Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro. Pokaż wszystkie posty

1 sie 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 6 (cd. Regis)

 Jesień 1457

Sitry są pieruńsko rzadkim zjawiskiem. Jak mało prawdopodobnym było, że to w ogóle się zdarzy tutaj... Jak wielkiego pecha miały rodziny, których członkowie padli ofiarą Sitry. Jak wielkiego pecha miał osobnik, który stał się nosicielem potwora... Pedro westchnął cicho. Było mu najzwyczajniej w świecie żal ofiar i „winnego” humanoida.
Pedro zmierzał do domu zajętego przez Regisa. Potrzebował jakiegoś sprzymierzeńca; kogoś, kto będzie dodatkową parą oczu i uszu w tej sytuacji. Kto lepiej by się do tego nadawał, niż najaktywniejszy łowca w okolicy? Lokalny rzeźnik na pewno będzie pomocny. Nawet jeśli nie miał jeszcze do czynienia z Sitrą...
Pedro zastukał do drzwi domu, który mu wskazano. Odczekał chwilę, dwie... Nikt nie odpowiadał. Mag podszedł do okna, by niedyskretnie zajrzeć do środka. Walka z zagrożeniem była dla niego ważniejsza niż cudza prywatność. Przejechał wzrokiem po schludnie zorganizowanym wnętrzu. Wszystko wskazywało jednak, że nie nie zastał Rzeźnika w domu. Po pozostawionym na stole kubku Pedro uznał, że Regis musiał wyjść zaraz po śniadaniu. Więc... gdzie mógłby być? Zapewne jest na łowach, ale gdzie konkretnie? Chyba że już szuka Sitry. Skoro tak, to prędzej czy później na siebie wpadną. Najlepszym, co w tej sytuacji może zrobić Pedro, byłoby więc rozpoczęcie właściwego śledztwa.
Nagle za magiem rozległ się niski, acz drażniący uszy warkot. Pedro nie musiał się nawet odwracać, żeby rozpoznać co to było. Zamiast tego, przygotował energię magiczną do rzucenia zaklęcia. Więc to prawda, co mówią o tej okolicy; do niedawna było to prawdziwe siedlisko Koszmarów. Dobrze, że pojawił się Regis, by zrobić z nimi porządek.
Dało się słyszeć uderzenia pazurów o ziemię. Potwór przyspieszył kroku, szykując atak. Dopiero wtedy Pedro odwrócił głowę; wymierzył w przeciwnika solidny cios energią. Koszmar został odrzucony kilka dobrych metrów, a następnie podniesiony w górę. Potwór próbował chwycić pazurami podłoża, ale bezskutecznie; zostawił jedynie ślady na bruku. Kiedy już stracił zupełnie kontakt z ziemią, zaczął syczeć i wierzgać. Nie rozumiał, co tak właściwie się działo. Tymczasem Pedro przywołał sobie kostur i skinął nim, by obrócić wroga w powietrzu. Chciał załatwić to szybko; miał ważniejsze sprawy na głowie. Patrząc bezpośrednio na słaby punkt monstrum, wymierzył weń jeszcze jeden cios; teraz przy użyciu zaklęcia przywołującego mróz. Pocisk przypominał ostry jak brzytwa sopel lodu. Przebił się bez problemu przez skórę i kości koszmara. Ciało stwora zesztywniało. Pedro pozwolił mu opaść na ziemię.
Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, żeby naprawić szramę na bruku, którą zostawił Koszmar. Zrezygnował jednak z tego pomysłu, tłumacząc sobie, że będzie na to czas innym razem.
Należy zbadać, czy trop prowadzący w środowisko artystów jest w ogóle wart uwagi.
Pedro musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jego brat jest w grupie ryzyka zostania kolejną ofiarą. Trzeba przyjrzeć się sprawie zaginionego trubadura; poznać jego charakter i najbliższe otoczenie.
Nietrudno było ustalić, gdzie mieszkał zaginiony artysta. Drzwi odemknął młody dorosły - współlokator trubadura. Był lekko pijany, ale zachowywał się dość uprzejmie; zaproponował Pedrowi miejsce do siedzenia oraz coś do picia (oczywiście z pewnym procentem czystego alkoholu). Mag odrzucił obie oferty, uznał, że lepiej mu będzie myśleć na stojąco i trzeźwo.
– Podejrzewasz, że co się nim „zaopiekowało”? – zapytał Pedro, kiedy skończył pytania wstępne.
– A bo ja wiem? Pewnie jakiś potwór wdarł się do miasta. Robert nigdy nie zapuszczał się daleko od centrum.
– A gdzie się zapuszczał w takim razie? – kontynuował mag.
– Tu i tam; chodził głównie na rynek – westchnął podchmielony mężczyzna.
– Tam jest najwięcej odbiorców wrażliwych na przystępną sztukę – stwierdził Pedro. I nie jest to siedlisko wielu potworów, ani pospolitych łotrzyków. Ale kręcą się tam inni artyści – Szukał kogoś do współpracy?
– Właśnie! Właśnie tak, dobrze powiedziane.
– Kogo szukał? Innego śpiewaka? – Pedro oparł się o ścianę izby.
– Nie, chyba nie... raczej... raczej... raczej...
– Jeszcze jedno „raczej” w niczym nie pomoże – rzucił mag. – Przejdźże do rzeczy.
– Szukał kogoś od... kogoś od sztuki... no, jak się to mówi?
– Wizualnej? – dopełnił mag.
– Tak! – wykrzyknął mężczyzna. – Dokładnie tak.
Dobrze... dobrze... to zwęża liczbę podejrzanych. Przynajmniej pośród artystów.
Chyba, że to któryś z wiernych spektatorów jest nosicielem Sitry...
Musiał być to ktoś godny zaufania, ktoś o niezszarganej opinii. Ktoś, z kim trubadur zgodziłby się zejść z wzroku innych...
– Jesteś w stanie podać mi jakieś nazwiska? – zapytał Pedro.
***
Pedro wyszedł na zewnątrz. Przydałoby się czasem mieć coś do zapisania zeznań. Ale informacji wyniesionych z tego spotkania nie było aż tak dużo. Pedro wyselekcjonował w myślach kilka punktów, które były warte zachowania, a resztę postanowił wyrzucić z pamięci już teraz.
Ruszył ulicą. Następny cel - dom jednego z przyjaciół trubadura. Przyjaciół z branży oczywiście.
Obok Pedra przebiegła grupka dzieci. Wesołe śmiechy i rozmowy o słodyczach przypomniały mu, że Berthina wspominała coś o zaginięciach wśród młodszych. Łowca postanowił więc zmienić na chwilę strategię i podążyć za nimi, by sprawdzić, dokąd zmierzają. Jest duża szansa, że to powie mu coś ważnego i może przedstawi nowych podejrzanych.
Wychodząc zza rogu, zobaczył znajomą sylwetkę - tego samego łowcę, który zawitał poprzedniego dnia w bibliotece i którego nie zastano wcześniej w domu.
– Witam ponownie – przywitał się pierwszy Regis. To utwierdziło Pedra w przekonaniu, że jest chętny do współpracy.
– Witaj – Pedro skinął głową. – Liczyłem, że się znów spotkamy.
– Co tutaj robisz? – spytał drugi łowca.
– Szukam tropu Sitry. Byłem w lokum jednego z zaginionych – Pedro wskazał dłonią kierunek, z którego przybył.
– Coś z tego wynika?
– Niewiele więcej, niż to co powiedziała mi Berthina – westchnął. – Podejrzani są pośród lokalnych artystów. Są podejrzanymi i zarazem zagrożonymi – przyznał gorzko. Nie podobał mu się ten rozwój sytuacji, martwił się o brata.
– To nie jedyny trop. Jeszcze pozostają zaginięcia wśród dzieci – zaznaczył Regis. – Po mojemu lepiej rzucić okiem na to. Łatwiej wyselekcjonować podejrzanych.
– Tak myślisz?
– Chodź, przekonamy się – powiedział Regis, kierując się dalej w ulicę. Pedro postanowił nie protestować; tak czy inaczej chciał zbadać ten trop, choćby pobieżnie. Rzeźnik zaprowadził go do przyjemnie wyglądającej kamienicy. We wszystkich oknach paliło się światło, a w progu stała ubrana na niebiesko staruszka. Otoczona przez dzieci, rozdawała im krówki i inne cukierki.
Była to Meredith; Pedro nie znał jej osobiście, ale wiele słyszał na jej temat.
<Regis?>

27 lip 2022

Od Pedra „W trasie” cz. 3

 Jesień 1456

Pedro podszedł do łóżka śpiącego brata. Trącił ręką obrócone na bok zawiniątko z koca i maga. Carlos nie zareagował. Starszy więc złapał go za ramię, by nim potrząsnąć. Młodszy coś wymamrotał, po czym poprawił swój koc. Pedro zdusił mały płomyk, który pojawił się na końcu jego brody. Postanowił ściągnąć nakrycie z brata.
– Co jest? – wymruczał Carlos. – Jeszcze pięć minut, nie pali się.
– Wstawaj, przed chwilą się paliło – Pedro znów trącił brata, tym razem kolanem.
– Co, gdzie? – Carlos podniósł głowę. Po chwili za głową powędrowało całe ciało; mag wstał do pozycji siedzącej, a właściwie klęczącej. Potarł ręką oczy. Dopiero teraz dostrzegł, że za oknem brakowało pewnego kluczowego elementu. – Chwila, a gdzie słońce?
– Jeszcze nie wstało, królewiczu – powiedział Pedro. – Wstawaj, idziemy...
– Nie, nie, nie, nie, nie – wszedł mu w słowo Carlos. – Nigdzie nie idę. To ma być przyjemna wyprawa, a nie obóz treningowy. Jestem tu żeby szukać inspiracji, a nie...
– To tylko mała wyprawa do lasu. Przypomnisz sobie rośliny i ich właściwości.
– Jest noc! Jaki to ma sens?! – oburzył się młody mag.
– Właściwie, zaraz będzie widoczna jutrzenka.
– Znaczy mogę jeszcze iść spać! – Carlos spróbował odebrać Pedrowi swój koc, ale ręka brata nie ustąpiła. – Oddawaj!
– Zaraz obudzisz wszystkich w zajeździe – mruknął starszy z magów.
– Jeśli już, to będzie to twoja wina – Młodszy dalej się szarpał.
– Próbujesz rozerwać koc?
Carlos przestał na chwilę swoje starania, by złapać nieco oddechu.
– W sumie to bym się nie zdziwił, gdyby udało się go rozpruć. Widziałeś, jakie to jest cienkie? W tym zajeździe oszczędzają na wszystkim, co się da. Czemu w ogóle zatrzymaliśmy się tutaj?
– Każdy nocleg kosztuje. Ciesz się, że stać nas na jakikolwiek.
<C.D.N.>

25 lip 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 4 (cd. Regis)

 Jesień 1457

– Powiedzmy, że w zwęglonych zwłokach niewiele przetrwa – rzucił łowca, przyozdabiając twarz lekkim, aczkolwiek ironicznym uśmiechem.
Pedro opuścił nieco brwi, słysząc to. Oparł dłonie o dzielącą ich ladę. Nie... to nie było rozwiązanie, którego szukał. Zależało mu na pewnym i doszczętnym zniszczeniu Sitry, ale nie wraz z nosicielem. Jako łowcy są odpowiedzialni za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Rivot i okolic. Ta nieszczęsna jednostka również jest warta obrony i ratunku. Ale trzeba ją odnaleźć szybko.
Po krótkim pożegnaniu Regis opuścił bibliotekę. Pedro zaczął rozmyślać; wręcz kartkować swoją pamięć w poszukiwaniu informacji. Czytał o Sitrach, nie raz zresztą, ale było to zjawisko tak rzadkie, że pomimo upływu lat, nadal nie było wiadomo nawet jak dochodzi do zakażenia. Znany jest jednak sposób na pokonanie Sitry – zniszczenie rdzenia, gdzie rezyduje pasożyt.
Mag spuścił głowę. A jeśli Piasek Powiernika wcale nie pokazał prawdy? Jeśli przybycie Sitry to bujda, a wizja była tylko ucieleśnieniem głęboko skrywanego, bezpodstawnego lęku? Czy magowi takiemu, jak on mogło się w ogóle udać przywołać właściwą wizję?
Z tych ponurych myśli wyrwało Pedra bicie zegara. Wskazówki pokazywały jasno, że czas zamknąć bibliotekę. Mag zgarnął z blatu ostatnie książki, by odłożyć je na miejsce. Z niecierpliwością wyczekiwał tego dnia pory zamknięcia; wyczekiwał powrotu do karczmy. Poprzedniego dnia nie zastał Berthiny na miejscu, a pozostali pracownicy nie byli tak dobrze poinformowani, jak ona. Nikt w okolicy nie był.
Mag przekręcił w zamku powierzony mu przez pracodawcę klucz i ruszył w kierunku karczmy.
Tym razem Pedrowi dopisało szczęście; kiedy przekroczył próg, zobaczył Berthinę. Akurat wręczała Carlosowi tacę z trunkami (poza grajkowaniem, brat Pedra zajmował się również kelnerowaniem w tym lokalu).
Młody mag/niedoszły łowca widząc starszego z rodzeństwa, spróbował jak najszybciej usunąć się z jego pola widzenia. Nie chciał przypadkiem dostać kolejnego wykładu na temat swoich życiowych wyborów. Na jego szczęście tego dnia Pedro nie po to tu przyszedł.
– Przepraszam na chwilę – brodaty mag zdjął z głowy kapelusz i zbliżył się do baru.
– Słucham, Pedro – powiedziała właścicielka zajazdu. – Rozumiem masz jakąś konkretną sprawę do mnie?
Łowca pokiwał głową.
– Czy w ostatnim czasie było dużo zaginięć w okolicy? – uznał, że tak sformułowane pytanie naprowadzi go na pierwsze tropy.
– Było ich kilka, to wszyscy wiedzą – rzuciła Berthina, wzruszając ramionami. – Normalna rzecz na tych terenach. Potwory szwendają się tu i tam...
Pedro poprawił okulary, chrząknął, po czym podsunął kobiecie kilka monet. Jej oczy zabłysnęły na ten widok, Pokryta ciemnymi plamami starości ręka chętnie zgarnęła zapłatę do sakiewki.
– Ale teraz zaginięć było więcej – kontynuowała właścicielka karczmy. – I znikali ci, którzy nie zapuszczają się daleko za miasto. Są wśród nich dzieci.
– Żadnych ciał, śladów po nich?
Berthina pokręciła głową.
– Potrzebny mi świeży trop – powiedział Pedro.
– Ostatnio zniknął jeden młody trubadur. Dobry chłopak, ale zawsze bujał w obłokach – westchnęła kobieta.
– Z kim ostatni raz go widziano? – spytał Pedro.
– Jak to przy śpiewaku, kręciło się przy nim dużo ludzi i innych bestii...
Pedro umieścił na blacie więcej monet. Były to ostatnie, które miał przy sobie. Że też wydał tyle na aż trzy porcje Piasku. I co gorsza, dał jedną Carlosowi! Bardzo głupio postąpiłeś, Pedro. Bardzo głupio!
– Widziano go również z kolegami po fachu. – mruknęła kobieta.
– Na przykład kim?
– Z twoim bratem, między innymi.
– Nawet tak nie mów! – Pedro uderzył pięścią w blat.
– Ależ po co te nerwy... – Berthina westchnęła. – Podaję ci tylko fakty. Kręcił się przy nim też niejaki Roan Brown, Diego Drumstick...
– Kim są ci dwaj?
– Roan stoi o tam, razem z twoim bratem – Berthina skinęła na jaskrawo ubranego człowieka. Akurat żywo dyskutował z obsługującym gości Carlosem. Pedro zmrużył oczy, spoglądając na swojego pierwszego podejrzanego. Wtedy do tych dwóch artystów podbiegło kilkoro dzieci. Jedno z nich zaczęło ciągać Carlosa za rękaw, żeby zaśpiewał jego ulubioną piosenkę. Roan jak gdyby nigdy nic obiecał zastąpić młodego barda, by ten mógł dokończyć swoje zadanie odniesienia pustych kufli za bar. Carlos jednak odstawił tacę na pobliski stolik i przyrzekł zacząć pieśń już teraz.
– Podejrzewasz ich? – spytała Berthina.
– Roana być może... Gdzie on mieszka?
– Stosunkowo niedaleko. Gdzieś przy... – kobieta nie zdołała dokończyć zdania. W słowo weszła jej kozicowata bestia:
– Co chciał tamten przy drugim stoliku? – spytała humanoidalna koza, szturchając właścicielkę karczmy.
– Pieczeń i kufel piwa. Szybko, bo zaraz sobie pójdzie! – ponagliła Berthina.
Kozica skinęła głową i w podskokach wyruszyła obsłużyć niecierpliwego klienta.
– A kim jest ten drugi, o którym mówiłaś? Jak się nazywa? – kontynuował Pedro.
– Diego Drumstick. A tak właściwie, Diego Jay Drumstick. Też jest trubadurem, ale nie wędrownym. To tutejszy. Od jakiegoś czasu.
– Gdzie on rezyduje?
– Dnie spędza w mieście na zabawianiu rodzin – kobieta zrobiła tu krótką pauzę. – Ale mieszka w lesie...
– Dobre miejsce na ukrycie ciał – podsumował ponuro Pedro.
– Och, ten niewinny chłopak nie skrzywdziłby... – zaczęła właścicielka karczmy.
– Ta sprawa jest bardziej skomplikowana, Berthino... Muszę mieć na oku Carlosa – dodał mag, jakby do siebie. – Muszę mieć ich wszystkich na oku.
– W pojedynkę będzie to dość trudne... – zauważyła kobieta.
– Już twój wkład jest wielkim wsparciem inicjatywy. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.
– Ale że ja? – Berthina zaśmiała się. – Oj Pedro, Pedro...
– Hm... – mruknął mag. – A powiedz... gdzie mieszka Regis?
– Rzeźnik? Zajął pewien opuszczony dom na obrzeżach miasta. Ale żebyś nie szukał żadnej rudery, Regis zadbał, by dało się tam znów zamieszkać.
– Dobrze... Dobrze... – powiedział Pedro.
Przed opuszczeniem karczmy mag obejrzał się, żeby wychwycić widok ukochanego brata. Szczęście w nieszczęściu, on mieszkał i pracował tu w karczmie. Za dużo osób się tu kręci, by Sitra mogła go niepostrzeżenie dorwać. Ale jeśli to on byłby Sitrą...
Pedro potrząsnął głową. Nie, to nie jest możliwe. Kto, jak kto, ale on by zauważył, że coś jest nie tak. A Carlos... cóż pozostawał Carlosem. I właśnie przed chwilą o mało nie podpalił sobie nakrycia głowy próbując popisać się jakąś magiczną sztuczką.
<Regis?>

19 lip 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 2 (cd. Regis)

 Jesień 1457

Traf chciał, że biblioteka znajdowała się niedaleko rynku, więc Pedro miał zawsze dobry widok na ruch przekupniów i innych mieszkańców Rivot. Podczas pracy, lub w przerwach, mag ukradkiem przyglądał się mijającym go ludziom i innym stworzeniom. Oceniał którzy byli zamożniejsi, a którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Nie omieszkał też cicho wydawać werdykt, którzy z nich prezentują się przyzwoicie, a którzy nie powinni w ogóle wychodzić dziś z domu.
Ostatni kłąb kurzu został zamieciony przez Pedra na szuflę. Mag podniósł wspomniany przedmiot w dłoń i wyszedł na zewnątrz, by go opróżnić. Kiedy otworzył drzwi, do środka wdarło się blade światło słoneczne, a z nim - gwar ulicy. Nagle słuch Pedra wyłapał znajomy głos rzucający charakterystyczne powiedzonko.
– O choroba jego gajowego!
Pedro odłożył szuflę na brzeg stołu przy wyjściu. Właśnie kończył sprzątanie, a tym samym swoją zmianę w bibliotece, więc mógł spokojnie podejść i się przywitać.
– Jed, dobrze cię znowu widzieć – powiedział, przyozdabiając twarz szerokim uśmiechem. Nie był to uśmiech szczery, ale przez zarost Pedra nikt nie byłby w stanie tego dostrzec.
– O choroba jego gajowego, Pedro! Wróciłeś, stary byku – ucieszył się handlarz. Poklepał maga po ramieniu. – Gdzie masz zbroję, co?
– Niepraktycznie jest nosić ją podczas pracy w bibliotece.
– Pewnie interesują cię moje towary, co? Chodź, pogadamy o tym w drodze na rynek – zaprosił kupiec.
– Interesuje mnie przede wszystkim Piasek Powiernika – Pedro ruszył wraz z nim w odpowiednim kierunku. – Miałeś go nieprzerwanie od lat, więc zakładam, że masz go i tym razem.
– Ha! Dałbyś głowę to wciąż byś ją miał.
– Cieszy mnie to bardzo – powiedział spokojnie Pedro. – Czy ceny uległy zmianie?
– Mamy ciężkie czasy, coraz trudniej o większość mojego asortymentu... Musiałem trochę podnieść ceny. Ale nieodczuwalnie, zapewniam cię!
– To się jeszcze okaże. Podaj coś konkretnego – zażądał mag.
– Dwa Feny za porcję.
Pedro przeklął w myślach. To dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego obecną sytuację. Wspierając materialnie Carlosa ciężko jest odłożyć coś więcej, a Pedro nadal miał w planach zakup własnego lokum dla siebie i brata. Ale faktem było też, że Pedro dawno nie miał Piasku Powiernika. A ta substancja już dwa razy uratowała życie bliskich mu osób; pierwszy raz jego matkę, kiedy piaskiem posłużył się ojciec, a drugi raz wuja Ray'a; wtedy wykorzystał piasek sam Pedro.
– Daj mi trzy porcje – powiedział wreszcie mag.
– Aż trzy? – zdziwił się Jed. – O choroba jego gajowego...
– Powiedziałem „trzy” – rzucił Pedro, wyciągając przed siebie dłoń. Zrobił wyjątek od swojej reguły odnośnie codziennych spraw i użył magii do przywołania sakiewki ze swoimi pieniędzmi.
– Niech będzie – powiedział Jed. Przyjął zapłatę i wręczył Pedrowi trzy fiolki wypełnione połyskującym, srebrnobiałym proszkiem.
Uzyskawszy, co chciał, Pedro zapytał mężczyznę o kilka spraw osobistych. Nie dlatego, że go to bardzo obchodziło; wolał zostawić po sobie miłe wrażenie na tak ważnym sprzymierzeńcu i przynajmniej udawać, że mu na nim zależy.
Pedro zatoczył jeszcze koło pośród już rozstawionych straganów, ale nie znalazł na nich nic ciekawego; nawet jednego stoiska ze starymi księgami, ani magicznymi przedmiotami. Znaczy, był jeden kupiec utrzymujący, że jego towary mają wyjątkowe właściwości, ale Pedro już na pierwszy rzut oka mógł śmiało stwierdzić, że to jedno wielkie oszustwo. Tak więc, niedługo po spotkaniu Jed'a Pedro udał się w kierunku Karczmy Starej Wiedźmy. Jeśli chciał użyć Piasku, musiał znajdować się w nieco spokojniejszym otoczeniu; przykładowo, swoim wynajętym pokoju.
***
Pedro przekroczył próg karczmy. Od wejścia przywitał go mocny swąd pijanych ludzi i innych stworzeń. Wydłużył krok, żeby przedostać się nad jednym już leżącym mężczyzną, który za żonę wybrał sobie butelkę trunku. Pierwsze co zrobił mag po pokonaniu tej przeszkody, to odszukał wzrokiem brata; ten rezydował w rogu izby i zabawiał podchmielone towarzystwo pieśnią o czterdziestu pszczołach. Utwór był głupi jak but, ale pomimo tego widzowie wesoło „tańczyli” i „przyśpiewywali” refren.
Pedro pomyślał, że długo już nie będzie tak dobrej okazji na nową lekcję dla Carlosa. Jed pojawiał się w mieście tylko raz do roku, a odpowiednie wykorzystanie Piasku Powiernika może okazać się ważną umiejętnością. Nie powinno to sprawić tak utalentowanemu, młodemu magowi problemów. Może jedno podejście wystarczy.
Pedro przecisnął się między widzami, by porozmawiać z Carlosem.
– Trzydzieści sześć pszczół miało na wino chęć. Lecz było ono zatrute; zostało trzydzieści pięć! – wyśpiewał bard.
– Carlos, skończ to rzępolenie, mam do ciebie sprawę.
– Trzydzieści pięć pszczół chciało zjeść dwa sery... – kontynuował młodszy z magów.
– Carlos!
– … a wtedy przyszedł scurek; zostało trzydzieści cztery!
Pedro wyrwał z rąk Carlosa lutnię. Oczywistym było dla niego, że nowa, cenna lekcja to coś ważniejszego od „sztuki”.
Widownia zamruczała z niezadowoleniem. Ci, którzy znali braci trochę lepiej, odeszli, wiedząc, że pieśń już nie ma szansy na kontynuację. Jeden podszedł do starszego maga z chęcią mordu w oczach, ale Pedro jednym ruchem przewrócił go na ziemię; nie był to żaden wyczyn, pijany delikwent ledwo stał na nogach.
– Co ty robisz?! – zdenerwował się Carlos.
– Idziemy na górę. Posiądziesz nową umiejętność.
– Ktoś raczył mnie spytać, czy ja tego chcę?
– Nie musiałem – podsumował Pedro. – Idziemy na górę.
Koniec końców mag zawlókł młodszego brata do pokoju niemalże siłą. Carlos nie miał dość mięśni, by się opierać. Wreszcie usiedli jeden naprzeciwko drugiego. Wtedy Pedro wyjął z sakwy fiolki.
– Co to jest? – chciał wiedzieć Carlos.
– Piasek Powiernika.
Młodszy z braci popatrzył na Pedra, jakby oczekiwał dalszych wyjaśnień. Starszy jednak milczał.
– To ma mi coś mówić?
– Nie raz opowiadałem ci o Piasku Powiernika – mruknął brodaty mag. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Mógłbyś przestać zakładać, że zapamiętam wszystko co mi kiedykolwiek powiedziałeś – Carlos podniósł teatralnie oczy do góry.
– Niech będzie, zaczniemy od nowa. To jest Piasek Powiernika – Pedro podniósł fiolkę przed oczy brata. – Zażycie go sprowadza wizje. Przy odpowiednim skupieniu mogą one dotyczyć...
– Wizje? – Carlos nagle ożywił się.
– ...nawet przyszłości – dokończył Pedro.
– Trzeba było od tego zacząć – młodszy przejął od brata jedną fiolkę. – Jak się tego używa? Czekaj, nic nie mów! Na pewno się to...
– Wdychasz to nosem. Trafia bezpośrednio do układu krwionośnego – opisał Pedro.
– Błe nie mów mi o krwi!
– Wizje mogą dotyczyć różnych rzeczy – kontynuował starszy. – Ale musisz się skupić na tym, co chcesz otrzymać. Jest nas dwóch, więc jest niskie prawdopodobieństwo, że Piasek pokaże nam dokładnie te same urywki przyszłości. Mamy duże szanse dowiedzieć się o czymś ważnym.
– W porządku, wchodzę w to! – oznajmił z entuzjazmem Carlos.
Pedro uśmiechnął się pod wąsem. Wreszcie udało mu się czymś zainteresować brata. Oby teraz wszystko poszło gładko...
– Au! To parzy w nos! – jęknął Carlos.
– Nie wdychaj wszystkiego naraz. To opóźni działanie – powiedział Pedro. – Trzeba powoli, stopniowo. O tak – Nabrał nieco Piasku na palec i zaprezentował. – I teraz musisz się skupić.
Pedro poczuł, jakby podłoga pod nim zamieniła się w nicość. Świat dookoła zaczął znikać; sylwetka siedzącego naprzeciwko Carlosa zamazywała się. Mag skoncentrował myśli na tym, co chciał zobaczyć; na przyszłości.
Zobaczył przed sobą białą przestrzeń. Przez chwilę wszystko trwało w ciszy i bezruchu. Potem na środku tej bieli pojawiła się czarna plama. Zaczęła rosnąć, by wkrótce wypuścić na wszystkie strony szare żyły. Wtedy Pedro nie miał już wątpliwości, co widzi.
Sitra.
Pedro zażył kolejną porcję Piasku. Szare odnogi oplotły biel i zasłoniły ją. Mag usłyszał krzyki i rozpaczliwe wołanie o pomoc. Ostatnia dawka. Pedro zobaczył Świszczące Równiny; karczmę, potem miasto i las. Górska ścieżka, świszczące mokradła... To wszystko dzieje się bardzo blisko.
I na tym skończyła się jego wizja. Wrócił widok świata materialnego. Pedro otarł czoło; jednym z częstych efektów ubocznych zażywania Piasku Powiernika była nadmierna potliwość.
– Ten twój proszek w ogóle nie działa! – rzucił nagle Carlos. – Czekam tak już od pięciu minut i... – zamilkł.
Starszy z braci spojrzał na młodszego.
– Carlos, słyszysz mnie? Opisuj wszystko, co widzisz – kazał Pedro. Liczył, że wizja brata dopełni jego wizję.
– Widzę... kobietę. Jest w pięknej sukni powiewającej na delikatnym wietrze. Jej włosy opadają z finezją na ramiona...
– Dobrze, co jeszcze? Co ona robi? – wypytywał brodaty mag.
– Nic nie robi. Patrzy niezręcznie w bok.
– Wstydzi się? – zgadywał Pedro.
– Opowiadam jej o mojej sztuce. Czytam z kartki pierwsze wersy mojego nowego wiersza – opisał Carlos. Zrobił się czerwony na twarzy.
Pedro oniemiał. Po tym, załamał ręce. To nie była wizja przyszłości. To było wspomnienie jednej z pierwszych randek Carlosa. Zmarnować tyle Piasku Powiernika! Pedro, jak głupio zrobiłeś tak po prostu dając go bratu!
– Wystarczy tego – Pedro potrząsnął młodszym. Był to jeden z prostszych sposobów na zatrzymanie działania Piasku.
– Teraz pokazuję jej sztuczki z iskrami – kontynuował Carlos. – Pierwsze nawet się udały, ale potem jej włosy zajęły się ogniem... – dodał i ukrył twarz za dłońmi.
Pedro pociągnął brata za czuprynę. To był drugi sposób.
– Próbowałem ugasić ogień, ale tylko oblałem jej suknię. Całkiem zniszczyłem ten delikatny materiał...
Pedro szarpnął mocniej loki Carlosa. Powinien był przewidzieć, że wizja będzie w jego przypadku długa, wyraźna i trudna do rozbicia. Tak samo, jak powinien był przewidzieć, że braciszek nie zdoła się skupić na tym, co trzeba.
– Au, au, co ty robisz! Pedro, do cholery, puść mnie! Nie godzi się szarpać złota mojej głowy.
Pedro odetchnął z ulgą widząc, że jego brat się ocknął. Wstał z miejsca.
– Muszę iść.
– Co? Zawlokłeś mnie tutaj wspominać przeszłość, a teraz sobie pójdziesz? Dlatego przerwałem koncert?! – oburzył się Carlos.
Pedro nic już nie odpowiedział. Zbiegł po schodach do głównej sali karczmy. Musi się rozmówić z Berthiną.
Sitra... Najniebezpieczniejsze monstrum, jakie widział ten świat. 
<Regis?>

17 lip 2022

Od Pedra "W trasie" cz. 2

 Jesień 1456

Słońce chyliło się ku zachodowi. Po całym dniu jazdy, a potem, odkąd wkroczyli w tereny lasów, marszu, podróżnicy zasłużyli na odpoczynek. Rozbili obóz na skraju boru i jak co dzień, rozpalili ogień. Pedro dołączył do wuja i brata dopiero jak upewnił się, że konie im nie uciekną.
– Co powiecie na to, że gdybym mógł, to bym wytresował i dosiadł smoka! – Carlos Przejechał palcami po lutni. – Ja i mój smok, podbijający cały świat...
– Słyszałeś ty kiedy historię o "dobrym smoku"? – mruknął Pedro. – Zejdź na ziemię, jeśli istnieją, bądź istniały nie bez powodu zawsze są tą złą siłą, która atakuje i niszczy i musi zostać zgładzona.
– Wierzę, że to tylko naleciałości związane z pewnymi niedopowiedzeniami – wyrecytował Carlos. – Jak z wampirami. Nie są złe per se, a jednak wielu ludzi w to wierzy. Cóż za smutny los... – Wyjął z kapelusza pióro i zaczął coś pisać. – "O losie odrzuconych" brzmi jak dobry tytuł!
– Uwierz, tytuł nie świadczy jeszcze o jakości tworu – rzucił jego brat.
– Huh! Tytuł musi być dobry, to pierwsze co pozna czytelnik, pierwsze co pozna odbiorca! To nawet ważniejsze od pierwszych słów samej treści.
– Śmiem się nie zgodzić – Pedro oparł dłonie na kolanach skrzyżowanych nóg. – Tytuł ma przykuwać uwagę, ale nie decyduje się po samym tytule, czy będzie się czytało całość.
– Ja tam zwracam uwagę głównie na tytuły. No i... ilustracje. Ilustracje to podstawa – zapewnił Carlos. – Piękne kolory rozbijają monotonię tekstu... Dlatego zawsze jak się podpisuję dorysowuję małego słowika!
– Ilustracje? Przydatne są tylko w zielnikach i w niczym poza tym. Odwracają uwagę, odbierają możliwość interpretacji opisu. Stawiają cię przed faktem dokonanym, odwalają robotę za ciebie.
– Rety, Pedro naprawdę jesteś przeciwnikiem ilustracji w książkach – zaśmiał się wuj Andre, grzebiąc patykiem w ogniu. – Nigdy nie widziałem, żeby ktoś podchodził do tego tematu z taką powagą.
– Śmiało, powiedz mi, że to nieważne – wyzwał Pedro. – Powiedz mi, że nie ważne jest utrzymanie uwagi czytającego. Jeśli książka nie potrafi się obronić bez ilustracji, nie jest książką tylko opowiadaniem dla dzieci.
– Nie ubliżaj inteligencji dzieci, są bystrzejsze i sprytniejsze, niż ci się wydaje – zauważył wuj.
– A więc uważasz, że dziecko potrafi skupić się na książce bez obrazków? – Pedro złożył razem palce dłoni.
– Tak uważam – potwierdził Andre.
– Więc popierasz mój argument. Obrazki są zbędne.
– Nie, bo... Um... – zająknął się przybrany wuj braci. – Słuchaj, są sytuacje kiedy obrazki są potrzebne i kiedy są niepotrzebne. To zawsze miły dodatek, ale...
– Nieraz tylko sztucznie zawyżają liczbę stron – mruknął Pedro z irytacją w głosie. – Obiecują ci powieść na sto stron, a tak naprawdę otrzymujesz ich tylko osiemdziesiąt.
– Wracając do tematu smoków... – wtrącił Carlos. – Gdybym miał wybierać kolor, wybrałbym niebieski odcień łusek. Albo błękit nieba, albo toń morską. Nic pomiędzy.
– Dobry wybór – wuj Andre sięgnął po bukłak. Pociągnął zeń łyk i zaproponował braciom. Carlos z wielką chęcią przyjął sfermentowany napój. Pedro pokazał dłonią, że nie chce wina. Wolał pozostać czujny, mimo wszystko byli w dziczy a kostur może nie wyłapać każdego rodzaju zagrożenia; zaklęcie było niedoskonałe.
– Smoka się nie boisz, a wyverny już tak? – mruknął Pedro, złośliwie podnosząc jedną brew.
– Wyverna to nie smok! To wredna gadzina! – prawie wykrzyknął Carlos. Pociągnął jeszcze jeden łyk napoju. – Nie bez powodu każda historia z wyverną kończy się tak, jak się kończy.
– To w końcu wierzysz tym historiom z przeszłości, czy nie? – Pedro przewrócił oczami. – Zdecyduj się.
– Wierzę niektórym. Tym, którym warto wierzyć – Carlos podniósł dumnie głowę.
– A po czym to poznajesz, co?
– Na pewno nie po twoich rekomendacjach – rzucił młodszy z braci.
– Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek polecał ci cokolwiek, co podchodzi pod fikcje – powiedział Pedro. – Starczy, że bez przerwy sam ją pisujesz.
– Moja poezja to nie fikcja! – oburzył się Carlos. – To wszystko jest ugruntowane w emocjach; one są tu na pierwszym planie, nie ma nic realniejszego od nich! Emocje to potęga przekazu!
– Twoje zaklęcia byłyby silniejsze. Gdybyś tylko choć raz się postarał i wziął do roboty.
– Czego się go tak czepiasz? – wtrącił znów wuj. – Kto powiedział, że on chce być magiem? Albo łowcą?
– Bycia magiem się nie wybiera. Albo się z tym rodzisz albo nie – rzucił sucho Pedro. – A łowcą to sam chciał zostać.
– Dodatkowo – zaznaczył Carlos. – Liczyłem, że będzie to źródło inspiracji, a nie pretekst do wysłuchiwania kolejnych twoich wykładów.
– To kim jesteś na pełen etat, hm? – Pedro spojrzał na młodszego.
– Śpiewakiem poetą. To chyba oczywiste, braciszku.
– I jak dobrze tym zarabiasz na życie? – kontynuował starszy mag.
– Lepiej od ciebie. „Patrzcie, jestem Pedro i ganiam za potworami żeby dostać złamanego Ora” – Carlos wyciągnął dłoń, żeby zabrać bratu okulary, które byłyby idealnym dodatkiem do tej parodii. Pedro złapał go za rękę.
– Za większe płacą nawet w Fenach.
– Cieszy mnie twoje szczęście – Carlos wyszczerzył zęby. – Pozwól mnie cieszyć się również moim szczęściem.
– Nie będziesz szczęśliwy, jeśli będziesz dalej marnował swój potencjał – oznajmił Pedro.
– Znowu ta gadka o „potencjale”... Nie masz czegoś innego? To się robi nudne.
– Pedro, pozwoliłbyś mu wybrać jego własną ścieżkę – mruknął wuj Andre. – Nie chce to nie, co ci to przeszkadza.
– Carlos marnuje się – Pedro wskazał na wspomnianego osobnika. – Zmarnowanie takiego talentu to największa zbrodnia przeciwko naszemu rodzajowi magii.
– Nienapisanie tych wszystkich pieśni, które mam w głowie, byłoby gorszą zbrodnią! – zaznaczył donośnym głosem Carlos.
<C.D.N.>

16 lip 2022

Od Pedra "W trasie" cz. 1

 Jesień 1456

Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Trójka podróżników znajdowała się daleko od wszelkich terenów zabudowanych, więc nie pozostało im nic innego jak rozbicie obozu na łące.
Carlos, zamiast pomagać, zaczął stroić lutnię. Wydobywał kolejno z każdej struny dźwięk i poprawiał jego brzmienie dostosowując napięcie. Robił to na słuch; zresztą jak zawsze, nie zostawiając wiele przypadkowi. Akurat w tej jednej rzeczy był dokładny.
W tym samym czasie Pedro dorzucał drwa do ognia. W niebo wzbiły się chmary iskier. Carlos podniósł wzrok znad instrumentu. Ze złośliwym uśmieszkiem brzdąknął lutnią, a iskry poleciały na kolana Pedra.
– Ej!
– To nie ja – powiedział Carlos z niewinną minką. Po tym, wrócił do poprawiania napięcia strun. Wuj Andre zachichotał.
Pedro strzepnął popielaty kurz z kolan.
– Też mi coś – mruknął jakby do siebie.
Zdjął okulary, żeby je przetrzeć. Wtedy kryształ na położonym nieopodal kosturze maga zabłysnął. Pedro natychmiast wyprostował się i zaczął wodzić wzrokiem po niemalże zupełnie ciemnej okolicy.
– Co się dzieje, synku? – zapytał wuj Andre.
– Pedro znów ma swój napad. Wrażliwość jelenia – zachichotał Carlos.
Pedro jednym ruchem podniósł kostur, a drugim przywołał na siebie brakujące elementy zbroi (poza hełmem bo tego nie zwykł w ogóle nosić). Carlosowi zrzedła mina na ten widok. Zrozumiał, że braciszek naprawdę szykuje się do walki.
– Pedro? – zapytał wuj.
– Cisza – zarządził mag. Wpatrywał się w jakiś punkt na łące w oddali. Coś tam było. Cień na tle nocnego nieba. – Koszmar. Kryjcie się – oznajmił Pedro.
– Smith nie chowa się przed zagrożeniem – Andre wstał z miejsca i wyjął z pochew dwa długie noże. Wypiął dumnie pierś.
– Może powtórzę... KOSZMAR. Klasa co najmniej dziesiąta.
– Jesteś pewien, że chcesz iść tam sam? – spytał. – Carlos, ty drżysz! – dodał, spoglądając na drugiego "bratanka".
– Co? W-wydaje ci się, wuju.
Pedro ruszył naprzód.
– Zostańcie tu i weźcie z ognia po pochodni. Powinny odstraszyć potwora. Gdyby to nic nie dało uciekajcie w dwie różne strony – poinstruował bliskich na odchodnym.
Mag zaczął gromadzić w krysztale kostura energię. Kamień lśnił coraz jaśniej. Teraz nie było już mowy, że Koszmar przegapi sylwetkę Pedra. I o to właśnie chodziło. Mag wiedział, że wuj Andre był gotów stanąć do walki z potworem, ale w jego ocenie mężczyzna nie miał dość doświadczenia, by podołać zadaniu. Nie mówiąc już o ubywających z wiekiem siłach. A Carlos... cóż, Carlos jako początkujący łowca również nie powinien zbliżać się do Koszmara ani vice versa.
Pedro osobiście zadba by tak było.
Wreszcie mag był w stanie wyraźniej dojrzeć potwora. Przypominał on coś między przerośniętym humanoidem a żubrem. Miał za to głowę przypominającą futrzastego krokodyla.
Koszmar ruszył w kierunku Pedra. Najpierw powoli, by wkrótce przyspieszyć do galopu. Mag skupił w sobie wszystkie siły i wypuścił w stronę monstrum czar zamrażający. Bez żadnych wspomagaczy nie wystarczyłoby mu energii na unieruchomienie całego potwora, więc wymierzył w jego łapy. Żubr chciał skoczyć w stronę maga i zadać śmiertelny cios, ale nie zdołał oderwać się od ziemi. Koszmar warknął głośno i szarpnął. Wyłamał z lodu jedną łapo-dłoń. Miał jednak poważny problem z pozostałymi.
Nie pozostało wiele czasu, trzeba zadać teraz cios w...
– Ataaaaaaaak! – krzyknął nagle ktoś za Pedrem. Chwilę potem obok maga przebiegł Carlos. Wykonał niedokładny gest rękami, ale mimo tego wypuścił z nich jęzor ognia. Nie byłby to głupi ruch, w końcu koszmary są wrażliwe na ogień. Gorzej, że młodszy z braci nie patrzył gdzie celuje i płomienie ledwo liznęły łapy koszmara.
– Carlos! – krzyknął Pedro. Złapał Carlosa za ramię i odciągnął od potwora.
– Pomagam! – ucieszył się młodszy. Zaraz po tym stwierdzeniu Pedro musiał odciągnąć go jeszcze dalej, by nie trafiły go szpony monstrum.
Na tym etapie Pedra nie zdziwił fakt, że monstrum było już wolne. Coś lub KTOŚ roztopił lód na jego łapach.
– Kazałem wam nie podchodzić!
– Ja się nie boję! Będą opiewać w pieśniach moją odwagę... – zaczął Carlos. Przerwało mu mocne huknięcie; Pedro odparowywał magiczną energią kolejny cios.
– Tak, szczególnie, jeśli coś ci się stanie, nieprawdaż?! – warknął starszy.
Koszmar rozdziawił krokodyle szczęki i przechylając głowę ruszył na Pedra, który stał między nim, a Carlosem. Mag w odpowiedzi włożył w te kleszcze swoj kostur skutecznie uniemożliwiając ich zamknięcie. Potem znów użył zaklęcia przywołującego mróz i unieruchomił tak cały łeb koszmara.
– Tu nie chodzi o "odwagę"! – rzucił Pedro. Po tym, wydobył kostur z rozdziawionej paszczy oszołomionego koszmara, użył go żeby utworzyć w swojej dłoni gruby i ostry jak brzytwa lodowy szpikulec. Następnie rzucił go po łuku prosto w kark koszmara. Pocisk wbił się ponad metr wgłąb czarnego cielska; jego czubek przedostał się na drugą stronę szyi. Koszmar zadygotał i upadł, krusząc lód na swojej paszczy o kamienie. Carlos wzdrygnął się, kiedy monstrum opadło na ziemię. Pedro podszedł do brata z delikatnie mówiąc, niezadowoloną miną.
– Jedną rzeczą jest nauka poprzez praktykę, a drugą bezmyślne pakowanie się w sam środek poważnego zagrożenia – mruknął twardo. – To był Koszmar klasy jedenastej. Czy ty masz świadomość, co mogło się stać?
– Braciszku, przecież nic się nie stało.
– Pedro, Pedro, nie traktuj go tak surowo... – mruknął wuj Andre podchodząc do przybranych bratanków.
– Czas najwyższy żeby ktoś potraktował go sprawiedliwie! – rzucił w odpowiedzi Pedro.
Nagle jego kostur znów zabłysnął. Mag nie dezaktywował jeszcze zaklęcia wykrywającego różnego rodzaju potwory i inne zagrożenia.
– Och, więc tobie się wydaje, że... – zaczął Carlos, marszcząc czoło. Przerwał jednak tę myśl widząc, że jego brat odwraca wzrok. – Halo! Mówię do ciebie!
Pedro ruszył na wzniesienie, zza którego wcześniej wyłonił się Koszmar. Przedzierając się przez wysoką trawę dotarł na jego czubek. Wpatrywał się tam w coś przez chwilę.
– Wracajcie do obozu – Po tych słowach zbiegł za wzniesienie.
– "Wracajcie do obozu" – spapugował go Carlos. – Wujku, idziemy.
Wuj Andre podążył ze swoim ulubieńcem śladami Pedra. Co takiego mógł on znaleźć, co...
– Uwaga! – krzyknął starszy z mężczyzn.
Obaj natychmiast wycofali się. Między nich wpadł kolejny Koszmar, przewracając obu na ziemię. Zwierz pozbawiony oczu z pyskiem podobnym do psa, ale z kopytami konia. Gdyby zamiast nich miał pazury, ktoś mógłby zostać pozbawiony kończyny.
Koszmar parsknął i warknął. Odwrócił głowę w kierunku Carlosa. Już miał atakować, kiedy o jego głowę rozbił się lodowy szpikulec. Po chwili nadleciał kolejny, przebijając mu szyję. Potwór chwilę jeszcze próbował łapać ostatnie oddechy, ale wkrótce również padł na ziemię.
– Kolejny? – zdziwił się Andre.
– N-nie wiem – odparł Carlos, podnosząc się z ziemi. Syknął, pocierając obolałe ramię.
– Co wy wyprawiacie – krzyknął szeptem Pedro. – Tu się roi od Koszmarów!
– Raczysz wyjaśnić, dlaczego? – mruknął wuj.
– Skoro tak bardzo chcecie zobaczyć, śmiało, zapraszam – fuknął starszy z braci.
Carlos niepewnie wystawił głowę zza wzniesienia, na którym się znajdowali. Wuj Andre nieco śmielej wszedł wyżej, by rozejrzeć się po okolicy. Zmrużył oczy, którym nadal ciężko było funkcjonować w ciemności. Pedro westchnął, stąd niewiele zobaczą o tej porze, ale niebezpiecznym było sprowadzać ich tam na dół. Podniósł kostur, gromadząc chmury nad nimi. Przesłał między cumulusami dwa pioruny, żeby chociaż przez chwilę rozświetlić ten teren. Rozległy się dwa grzmoty i ziemię na krótką chwilę spowił blask błyskawic. Wuj Andre otworzył szerzej oczy.
– Czy to... Skąd tu... – wydusił.
– Ja nic nie widziałem! – poskarżył się Carlos. – Zrób to jeszcze raz.
– Lepiej dla ciebie, że nie widziałeś – powiedział słabym głosem wuj, odciągając Carlosa z powrotem w stronę obozu.
– Nic dziwnego, że zebrały się tutaj Koszmary – powiedział Pedro. – Zwierzchnicy nawet nie próbowali sprzątnąć tylu ciał...
Andre potarł ręką czoło.
– Idziemy dalej na zachód – zarządził mag. – To nie jest miejsce na postój, a tym bardziej na nocleg. Lada chwila zbierze się tutaj więcej potworów.
Powiał wiatr ze wschodu. Przyniósł ze sobą drażniący nozdrza odór śmierci. Carlos zasłonił sobie nos swoim płaszczem.
– Zbieramy rzeczy i idziemy dalej – powiedział Pedro.
Kryształ znów zabłysnął. W oddali dało się słyszeć złowrogie pomruki.
– Ale chyba nie obejdzie się bez walki.
Wuj Andre drżącą ręką podniósł nóż. Carlos stanął bliżej Pedra. Ten przygotował kolejny ostro zakończony szpikulec ze zbitego lodu.
– Jak dużo ich tu jest? – jęknął najmłodszy uczestnik wyprawy.
– Tyle, ile liczy lokalna kolonia. Ten pierwszy pewnie był zwiadowcą.
<C.D.N.>

14 lip 2022

Od Pedra „Wycieczka krajoznawcza” cz. 4 (cd. Carlos/Sigrid)

 Wiosna 1457

Bestia wyminęła braci i poszła w stronę wodopoju, gdzie wcześniej widzieli jakże inspirująco pijącego jelenia. Carlos oniemiał. Zwierzę leżało martwe.
– To miał być jakiś popis celności, centaurze? – rzucił Pedro.
– Stanęliście mi na linii strzału. Gdybym faktycznie chciała trafić któregoś z was już byście nie żyli.
Pedro wydobył „znikąd” (czyli z przestrzeni własnej) swój kostur. Jeśli to była groźba...
– Nie kombinuj, magiku – Bestia zjeżyła futro. – Powinieneś bardziej uważać, gdzie chodzisz ze swoim podopiecznym. Mogliście paść łupem innego, mniej sprawnego łowcy – Po tych słowach wyciągnęła nóż i nachyliła się nad jeleniem.
Pedro już był gotów ruszyć w dalszą drogę, ciągnąc Carlosa za sobą, ale młodszy z braci akurat wtedy znalazł w sobie dość siły, by się odezwać:
– Dlaczego to zrobiłaś? I ..i tak po prostu będziesz go siekać przy nas?
Bestia nie zareagowała. Nawet nie podniosła głowy. Pedro popchnął brata, by ten szedł dalej, ale młody mag zamiast tego jeszcze cofnął się.
– Ej mówię do ciebie! Jak mogłaś go tak po prostu zabić?!
Bestia warknęła ostrzegawczo na Carlosa. Pedro natychmiast skierował na nią kostur. Jeden gwałtowny ruch, ostrzegam cię.
– Takie życie, młody – podsumowała nieznajoma. – Albo jesteś zwierzyną, albo na nią polujesz. Wolisz umierać z głodu, żeby ten jeleń przeżył jeden dodatkowy dzień? Jutro mógł go zeżreć wilk albo harpia. – Wyprostowała się, by spojrzeć na młodszego maga z góry.
Pedro stanął między bratem, a bestią. Tym samym dyskretnie zasłonił przed Carlosem widok rozbebeszonego jelenia. Miał co prawda w planach odczulić go na takie widoki, ale wolał robić to bardziej stopniowo. Delikatniej, kroczek po kroczku; nie od razu na głęboką wodę.
<Carlos/Sigrid?>

13 lip 2022

Od Pedra „Wycieczka krajoznawcza” cz. 3

 Wiosna 1457

Carlos wciągnął Pedra za sobą w zarośla. Gdyby starszy z braci się opierał, nigdy by się to nie udało. Ale że chciał zobaczyć, co tak zainteresowało młodszego, pozwolił zawlec tam swoją osobę.
– Jeleń – wyszeptał Carlos. – Spójrz jak wspaniale to zwierze pije. Cóż za majestat! Wśród chłodu jego oddech maluję błyszczące chmur ciepła – ubrał w wymyślne sformułowanie to, co obaj doskonale widzieli. – Spokojne, acz wciąż czujne. Popatrz tylko!
Pedro spoglądał na jelenia, ale robił to dość beznamiętnie. Co takiego poetyckiego w zlepku kości, mięśni i skóry którym jest ten byk? Wyglądał zupełnie pospolicie, a otaczające go zjawiska były równie nieciekawe. Pedro nie zamierzał marnować czasu na edukowanie Carlosa o takich rzeczach. Miał ważniejsze tematy do przerobienia z nim.
Nagle uszu starszego z magów sięgnął trzask gałęzi. Pochodził gdzieś ze ścieżki, z której niedawno zeszli. Pedro podniósł głowę; zaczął nasłuchiwać i rozejrzał się. W ostatnim momencie dojrzał pośród brązowych odcieni nagich pni drzew istotę o tych samych kolorach. – Uważaj! – Pedro odepchnął brata na bok.
Wtedy między nimi śmignął wystrzelony z kuszy bełt. Carlos stracił równowagę i upadł niezgrabnie w krzaki.
– Phi. I tak by go to nie trafiło – prychnęła nieznajoma osoba.
– Better safe than sorry – wycedził Pedro, spoglądając krzywo na właścicielkę kuszy.
– Po jakiemu ty gadasz? – zdziwił się Carlos.
Tajemnicza bestia podeszła bliżej. Był to rodzaj centaura, ale część, która zwykle bywa koniem, zastępował dziki kot.
– Braciszku, pomożesz mi? Proszę... – Jęknął Carlos. Nie mógł się samodzielnie wygrzebać spośród gęsto rosnących gałęzi.
Pedro westchnął i podał rękę młodszemu. Nawet na chwilę nie spuścił przy tym wzroku z tajemniczej bestii.
<C.D.N.>

12 lip 2022

Od Pedra „Wycieczka krajoznawcza” cz. 2

 Wiosna 1457

– ...i właśnie dlatego Koszmary można zranić tylko i wyłącznie w kark – starszy z magów dokończył swój mały wykład.
Carlos, jak zawsze znudzony, bez entuzjazmu podążał za bratem. Zdawał się robić wszystko, byleby nie słuchać tego, co Pedro ma do powiedzenia. Oglądał niebo, oglądał drzewa i przede wszystkim, brzdąkał na lutni.
Starszy zadał sobie pytanie, czemu w ogóle pozwolił mu ją ze sobą wziąć. Czyżby liczył, że ten jeden akt z jego strony przekona Carlosa do nauki..? Cóż, było to naiwne. Jedyne co Pedro sobie w ten sposób zapewnił, to więcej zbędnej frustracji.
– Słuchasz mnie w ogóle? – mag zatrzymał się.
Carlos oczywiście nie patrzył, gdzie idzie, więc wpadł na brata.
– Co? A tak, słucham. Jasne, że tak! – zapewnił młodzieniec.
– Więc? Gdzie można zranić Koszmara? – Pedro zmrużył oczy.
– Gdzieś na pewno i ty z całą pewnością dasz sobie z tym radę. Wierzę w ciebie – Carlos poklepał go po ramieniu i poszedł dalej naprzód. Przejechał dłonią po strunach lutni. – Naprawdę nie rozumiem po co ty mnie tak katujesz, przecież mówiłem ci, ja nie muszę być takim wspaniałym łowcą, jak ty. Ja jestem przede wszystkim artystą!
Pedro przewrócił oczami i potarł twarz ręką.
– Tworzyć będziesz w przerwach, a nie jak... – zaczął.
– Lepiej byś wyszedł na takim układzie; ty sobie odpuszczasz męczenie mnie, a ja mam ciszę i spokój do tworzenia. Same plusy!
– Tworzeniem nazywasz spanie do południa? Bardzo produktywne.
Carlos nagle cofnął się o pół kroku, po czym zawiesił wzrok na jakimś punkcie w przestrzeni.
– Zobacz! – wykrzyknął szeptem, by następnie wskoczyć w zarośla.
– Carlos!
<C.D.N.>

11 lip 2022

Od Pedra „Wycieczka krajoznawcza” cz. 1

 Wiosna 1457

Nie otrzymawszy odpowiedzi na pukanie, Pedro nacisnął klamkę pokoju, który wynajmował jego brat. Wtedy potwierdziły się jego przypuszczenia; ktoś tu nie pomyślał, że istnieje coś takiego jak klucz i zamek. Carlos nie skojarzył, że te dwie rzeczy mają ze sobą związek; zeszłego wieczoru myślał raczej o związku z płcią piękną. I o alkoholu.
Przy akompaniamencie szczęknięć pełnego rynsztunku, Pedro wparował bezceremonialnie do pomieszczenia. Oczywiście, zastał brata jeszcze pod pierzyną.
– Carlos!
Zero odpowiedzi.
– Carlos, za dwie minuty idziemy w teren – zakomunikował Pedro.
Spod pierzyny wydobył się jakiś nieokreślony dźwięk zmęczenia i zrezygnowania.
– Nie podlega to dyskusji – dodał starszy z braci.
– A śniadanie? – zapytał Carlos, wynurzając spod kołdry nos.
– Najpierw wyprawa.
– Na pusty żołądek? – jęknął młodszy mag.
– Jesteś magiem czy koneserem? A może królewskim testerem jakości posiłków? – Pedro szybkim ruchem ściągnął z brata pierzynę. Carlos zwinął się przez nagły atak zimna i rażącego słońca.
– Choć raz mógłbyś trochę odpuścić. Wiesz, że jestem zmęczony po wczoraj.
Pedro złapał Carlosa za ucho jak małe dziecko.
– Au, au, au! Co ty robisz?! – Młodszy czy chciał czy nie chciał, musiał wstać.
– Ubieraj się. Nie pójdziesz w teren w koszuli nocnej.
– Pewnie czujesz się teraz głupio, nie mam na sobie koszuli nocnej. Poszedłem spać w tym, co miałem na sobie!
– To by wyjaśniało odór – rzucił Pedro. – Masz półtorej minuty żeby się przebrać. Czekam na dole.
<C.D.N.>  

10 lip 2022

Od Pedra „Nie płacz, bo już dość” cz. 2 (cd. Carlos)

 Wiosna 1457

– Dokąd w ogóle idziemy? – westchnął Carlos. – Daleko jeszcze?
– Może gdybyś dał mi w spokoju przeanalizować mapę to bym wiedział czy jesteśmy blisko terenów zabudowanych czy nie – odparł Pedro, marszcząc swoje krzaczaste brwi.
Carlos przewiesił lutnię przez ramię i wsunął ręce do kieszeni. Jednak błogą ciszę zachował wyjątkowo krótko. Po chwili zaczął wygwizdywać tę samą melodię, co wcześniej. A kiedy przestał...
– Jestem głodny.
– Mamy jeszcze zapas suszonego mięsa – zaznaczył Pedro.
– Ale ono mi nie smakuje – odparł Carlos. – Zajeżdża jak podeszwy butów.
– Przestań zachowywać się jak rozpieszczony bachor – burknął starszy z braci. – Albo jesz co mamy albo nie zawracaj mi głowy.
Znów na chwilę nastała cisza. Pedro przyjął ją z ogromną ulgą i radością. Już-już prawie udało mu się odczytać coś z mapy, kiedy Carlos znów się odezwał:
– Zagramy w coś? Nudzę się.
– Zwariuję zaraz – powiedział cicho Pedro. – Jak tak dalej będziesz mielić ozorem to nigdy nigdzie nie dojdziemy. Kręcimy się w kółko – Uderzył ręką mapę.
– Dopiero teraz to zauważyłeś? – zapytał uszczypliwie Carlos.
– Skoro taki z ciebie as, dlaczego to nie ty prowadzisz, hm? – Pedro zatrzymał się i odwrócił w stronę brata. Ten odrobinę się skurczył pod jego spojrzeniem.
– He... he... wiesz, że nie potrafię czytać map.
Starszy z magów nabrał w płuca dużo powietrza i wypuścił je przez usta.
– Robimy postój – zarządził. – Ty idziesz po drewno na ognisko.
– A ty co, będziesz sobie siedział, tak? – oburzył się Carlos.
– Tak. Dopóki nie znajdę kierunku, w którym powinniśmy iść. Jakieś pytania?
– Nie, żadne, Wasza Wysokość – rzucił młodszy z braci. Po tym, wsunął ręce z powrotem do kieszeni i poszedł w kierunku pobliskich drzew, mamrocząc coś pod nosem; zapewne przedrzeźniał brata.

<Carlos?>

9 lip 2022

Od Pedra „Nie płacz, bo już dość” cz. 1

 Wiosna 1457

– Ooo Anastazjooo! O nie płacz, bo już dość! – wykrzyknął na cały głos Carlos, przejeżdżając ręką po strunach lutni. Wyprzedził brata i szturchnął go w bok. – A ktoś tutaj powinien wyluzowaaaaać! – dokończył wers piosenki, ewidentnie przerobiony na potrzebę sytuacji.
Pedro odsunął się od młodszego. Spróbował mimo wszystko skupić uwagę na drodze zaznaczonej na mapie. Dążył do tego, by znaleźć chociaż jeden element przypominający ich otoczenie; chociaż jeden punkt, po którym mógłby rozpoznać, gdzie konkretnie są.
- Ooo Anastazjooo! O nie płacz za mną, nie! - wykrzyknął młodszy z braci, prawie trafiając w odpowiednią nutę. Zupełnie jakby mijał się z właściwym tonem specjalnie, by jeszcze bardziej drażnić brata. Znów uderzył struny instrumentu. Ich dźwięk rozlał się po całej okolicy.
Gdzieś na dnie umysłu Pedra pojawił się pomysł, żeby zniszczyć mu tę lutnię; źródło koszmarnie denerwujących dźwięków. Najlepiej by było zrobić to o jakąś skałę. Carlos trochę by lamentował, ale w końcu by mu przeszło...
Chociaż nie, jest inny sposób, żeby go uciszyć.
– Jak dalej będziesz się tak drzeć usłyszy nas jakaś wyverna.
– Ta, jasne – zaśmiał się Carlos. – Czekaj, to ten latający smok?
– Mhm...
Na twarzy młodszego z braci można było teraz zobaczyć dość nietęgą minę. Powoli opuścił lutnię. Pedro uśmiechnął się pod nosem. Co jak co, ale straszenie braciszka zawsze mu wychodziło. Jednak dopiero z czasem nauczył się to odpowiednio wykorzystywać.
<C.D.N.>

8 lip 2022

Od Pedra „Szyfr” cz. 4

 Zima 1456

Leżąc na miękkim łóżku w zajeździe, Pedro oglądał pod światłem latarni kawałek papieru, który dał mu wuj Andre. Był wygnieciony i poszarpany, ale pismo nie zdążyło wyblaknąć. Litery chyliły się w charakterystyczny sposób na jedną stronę; po tym Pedro wywnioskował, że nie napisał tego wuj. Mag poprawił okulary. Odczytał: „Ostatni bezpieczny zajazd”. Napis był w cudzysłowie, więc zapewne był to jakiś tytuł.
Kartka miała też kilka prostokątnych dziur wyciętych nożem lub czymś podobnym. Musiało mieć to jakieś powiązanie z podanym tytułem. Pedro podniósł się z łóżka. Przez krótką chwilę rozważał wstanie i poszukanie lokalnej biblioteki, ale zrezygnował z tego pomysłu. Chodzenie po nocach w nieznanej okolicy może sprowadzić kłopoty, a do tego poskutkuje niewyspaniem, co obniży wydolność organizmu za dnia. Pedro uznał, że nie jest to tego warte.
Ułożył się z powrotem na poduszce i zawiesił wzrok na drewnianych belkach wspierających sufit. Pomyślał, że już długo nie uświadczy tego widoku. Kończyły się im pieniądze; nie było mowy, żeby wystarczyło na kolejny nocleg. Może mieliby dość oszczędności na drogę powrotną, gdyby każdy z braci płacił za siebie. Jednak to Pedro musiał opłacać ze swoich zasobów żywność i pokoje; Carlos zdążył wydać wszystko, co miał, w pierwszym miesiącu podróży w tamtą stronę.
<C.D.N.>

7 lip 2022

Od Pedra „Szyfr” cz. 3

 Zima 1456

Pedro przytulił młodszego brata. Nigdy w życiu nie cieszył się tak bardzo na jego widok. Odzyskał go całego i zdrowego z tej katastrofy. Nie chciałby sobie nawet wyobrażać, co mogło się stać. Nie wiedział, co byłoby gorsze; nie znalezienie go wcale, czy odnalezienie go martwego.
Ostatnie wieże zamku waliły się na ich oczach. W niebo wzbijały się coraz to nowe kłęby kurzu. Dym po eksplozji nadal wisiał nad nimi. Na ich ubraniach osiadał popiół.
– Gdzie... Gdzie jest wuj Andre? – spytał Carlos.
– Wracamy do Rivot – powiedział Pedro.
– Gdzie jest wuj?! – wykrzyknął młodszy z braci.
– Nie żyje.
– C...Co?! – wydusił Carlos.
– Wracamy do Rivot. Nie mamy już czego tu szukać. Sygnet to było kłamstwo, które miało go tu zwabić. Nic tu po nas.
– I ty mówisz to ot tak sobie?! – oburzył się młody mag. Popchnął brata, ale zrobił to zbyt słabo, żeby chociaż trochę zachwiać jego poczucie równowagi. Uderzył pięścią w ramię Pedra, ale w napływie emocji nie wziął pod uwagę, że jego brat ma na sobie zbroję. Młodszy krzyknął z bólu i złapał się za dłoń.
– Uważaj – powiedział Pedro.
Złapał rękę brata i przywołał mróz na swoją rękawicę, by podziałała jak zimny okład.
– Lepiej poszukajmy koni. Może nie są daleko.
Carlos cofnął się, wyrywając dłoń z uścisku opancerzonej ręki brata. W jego oczach płonęła złość. Złość połączona z żalem i pretensją.
– Jak możesz być tak... tak...
– Nowe pieśni będziesz układać później. Teraz nie mamy na to czasu – mruknął Pedro.
Otworzył przejście do swojej „przestrzeni własnej” i odłożył kostur na miejsce. Po tym, pociągnął brata za sobą i ruszył na poszukiwanie koni.
<C.D.N.>

6 lip 2022

Od Pedra „Szyfr” cz. 2

  Zima 1456

Pedro nie miał czasu oglądać przedmiotu, który wręczył mu umierający wuj. Schował kartkę do małej sakwy przy pasie, po czym pobiegł w głąb zamku. Drogę za nim przykryły kamienne bloki i chmury pyłu.
Pierwsze komnaty, które odwiedził, jeszcze trzymały się w jednym kawałku. Jednak każda kolejna była w coraz gorszym stanie. Mag wydobył swój kostur, żeby lepiej koncentrować czary. Szukając Carlosa, Pedro rozgarniał energią magiczną gruz, a także wybijał dziury w zawalonych korytarzach. Miejscami musiał tworzyć sobie pod stopami niewidoczne bariery, żeby pokonać ubytki w podłożu. Tak samo wykorzystał to zaklęcie, aby schronić się przed spadającymi kamieniami. Pedro dalej wołał brata. Liczył, że jeśli go nie zobaczy, to chociaż usłyszy jego głos.
W kilku pomieszczeniach mag znalazł ukrywających się ludzi. Dopiero przybycie kogoś nowego wyrwało ich z paraliżu przerażenia i pozwoliło znaleźć w sobie dość sił do ewakuacji. Zdenerwowanie Pedra narastało. Dotarł na czubek ostatniej wieży, a Carlosa nadal nie znalazł.
Nagle podłoże, na którym stał, zachwiało się i przekrzywiło. Stojące pod ścianą kilka mebli pospadało na ziemię. Pedro ruszył w przeciwnym kierunku, niż ten, w którym chyliła się wieża. Dotarł w ten sposób do okna; wyjrzał na zewnątrz żeby ocenić swoją sytuację. Niestety, chmury pyłu skutecznie ograniczyły widoczność. Pedro mógł tylko zgadywać, jak wysoko był i czy miał szanse wylądować bezpiecznie. Jednak stojąc w obliczu zagrożenia, jakie niosła zupełnie waląca się budowla, postanowił zaryzykować. Wyskoczył na zewnątrz.
Jego lot skończył się zbyt szybko i zbyt twardo. Co gorsza, ziemia pod stopami maga nadal się trzęsła, pękała i powoli rozpadała. Pedro trafił na mur łączący tę, do niedawna jeszcze stojącą, wieżę z następną.
Mag ruszył przed siebie; kiedy omsknęła mu się noga na luźnym kamieniu, wytworzył pod swoimi stopami kolejną niewidoczną barierę. Wtedy zrozumiał, że być może będzie musiał używać tego zaklęcia częściej, żeby się stąd w miarę bezpiecznie wydostać. Jednak nie wiedział w którym kierunku ma podążać. Nie chciałby znaleźć się w centrum tej katastrofy, zamiast na zewnątrz. Ale stąd niemożliwe było prawidłowe określenie kierunku. Wszystko zasłaniały kłęby dymu, kurzu i popiołu.
Ostatecznie Pedro nie musiał osobiście wybierać. Rozpadający się pod nogami grunt zepchnął go na jedną stronę. Mag wytworzył kolejną barierę, by nie polecieć bezwładnie w dół z niewiadomej wysokości. Z trudem ją utrzymał, kiedy wylądował nań całym ciężarem ciała. Utworzył poniżej nową „platformę” i zeskoczył w jej kierunku. Powtarzał tę czynność dopóki nie zobaczył pośród kurzu zarysu podłoża.
Ledwie łapiąc oddech, Pedro przetoczył się po ziemi. Jak dobrze było wrócić na pewniejszy grunt. Mag wstał i ocenił swoje otoczenie. Jego oczom ukazało się sporo ocalałych z katastrofy, ale też gapie z miasta, którzy przyszli zobaczyć, co właściwie miało miejsce. Pedro wodził po nich wzrokiem, potem zaczął się przepychać między nimi, nadal szukając brata. Wreszcie ujrzał między burym dymem i popiołem turkusowy materiał.
<C.D.N.>

5 lip 2022

Od Pedra „Szyfr” cz. 1

 Zima 1456

Pedro spiął wszystkie mięśnie i skupił całą swoją moc na spadającym filarze. Zdołał go zatrzymać kilka metrów nad ziemią, pozostawiając biesiadnikom otwartą drogę ucieczki.
– Idźcie! Już! – wykrzyknął do tłumu.
Nie trzeba było im dwa razy powtarzać; wszyscy ruszyli ku korytarzowi prowadzącemu do wyjścia z zamku. Pedro ze skupieniem szukał wśród nich Carlosa. Nie wypatrzył jednak nawet skrawka jego turkusowego płaszcza.
W oczy Pedra rzuciła się za to matka z dziećmi; uciekała ze swoimi pociechami na rękach. Kto wie ilu niewinnych ludzi zginie tej katastrofie. Tyle zrobić dla zemsty. Wrogowie wuja Andre'go żyli przeszłością. Zginęli za tę przeszłość. A wuj... za co zginął wuj? Dał się zwabić w pułapkę, ot jego historia. I prawie zabrał Pedra i Carlosa ze sobą.
Pod magiem ugięły się kolana. Zmuszony był wypuścić filar z uścisku czaru. Kamienny blok uderzył o ziemię krusząc pod sobą płytki, którymi wyłożono podłogę. Pedro ciężko dysząc oparł się jednym kolanem o ziemię. Wiedział, że nie może pozostać w tej pozycji tak długo, jak by sobie tego życzył. Obok niego zaczęły lądować coraz to większe odłamki murowanego sklepienia.
Pedro rozejrzał się po rozpadającej komnacie. Popatrzył po ciałach już zabitych przez gruz biesiadników. Nie było wśród nich Carlosa, ale to nie oznaczało że był bezpieczny. Może uciekł z pozostałymi, a może został gdzieś uwięziony przez zgliszcza. Pedro musiał osobiście sprawdzić pozostałe komnaty zamku, póki ten jeszcze stał.
Mag ruszył biegiem przez głęboko popękaną posadzkę, unikając spadających zewsząd kamiennych bloków. Jeden musiał schwycić magiczną energią, by ten nie zmiażdżył mu czaszki.
Kiedy dotarł do drugiego wyjścia z komnaty, które prowadziło wgłąb zamku, usłyszał głos:
– Pedro! Synku!
Adresat wołania odwrócił się. Ujrzał leżącego na ziemi wuja Andre'go.
– Wuju! – zawołał Pedro, podbiegając do niego. Nogi i część torsu nieszczęśnika przygniatały kawały gruzu. Mag przyłożył dłonie do pierwszego kamiennego bloku. Coś co jeszcze niedawno było elementem murowanej ściany, zaczęło się pokrywać głębokimi pęknięciami.
– Zostaw to. Nie dam rady... – Wuj zakasłał. – Nie dam rady już uciec.
– Tego nie wiemy – odparł sucho Pedro.
– Nie dam rady wstać. Udało im się. Zginę tutaj.
– Wuju! – warknął Pedro. – Rozpraszasz mnie!
Andre złapał nogę swojego przybranego bratanka. Pedro nie zdołał utrzymać skupienia. Magiczna energia ulotniła się; kamień przestał pękać.
– Co ty wyprawiasz? Oszalałeś?
– Weź to – Andre wyciągnął w stronę maga jakiś podziurawiony kawałek papieru.
Pedro wykonał polecenie. Zaraz po tym obok niego wylądował kolejny kawał gruzu.
– Co to jest, wuju?
Nie otrzymał odpowiedzi. Andre zamknął oczy i już ich nie otworzył.
Z góry zaczynały spadać coraz większe elementy ścian i sklepienia. Pedro nie miał już lepszych opcji działania. Nie zdoła uwolnić wuja, zanim ich obu przykryją zgliszcza. Jeśli chciał przeżyć i odnaleźć Carlosa nie mógł tu dłużej zostać.
Nie w epicentrum zastawionej pułapki.
<C.D.N.>