uderzanie kopyt na nowo wprowadziły Silvanę w stan rozmyślań nim zdążyła opuścić teren gospodarstwa. Temat zbliżającej się podróży prześladowała jej myśli zdecydowanie zbyt często. Nie dawały jej spokoju prośby matki, a także Ridima i jego małżonki o przełożenie tej podróży na okres wiosenny. Silvana musiała im przyznać rację w pewnych kwestiach. Północne rejony faktycznie mogą okazać się zbyt niebezpieczne by wędrować tam samemu, szczególnie gdy spadnie śnieg. Nieznane rejony, często niezamieszkane przez ludzi czy elfy, stanowią idealny dom dla wielu bestii. Z drugiej strony może to być idealny trening dla niej i Lambo. Wielkolud trochę zwiększy siłę w nogach po tym jak skończył pracować z pługiem, a Silvana będzie miała czas na wystruganie jakiegoś łuku i poćwiczenie strzelania do królików. Albo czegoś większego. Poza tym północ może się okazać przepełniona ludnością, a tam gdzie ludzie, tam wiedza, kolejny cel jej podróży. 

Może też znajdzie jakąś ciekawą odmianę drewna, a może jakiś piękny, ogniście pomarańczowy kamień, z którego wyrzeźbi rysia na urodziny matuli... 

Wizja zdobycia tych rzeczy i więcej jest zbyt kusząca by zniechęcić Silvanę do zaplanowanej wędrówki. Nie ustąpi, nawet jakby miało ją tam zabić stado bestii. I z tą myślą wbiła trochę mocniej swoje pięty w boki konia, cwałując prosto do Rivot. 


<C.D.N.>