Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriela. Pokaż wszystkie posty

19 mar 2023

Od Gabrieli "Przeciekający dach"

Zima 1457

Leżała na ławie pokrytej starym futrem. Wokół niej unosiły się drobinki kurzu, a zapach wilgotnego drewna drażnił nozdrza. Woda przeciekała przez sufit, uderzając monotonnie o podłogę nieopodal zwisającej nogi Gabrieli. Trzeba załatać dachówki, pomyślała. Planowała jednak wędrówkę do Gildii Łowców, nie mogła zaoferować tego Berthinie. Nie było czasu. Kap, kap, kap... Zamknęła oczy. Nie cierpiała samotności. Słyszała przytłumione głosy zza ścian, dobiegające z zajętych pokojów. Ktoś się kłócił, ktoś się kochał...

Tylko ona leżała na korytarzu, walcząc ze zmęczeniem. Woda kapała. Kap, kap, kap...

Podniosła się do pozycji siedzącej i tępym wzrokiem popatrzyła w kierunku maleńkiego okienka znajdującego się w przeciwległej ścianie. Widziała z tego miejsca korony drzew podrygujące lekko na wietrze. Można było już bez większej trudności wychodzić na zewnątrz, ale Pil chciał pograć w karty. Nie miała na to ochoty, więc poszła na górę pod pretekstem drzemki. Nie udało jej się zasnąć. Jej myśli stale rozbiegały się w kierunki kompletnie niezwiązane ze snem. Skupiała się na dziurawym dachu, oknie i drabinie, którą widziała, dojeżdżając do karczmy. Miała przy sobie nieco żywicy i wosku. Metal nie powinien być pokryty szadzią...

Żwawym krokiem podeszła do okna. Było zaryglowane, ale otworzenie go nie stanowiło dla niej przeszkody. Wiedziała, jak je podeprzeć, by otworzyć mechanizm. Kiedy z cichym stuknięciem rozwarło się na całą swoją szerokość, uderzył ją podmuch zimowego powietrza. Podrażnił jej rozgrzane policzki i oczy, ale nie zraziła się tym. Natychmiast chwyciła drabiny, która znajdowała się tuż przy zewnętrznej ramie okna i zgrabnie wyskoczyła. Ktoś, kto uwalniał właśnie swojego konia, krzyknął zaskoczony. Nie usłyszała jednak całości komunikatu. Już była na dworze, a wiatr dął w jej uszy, zagłuszając dźwięki z dołu.

Wspięła się o kilka stopni, a metalowe okucia jej butów stukały o stopnie drabiny. Wślizgnęła się na dach i, poruszając się stabilną częścią dachu, zbliżyła się do miejsca, w którym musiała się znajdować dziura. Widziała stłuczone dachówki już z tej odległości. Uśmiechnęła się. Chwiejnym krokiem, wyrzucając na boki ramiona, zbliżyła się. Ktoś coś krzyczał, na dole musiała zebrać się grupka gapiów. Spodziewali się, że skoczy.

Ona jednak pochyliła się nad dziurą i ogrzała powoli marznącymi, smukłymi dłońmi fiolki z potrzebnymi specyfikami. Może nie było to długotrwałe rozwiązanie, ale skuteczne. Poprawiła dachówki, a potem pokryła warstwą prowizorycznego kleju. Nie zanosiło się na deszcz. Nic nie powinno ich w najbliższym czasie strącić, ani podmyć.

Kiedy podniosła się, dostrzegła, że wciąż obserwowało ją kilka osób. Kiedy uniosła czystą dłoń i pomachała im, rozległo się kilka kolejnych okrzyków. Nie umiała z tej odległości ocenić, czy były to dźwięki wyrażające podziw, czy raczej strach. Kiedy zawracała, zachwiała się kilka razy, ale miała sytuację pod kontrolą. Tylko pierwsze kilka kroków było niestabilnych, później szła tak pewnie, jak na początku.

Gdy wskoczyła z powrotem do ciepłego wnętrza karczmy, okazało się, że nieopodal okna czekała na nią już znacznie niższa Berthina, właścicielka zajazdu. Opierała ręce na biodrach i kręciła głową z dezaprobatą.

– Coś ty sobie myślała, dziecinko?

– Śnieg się topi. Załatałam dach.

Berthina milczała, wyraźnie zastanawiając się, jak skomentować całe to zajście, więc Gabriela dodała:

– Pewnie nim ściągnęłaby pani kogoś, kto się na tym zna, minęłoby wiele czasu, a konstrukcja całkiem by przemokła. To oznacza tylko wiele więcej niepotrzebnych napraw. Lepiej, gdyby ktoś się tym zajął tuż po zauważeniu urazu.

Berthina wciąż milczała. Gabriela przygryzła wargę. Czuła, jakby zrobiła coś niewłaściwego. Ukradkiem przymknęła okno, choć by je zamknąć całkowicie musiałaby się nieźle naszarpać.

– Nie żądam zapłaty. Należy się pani pomoc, szczególnie po tych dwóch... czy nawet trzech... tygodniach śnieżycy.

– Przyniosę ci pieniądze. I coś do jedzenia. Tobie też coś się należy.

– Nie trzeba...

– Szanuj starszą kobietę i jej dobroć. Jak każe ci jeść, to jedz – powiedziała staruszka, kierując się już schodami w dół. Gabriela pobiegła za nią. Musiała przyznać, że jak na tak podeszły wiek, poruszała się całkiem szybko.

Na dole czekał na nią już Pil z wyraźnym niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Musiał oglądać całą akcję z dołu, bądź jakiś jej fragment. Ktoś zaczął klaskać, ale reszta wydała się zupełnie tym niezainteresowana. Skupiali się zbyt na własnych kuflach i niedojedzonym śniadaniu. Część spała z głowami na stołach, a na podłodze od wielu dni zalegały plamy wylanych trunków.

– Proszę. Pieczone ziemniaki – powiedziała staruszka, podając jednego jej, a jednego Pilowi. Wciąż grzały przyjemnie w palce.

Wsunęła też kilka monet do mieszka Gabrieli, choć nie wiedziała, ile dokładnie. Cała ta dobroć porządnie ją zawstydziła, i ku zażenowaniu Pila, nie zamierzała tego ukrywać. Stale chodziła za właścicielką zajazdu, dziękowała i przepraszała, aż do ich rychłego wyjazdu z karczmy.

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 5 (cd. Pil)

Zima 1457

Zaprzestała drapania się, a przez jej głowę w oka mgnieniu przetoczyło się kłębowisko myśli. Nagle szum ustał, a wszystko, cokolwiek ją zamieszkiwało, stało się klarowne. Gildia istniała i mogła jej zapewnić namiastkę oparcia w tym trudnym czasie.

– Niech tak będzie. Mogę zaoferować pieniądze, albo przysługę. Cokolwiek zechcesz, co uznasz za stosowne.

W tej samej chwili, gdy wypowiedziała te słowa, poczuła na sobie spojrzenie mężczyzny o bujnej, rudej brodzie. Miał nieprzyjazne spojrzenie i niezaprzeczalnie przystojną twarz. Nie musiała się domyślać, znajduje się za tym gąszczem loków. Już z tej odległości widziała w nim człowieka stanowczego i bystrego. Mierzył ją spojrzeniem, popijając powoli piwo, a na jej policzki wpełzł rumieniec. Czym prędzej odwróciła wzrok. To zdarzało jej się często, zbyt często. Musiała uspokoić nie tylko rozszalałe serce, ale i myśli. Przypominał jej Sigurda, którego spotkała w jednym z mijanych przez nią obozowisk. Obejmował ją przy ognisku i oddawał najlepsze kąski. Dobra passa trwała, aż nie wystraszyła się powstającej między nimi więzi i uciekła. Bardzo go przypominał. To samo głębokie spojrzenie, powolne, nabożne podnoszenie kufla z piwem... Może to był on?

– Podoba ci się?

Podniosła głowę. Pil patrzył na nią z uniesioną brwią, oczekując na odpowiedź. Uśmiechnęła się nerwowo i potrząsnęła czupryną, pozwalając by kilka blond kosmyków wyślizgnęło się z nieco przekrzywionego koka.

– Nie. Nieważne. Wróćmy do tego, o czym rozmawialiśmy.

Chłopak westchnął cicho i odwrócił spojrzenie. Przez jedną, niepokojącą chwilę myślała, że ją zostawi samą na drewnianym, wytartym krześle pod ścianą, ale nastolatek został na miejscu.

– Nie musisz mi się odwdzięczać – powiedział w końcu. – I tak planowałem iść w tym kierunku.

Jej serce znowu się ożywiło. Mogła dotrzeć do Gildii Łowców, i to bez większych wymogów ze strony jej przewodnika.

– Byłabym ci dozgonnie wdzięczna.

Pil nonszalancko machnął ręką.

– To nic takiego.

– Jesteś pełnoletni?

Chłopak przez chwilę zaniemówił. Patrzył na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.

– Tak. Zdaje się, że tak.

– Mogę ci postawić piwo. Chcesz? – poderwała się z krzesła. – Nie największe ani najlepsze, bo nie mam wystarczająco pieniędzy, ale...

Już po zadziornym uśmiechu na jego twarzy wywnioskowała, jaka odpowiedź cisnęła mu się na usta. Nie czekając, aż coś powie, lekkim krokiem podeszła do kontuaru, oddała talerz i wróciła z średniej wielkości kuflem pełnym złociostego piwa.

– Nie kosztowałam, ale mam nadzieję, że będzie smaczne.

Twarz nastolatka natychmiast rozświetlił uśmiech. Przyjął napój z nieskrywaną wdzięcznością i pociągnął duży łyk alkoholu. Nad jego górną wargą została cienka warstwa pianki. Gabriela wróciła na poprzednie miejsce, przyglądając mu się uważnie. Nie zwracał większej uwagi na jej natrętne spojrzenie, poświęcając swoją uwagę na jak najszybszym wypiciu napoju. Tacy byli młodzi chłopcy. Jak najszybciej, jak najgwałtowniej... Wzdrygnęła się nieco. Jej ciało momentalnie ogarnął chłód, a uśmiech zgasł. Spuściła wzrok, starając się wyrównać oddech. Serce zabiło trochę zbyt mocno, przed oczyma przebiegły jej koszmary. Zacisnęła powieki i policzyła do trzech. Już było trochę lepiej.

– Wszystko w porządku? – zapytał chłopak. Jego kufel był już opróżniony, a twarz wciąż niewytarta. Zmusiła się do pocieszającego uśmiechu.

– Tak. Zastanawiam się tylko... ile właściwie masz lat? Nie widzę na twojej twarzy żadnego zarostu.

– Podobają ci się brodaci, co? – zakpił.

– W moich stronach były bardzo modne – oznajmiła, starając się brzmieć jak najnaturalniej. Słowa nie przechodziły przez jej gardło z całkowitą swoboda.

– Osiemnaście – powiedział z niemałym ociąganiem. – Jeśli nie straciłem rachuby, rzecz jasna.

Pokiwała głową. Była w stanie w to uwierzyć. Osiemnastolatkowie często wyglądali na znacznie młodszych lub starszych. W jej głowie zatarła się wyraźna wizja nastoletniego chłopca. Byli tak zróżnicowani pod względem wyglądu, że można było się spodziewać po nich wszystkiego.

– W takim razie masz jeszcze dużo czasu... – wymamrotała.

– Na co?

– Na życie – odpowiedziała, przeciągając się. Chciała ukryć tlące się w jej piersi od kilku minut zdenerwowanie. – I wychodowanie brody.

– Wpadłem ci w oko, ale nie podoba ci się, że nie mam zarostu? – parsknął.

– Nic z tych rzeczy. Jesteś dla mnie dużo za młody.

– Coś mi się zdaje, że te dwie rzeczy się ze sobą łączą...

Pokręciła głową. Nie miała zamiaru ciągnąć tego tematu. Nic dobrego, ani tym bardziej owocnego, nie mogłoby wyniknąć z takiej rozmowy. Nawet jeśli Pil miał po części rację, Gabriela nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. Częściowa racja to nie zupełna racja. Wciąż gdzieś, w jakimś miejscu, popełniał błąd, a ona nie chciała mu wskazywać, gdzie dokładnie.

– Dobre to piwo?

– Niezłe.

– Może kiedyś, jak będę mieć pieniądze, sama spróbuję... – powiedziała jakby do siebie. – Ciekawe jaka jest teraz pora. Przez ten śnieg nic nie widać – dodała już głośniej.

– Tak właściwie... jak ktoś taki jak ty znalazł się tu, w Karczmie Starej Wiedźmy, w taką zamieć? Wspominałaś o Gildii Łowców i braku domu, ale musi w tym tkwić coś jeszcze. Mamy czas, chętnie posłucham.

Posłała mu czujne spojrzenie.

– "Ktoś taki jak ty"? A kim jest "ktoś taki, jak ja"? Umiesz to jakoś scharakteryzować?

Zastanawiał się przez chwilę, uderzając lekko kantem kufla o gładką brodę.

– Wysoka, pokryta bliznami kobieta, która wygląda jak szlachcianka, ale wyjątkowo brudna. Maszyna do zabijania, ale uciekająca od ciężkich klimatów. Płoszysz się jak sarna. Kim ty właściwie jesteś? I skąd? Tu nie ma mody na brody.

Westchnęła cicho. Czuła w kościach, że to pytanie nadejdzie, więc nie powiedziałaby, że nie była przygotowana, choć nie pozbawiło jej to zaskoczenia. Nie chciała odpowiadać szczerze. Nie mogła. Przygryzła wargę, przypominając sobie sylwetkę mężczyzny wyciągającego w jej kierunku dłoń. Otaczający go blask zupełnie oślepił jej oczy, niedoświadczające światła od wielu lat. Nie wiedziała nawet, ile dokładnie czasu tam spędziła.

– Okolice zachodniego wybrzeża. Prowadzę koczowniczy tryb życia.

Chłopak myślał przez chwilę, oczami wyobraźni próbując sobie przywołać obraz mapy.

– Wybrzeże... to musi być cholernie daleko.

Skinęła głową, poprawiając niesforny kosmyk włosów. Wciąż do nich nie przywykła, ale stanowiły niezłe zajęcie dłoni poszukujących rozluźnienia.

– Pewnie mieszkałaś na jakimś dworze.

– Tak jakby.

– To by wiele wyjaśniało. Zachowujesz się... inaczej. Nie widziałem tutaj takiej dziewczyny, jak ty. Sam nie umiem tego nazwać.

Nie chciała się wyróżniać. Nie miała się wyróżniać. Miała znać się z tłumem, a tymczasem ten chłopak, którego ledwo poznała opowiadał o jej niezwykłości i charakterystyczności. Przeklęła w duchu, choć nie robiła tego zbyt często. Nie mogła okazać po sobie, że się tym przejmuje. Zazwyczaj takie słowa to komplementy. Ludzie chcą być wyjątkowi. Najwyraźniej stanowiło to charakterystykę wszystkich, prócz niej samej.

– Wybacz, nie wiem co odpowiedzieć – oznajmiła, kiedy cisza zaczynała się boleśnie przedłużać. Patrzyła na blaszany kufel piwa. Miał kilka wgnieceń. Pewnie spadł na ziemię przy nie jednej pijackiej bijatyce...


<Pil?>

10 mar 2023

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 3 (cd. Pil)

Zima 1457

Usiadła na drewnianym krześle z niemałą ulgą. Muskała łokciem ciało nastolatka, biorąc do ust kolejne widelce pełne kruchego mięsa i aksamitnych ziemniaków. Kiedy głód ściskał żołądek, nagle każde danie okazywało się najwyśmienitszą rzeczą, jaką w życiu było dane jej doznać. Ciepło karczmy otulało jej zmarzniętą twarz i mgliło zmęczone oczy. Sen porywał jej ciało z brzegu świadomości i delikatnie popychał swoim strumieniem naprzód. Oparła tył głowy o ścianę, leniwie biorąc kolejny kęs. Rzeczywistość ponownie wydała się mało realna.

– Czyli mówisz, że mieszkasz niedaleko.

Poczuła na sobie spojrzenie, ale nie zawracała sobie głowy odwzajemnianiem go. Obserwowała, jak młody, jasnowłosy karczmarz nachyla się do białowłosej staruszki, która wesoło gawędząc, głaskała jego ramię i wskazywała coś nieopodal lady. Opowiadała mu coś, a on z uśmiechem słuchał. Pomyślała, że może to rodzinny biznes, a młodzieniec w rzeczywistości był wnukiem kobiety. Ciekawe kim byli jego rodzice. Jak ułożyli sobie życie, czy byli szczęśliwi...

– A ty? – zagadnął chłopak. W jego głosie zabrzmiało coś tak hardego i dumnego, że wyrzuciło ją to z transu, a serce zabiło mocniej. Wyprostowała się na krześle, przytrzymując przy tym kant talerza. Zbyt podobały się jej zdobienia, oraz zawartość, by pozwoliła, by roztrzaskał się na podłodze.

– Cóż... ja... nie mam domu.

– A miałaś?

Był ciekawski. Nie powinno jej to dziwić, ale w tej chwili boleśnie uświadomiła sobie, że wciąż nie przywykła do zwykłych relacji międzyludzkich. Zapominała, że na swojej drodze życiowej napotyka się na wiele różnych ludzi oraz wiele trudnych pytań. Szczególnie tych, których nie chciało się słyszeć. Być może kiedyś nie miałaby problem z udzieleniem odpowiedzi, ale teraz...

Zmarszczyła brwi, a przed oczami zatliła się jakaś niewyraźna, choć ciepła i wielobarwna myśl. Wspomnienie dziecka biegającego po kuchni pachnącej świeżo pieczonym chlebem, dokuczania swojej matce i uciekania wprost do ogrodu, do krzewów pachnących miętą, które robiły za kryjówkę. Istny wodospad dźwięków i zapachów, które rozluźniały jej ciało oraz prowadziły do nieznanych od dawna poziomów ukojenia i spokoju. Spadały na jej ramiona, moczyły włosy, a głowa nagle ciążyła bardziej. To było jak uścisk kogoś ukochanego. Wyraźny, ostry i całkowicie pochłaniający w swojej bezmierności. Coś, czego potrzebowała już dawno.

Odwróciła głowę, by ukryć piekące oczy.

– Tak. Lata temu.

– Jak to na starego człowieka przystało – zakpił chłopak, zakładając ramiona na piersi. – Planujesz wybudować nowy?

Wybudować. To było tutaj legalne? Postawienie swojej rezydencji bez pozwolenia i podpisania niezbędnych dokumentów. Wysiliła swój umysł, ale owiał go chłód. Poczuła, jakby wkraczała w zaśnieżone i oblodzone rejony, na powierzchni których od dawna nie stanęła ludzka stopa. Miała problem z przywołaniem wspomnień. To wszystko było trudne. Zbyt trudne... To, co działo się przed Ogrodem Cieni ulegało stopniowemu zatarciu. Coś jej mówiło, że do tego wszystkiego potrzeba pozwoleń. Tylko czy na pewno...?

– Nie sądzę, abym miała do tego dość siły.

Czuła, jak chłopak mierzy ją wzrokiem. Od stóp, aż do głów. Komentarz wisiał w powietrzu, gotów wystrzelić i uderzyć boleśnie jak strzała. Wiedziała, co chce powiedzieć, więc uprzedziła go naprędce skleconymi słowami:

– Nie o tę siłę chodzi.

Nie chciała precyzować. Nie miała zamiaru się tłumaczyć. Zmarszczyła brwi, szukając w mętnym umyśle kolejnych słów, które tkwiły gdzieś na dnie jej świadomości, lub jak niektórzy to zwali, umysłu lub duszy. Sama nie wiedziała, w którą wersję wierzyć. Wiedziała jednak, że chciała wyrzucić z siebie jedną z myśli, z którą przeszła samotnie już wiele kilometrów.

– Przez pewien czas chciałabym polegać na tak zwanej Gildii Łowców, o ile naprawdę istnieje. Myślę, że pasowałabym tam. Przynajmniej na jakiś czas... aż nie zbiorę dość sił – o ile kiedykolwiek się to stanie, dopowiedziała sobie w myślach.


<Pil?>

9 mar 2023

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 1 (cd. Pil)

Zima 1457

Po Karczmie Starej Wiedźmy niósł się wesoły śmiech biesiadników, a w nieco dusznym powietrzu zastygł aromat piwa. Był ciężki i słodki. W ustach czuła gęstą piankę napoju, na którego nie było ją stać. Do kontuaru ciągnęła się długa kolejka oparłych mężczyzn, który żądali dokładnie tego, co ona dnia poprzedniego. Miękkiego posłania, ciepłego posiłku... Pokoje były zajęte, wszystkie. W ustach Gabrieli wciąż gorzkniała frustracja, a we wnętrzu jej dłoni odciskały się wzory złotych monet. Zdobyła je tej nocy swoją ciężką pracą. Upolowała wilka i oddała mięso rzeźnikowi, zaś skórę rzemieślnikowi do przerobienia na obicie do foteli. Jej mięśnie wciąż drętwiały pod futrem z bólu. Skręciła gołymi rękami kark kulejącemu wilkowi, a teraz utknęła na dobre w gospodzie, w której nie było dla niej miejsca.

Jej umęczone knykcie pyszniły się czerwienią, gdy owijała je szczelnie bandażem. Jej dłonie, zupełnie zmarznięte, zrzucały warstwę cienkiego naskórka. Skóra pulsowała, a język puchł. Od dwóch dni nic nie jadła. Jej drogę do posiłku zastawiały masywne ciała awanturników, a ona siedziała na ławie w kącie i bacznie wszystko obserwowała. Nie chciała interweniować bez potrzeby. Tuż przy jej twarzy znajdowało się okno, które wpuszczało do środka uporczywy, stłumiony blask śniegu. Jeszcze wczoraj, mimo spowijającej te krainy ciemności, można było ujrzeć gęste drzewa i przemykające w cieniach sowy, udające się na kolejny łów.

Teraz wszyscy utknęli, a spać można było tylko na ławkach. Obsługa traktowała to jako czyn niedozwolony, wobec czego nie spała. Uparcie opierała się o ścianę, pozwalając by drewno drażniło jej umięśnione plecy przez cienką, lnianą koszulę. Świeże blizny pulsowały, a przez jej umysł przemykały obrazy biegnących wielkich wilków. Ściskała monety mocniej, chcąc wrócić do rzeczywistości. Musiała się uziemiać, a najskuteczniejszym sposobem był ból.

Kiedy na nowo poczuła wyraźnie dotyk drewna, zapach piwa i odgłosy kłótni, postanowiła raz jeszcze przyjrzeć się wizytorom karczmy. Jej oczy przemykały zgrabnie po ludziach i nie-ludziach, a ona pozwalała sobie na zatapianie się bardziej w futrze, które nosiła od miesiąca na ramionach. Większość z bywalców stanowiła jej rówieśników. Gdzieniegdzie przemykały dzieci, prawdopodobnie porzucone pół-elfy. Miały rozwiane, brudne i poszarpane ubrania, co w żadnym stopnio nie szkodziło ich radosnym okrzykom.

Jej uwagę przyciągnął młody chłopak, który siedział po przeciwległej stronie sali i patrzył w tym samym kierunku, co ona chwilę temu. Miał blade policzki, niedbale rozrzuconą na czole grzywkę i szerokie ramiona, które nieco zmyliły jej szacowania. Wyglądał na czternaście lat, choć jego sylwetka sugerowała nieco więcej. Jej uścisk na monecie nieco się poluźnił. Miał zagubione spojrzenie młodej sarny, które wypatrzyło drapieżnika i liczyła, że pozostanie w bezruchu ocali ją przed zgubą. Za skórzanym pasem dostrzegła koniuszek jakiejś broni, prawdopodobnie sztyletu. Ta mina to tylko pozory. Był młodym, doświadczonym przez życie, chłopakiem, którego nie należy lekceważyć. W życiu spotkała już nie jednego takiego.

Poluzowała rzemyk i wsunęła do skórzanego mieszka monety. Zaintrygował ją ten chłopak. Podtrzymując się stołu, wstała z szerokiej ławy, a jej rynsztunek zastukał cicho, zwracając uwagę kilku ucztujących tuż obok mężczyzn o wykrzywionych, nieogolonych twarzach. Szybko jednak stracili uwagę, ponieważ dalsze podziwianie jej wymagałoby obrócenia głowy. Zbliżyła się bez pośpiechu do nastolatka, pozwalając, by jej skórzane buty skrzypiały cicho. Początkowo wcale na nią nie patrzył, choć wiedziała, że zauważył jej przybycie. Stała i podziwiała jego grzywkę, która skręcała się na samym czubku w drobne kędziorki. Uśmiechnęła się nieznacznie, a plecy oparła o ścianę tuż obok krzesła, na którym przysiadł chłopak.

– Dzisiaj nie wykupię usług prostytutek – powiedział w końcu, nawet nie patrząc na nią. Kobieta zaśmiała się głucho.

– Nie sądziłam, że kiedykolwiek ktoś mnie z nimi pomyli.

Dopiero wtedy ciemnowłosy odwrócił głowę. Przechylił ją w bok, a w oczach błysnęło charakterystyczne dla nastoletnich chłopców zuchwalstwo. Dopiero wówczas, z perspektywy odbitych w jego tęczówkach ogników świec, dostrzegła heterochromię. Kolory jego oczu przybrały chłodne barwy.

– Znam kogoś z heterochromią – uśmiechnęła się delikatnie.

– Nawet nie wie pani, jak się nazywam.

– Nie miałam na myśli ciebie. Masz pieniądze?

– Mówiłem już, że nie wykupuję...

– Czemu zatem tutaj jesteś?

Odwrócił głowę, myśląc nad odpowiedzią. Planował skłamać. Nie była to jednak sprawa przesądzona, jeszcze nie. Czekała w zafascynowaniu, jaką opowieść postanowi jej zasugerować. Co przyniesie jego fantazja, żeby ją zniechęcić i odrzucić. W międzyczasie od kontuaru odsunęła się grupka spaślaków, tuż po donośnym trzaśnięciu pięścią w blat i wyrzuceniu z tłustych ust kilku siarczystych przekleństw. Karczmarz znowu był dostępny dla gości.

– To nie pani sprawa – fuknął w końcu chłopak.

Powoli pokiwała głową, wtapiając wzrok jasnych oczu w karczmarza, który zamaszystymi ruchami czyścił zastawę. Zaraz miała zostać wykorzystana do przygotowania kolejnych dań obiadowych dla wizytatorów, którzy są w stanie zapłacić. Serwowali dzisiaj dziczyznę i tuczone ziemniaki. Musiała skorzystać z okazji, póki jeszcze mieli świeże mięso. Podrzuciła monetę, zaś błysk złota szybko zgasł w ponownie zamkniętej, poranionej dłoni kobiety. Powinno jej wystarczyć na parę dni.

– Chciałam zaproponować wspólny obiad, ale wygląda na to, że sam wspaniale sobie radzisz – Postąpiła kilka kroków w stronę kontuaru. – Powodzenia.


<Pil?>