Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Regis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Regis. Pokaż wszystkie posty

24 kwi 2023

Od Regisa "Pod gałęziami" cz. 2

 Zima 1457  

Przebudził się w skąpanej w półmroku ciemnozielonej komnacie. Chłodne powietrze wtłaczane podmuchami wiatru szybko w pełni przebudziło łowcę. Nie zwlekał długo, by zacząć przygotowywać śniadanie. Odwinął się spod materiału peleryny i w pozycji półleżącej zaczął przygotowania. Z pozostałych fragmentów drewna wraz z leżącymi igłami uformował niewielki kopczyk, który z pomocą stworzonych iskier zamienił w niewielkie palenisko. Wydobył z bagażu odrobinę prowiantu i na wzór ostatniej kolacji, przygotował posiłek.  

Gdy skończył i przygotował się do drogi, wyszedł spod ugiętych pod naporem napadanego śniegu gałęzi schronienia.  Otrzepawszy się ze opadniętego na siebie w międzyczasie białego puchu, rozejrzał się wokoło. Krajobraz był przykryty jasną warstwą opadu. Ciemne konary kontrastowały z jasnym tłem. Łowca ruszył w dalszą podróż przez zimowy gąszcz.  

Ciemne chmury odeszły, pozostawiając jasne chmury, spomiędzy których co jakiś czas padały ostre promienie nisko zawieszonego słońca.  

Kroczył, pozostawiając w śniegu wyraźne odciski swych wędrownych butów. Droga dłużyła się przez monotonny krajobraz i nie najlepsze do wędrówki warunki. Po pewnym czasie, z popielatych chmur, znów zaczął spadać śnieg, tym razem jednak delikatny, nieprzeszkadzający w przemierzaniu drogi, choć po kilku chwilach tworzący na wzór zamglenia obraz, ograniczający widoczność na dalsze odległości.  

Po pewnym czasie Regis natknął się na coś, co mocno przykuło jego uwagę. Duże ślady. Prowadziły one ku zaczynającej się kilkaset metrów dalej otwartej przestrzeni. Nie były najświeższe, miały kilka godzin, najprawdopodobniej pochodziły ze wczesnoporannych godzin. Ich właściciel już dawno zdołał się oddalić i przestał sprawiać zagrożenie, a sądząc po tropie, sprawiłby je bardzo poważne. Znalezisko wyglądało jak trop wilka przez ułożenie i podobny kształt łap, wielkość odcisków wskazywała jednak na coś postury dużego niedźwiedzia. Łowcy wydawało się, że nie widział nigdy przedtem czegoś takiego, aż przypomniało mu się pojedyncze znalezisko, na które trafił, wracając z odbytego tej jesieni polowania na harpie. Ślady należały najprawdopodobniej do tej samej istoty, czym ona jednak była. Tym jak i poprzednim razem postanowił pozostawić odkrycie przez niesprzyjające tropieniu warunki. Ruszył dalej, tym razem zagadka nurtowała go mocniej niż ostatnim razem.  

Po długiej wędrówce wyszedł w końcu z jednolitej ściany lasu, stając na skraju lasu, spoglądając na otwartą przestrzeń, na końcu której majaczył zarys Rivotu. W tej właśnie chwili uderzyła go świadomość pewnej kwestii. Odkąd osiedlił się na obrzeżach miasta, ledwie kilka nocy spędził w dawnym stylu, w stylu, którym żył od lat.  

Ledwie kilka razy rozbił obóz, spał pod gołym niebem, wędrował od świtu do zmierzchu. Przez ostatnie kilka miesięcy odstawiał na kołek wierną pelerynę, w której kiedyś spędzał bez przerwy dnie. Odwieszał miecz, niegdyś zawsze przy boku, nie kładł się na ściółce, lecz we własny łóżku, nie pod gwiazdami, a pod własnym dachem.  

Przeszyło go dziwne uczucie. Nostalgia? Sentyment? Tęsknota?  

Miał nowe życie, ale czy aby na pewno był na to gotów, czy mógł porzucić stary byt, czy przeszłość pozwoliłaby mu na to?    

Jedyne co mógł, to ruszyć dalej w prószącym znów śniegu i stawić czoła temu, co nastanie. 

20 kwi 2023

Od Regisa "Pod gałęziami" cz. 1

 Zima 1457  

Chmury zbierały się coraz bardziej, zamieniając biel zakrytego nieba na ciemno stalowe sklepienie, niosące widmo nieuchronnego opadu.  

Łowca wracał z kolejnego zlecenia. Tropienie celu zawiodło go dalej, niż początkowo zakładał, że będzie musiał się udać. Szedł od długiego czasu, a miał jeszcze długą drogę do przebycia.  

 Wiatr wezbrał na sile, przynosząc w końcu, spadający gęsty biały puch, który opadając na leżące już warstwy, pokrywał szczelnie cały krajobraz. Gdy warunki z każdą chwilą stawały się coraz trudniejsze do zniesienia, mag zdecydował zatrzymać się w lesie i przeczekać noc, mając nadzieję, że poranek przyniesie poprawę.  

Między drzewami widoczność była niewiele lepsza, siła wiatru pozwalała tu jednak poruszać się w miarę możliwości normalniej. Przemieszczał się, zbierając co jakiś czas kawałki gałęzi oraz skrawki kory i chowając je pod szczelną pelerynę; mogły przydać się na opcjonalne ognisko. Po pewnym czasie dotarł do starego rozłożystego świerku. Wszedł pod jego gałęzie, kryjąc się przed nieprzyjazną pogodą. Ściółka była tu pozbawiona śniegu, choć wilgoć wyraźnie się utrzymywała. Ochrona od wiatru poprawiła komfort bytu. Poruszał się na klęczkach, przygotowując nocleg, pod nisko zawieszonymi pędami. Zgarnął leżące na ziemi igły, układając coś na wzór materacu, który miał oddzielić jego ciało, od zimnego podłoża tworząc warstwę izolacji. Rozkopał nieduże wgłębienie, gdzie położył zebrane wcześniej kawałki drewna. Kładąc się pod sklepieniem w kolorze malachitu, rozbił prowizoryczny obóz. Ruchem ręki rzucił kilka skrzących się odcieniami żółci i pomarańczu iskier, które wpadając na przygotowane miejsce, roznieciły płomień, tworząc niewielkie palenisko. Uciął jedno z niewielkich odgałęzień, po czym naostrzył je, a na przygotowany koniec nabił kawałek suszonego mięsa. Położywszy bukłak w odpowiedniej odległości od ognia, rozpoczął przygotowywanie kolacji.  

Spoczywał owinięty wierną peleryną, która zatrzymywała ciepłotę ciała. Mięso pod wpływem ognia nabrało przyjemnej do konsumpcji temperatury. Wyciągnął z plecaka naczynie, na którym ułożył mięsiwo oraz kilka fragmentów suchego placka, którego sporą ilość wykonał kilka dni temu. W porównaniu do chleba dłużej zachowywał zdatność do spożycia i lepiej sycił, co na wędrówkach było bardzo pożądane. Przyciągnął do siebie bukłak, w którym woda zdarzyła się już ogrzać, po czym rozpoczął konsumpcję kolacji.  

Posiłek odbył się, przy akompaniamencie zawodzącego wiatru i skrzypień uginających się od ciężaru śniegu drzew. Gdy skończył, przeczyścił naczynie, po czym odłożył do odpowiedniego miejsca w bagażu. Zakopał rzężący się jeszcze dół ziemią, a następnie ułożył na nim swe posłanie, by bijące jeszcze ciepło ogrzewało go przez noc. Okrył się szczelnie narzutą, szykując się do snu. Przed zaśnięciem przyszło mu do głowy kilka myśli.  

Jako mag powinien radzić sobie w takich momentach zgoła inaczej. Wyczarować niewielkie schronienie, rzucić czar na pogodę czy spróbować czegoś innego, Regis jednak tego nie robił. Wielu wykorzystywałoby tę moc, on uważał ją za dodatek. Nie lubił nadużywać magii. Była bardzo przydatna, ale ile mógł, robił zwykłymi sposobami. Nawet teraz, mogąc szybciej zasnąć za sprawa uroku, wolał sam zapaść w sen, który przybył niedługo po tej myśli i pogrążył łowcę aż do ranka.  


C.D.N.  

7 kwi 2023

Od Regisa "Bestia ze szaku" cz. 15

 Jesień 1457 

Potwór runął na ziemię. Wielkie cielsko padło z przeraźliwym jękiem. Regis zmęczony pełną uników walką przystanął w końcu, krzyżując swe ręce na piersi, łapiąc chwilę oddechu i wytchnienia. Wciąż wpatrywał się jednak w ciało bestii, coś mu w nim nie pasowało. Towarzysz siedzący na swym wiernym koniu, zbliżał się do niego, pewny zwycięstwa. Nie minęła chwila, a koniec ogona gada znów jednak zaczął się wić. Stojący bliżej łowca wiedział, że to jeszcze nie koniec. 

– Stój! – krzyknął odwracając się do Avriona.  

Były to stanie słowa, jakie zdołał z siebie wydusić przed kontynuacją potyczki.  

W chwili, gdy to ostrzeżenie dotarło długowłosego, łuskowate cielsko uniosło się nad podłoże, a zalany śliną i krwią zębaty pysk wyłonił się z resztek toksycznych oparów, rozwianych ruchem poparzonych skrzydeł. Okrutny ryk dławiącej się własnymi wydzielinami poczwary rozbrzmiał po górzystych stokach i rozszedł się wzdłuż urwiska, aż po Dolinę Krzyku, której widok rozciągał się ze skraju drogi.  Istota z pełnią pozostałych jej sił ruszyła przed siebie, obierając na cel najpierw Regisa, a następnie zmieniającego szybko kierunek kłusu Ialana, Avriona.  

Zdając sobie sprawę z patowej sytuacji, mag z całych sił rzucił zaklęcie kinetyczne spychające resztki trujących oparów na wroga, po czym robiąc kilka niedużych kroków i wyciągając swój wierny zielonkawy nóż, w chwili zbliżenia się łba celu, wbił go w miękkie okolice oka, zmieniając tym obrany przez poczwarę kierunek. Silne odepchnięcie łbem posłało łowcę na znajdujące się nieopodal urwiska skały. Dojrzawszy zakrwawionego potwora, zdołał odsunąć się o kawałek i przygotować swój miecz do walki. Rozdziawiona paszcza kierował się ku łowcy. Padające jednak od drugiego maga zaklęcie znów ogłuszyło stwora, pędzącego tym razem na oślep z całą masą przed siebie. Łowca wystawił miecz, rozcinając odsłoniętą błonę skrzydła. Gad ryczał, biegnąc dalej przed siebie, wciąż oszołomiony zaklęciem. Nagle skały pod jego łapami ustąpiły, dając miejsce zaczynającej się tam przepaści. Długi wijący się ogon przepadł wraz z jego właścicielem, który ostatkami sił próbował rozłożyć uszkodzone skrzydła, na nic to się jednak zdało. Rozpędzone cielsko z impetem uderzyło o ostre skały rumowiska, pokrywając je krwistymi resztkami i ostatecznie pozbawiając ducha gada. 

Walka skończona. 

 – Gratuluję. Udało ci się przeżyć w starciu całe trzy minuty. – powiedział Avrion zbliżając się do pozostawionego przez ofiarę szlaku zdartej ziemi, gruz i szkarłatnych wydzielin. 

Regis stanął, znów krzyżując ręce, tym razem był jednak pewny, co do śmierci potwora. 

– Nie zgarniaj już sobie całych zasług. 

– To nie była ironia. A może... może jednak była? – wyszczerzył się Avrion. 

Krótkowłosy zdziwił się lekko, nie widział jeszcze tak wyraźnej ekspresji na twarzy kompana.  

– Ruszmy się albo resztki toksyn nas poparzą. – kontynuował jeździec tym razem bez słownych potyczek. Podał dłoń, która miała pomóc przy wsiadaniu na konia drugiemu myśliwemu. 

Łapiąc rękę, wsiadł na tyły wierzchowca, przesuwając nieznacznie zaczepione torby, które krótką chwilę później zostały poprawione.  

– Nie mówiłeś, że jesteś pedantem. – stwierdził Regis. 

– Wiesz, to nie jest rzecz, którą dzielę się przy zapoznawaniu się z kimś. Jak sobie to wyobrażasz? "Jestem Avrion, łowca potworów i straszny pedant"? Nie jestem Shenem, by dbać o takie mało istotne szczegóły. 

– Chodzi o tego jasnowłosego przybysza ze wschodu? 

– Udało ci się go już poznać? 

– Nie, ale widziałem, jak na niego patrzysz, a niechęć i irytacja w głosie w trakcie jego wspominania idealnie pasowały. 

– Hmm, jednak jesteś choć trochę bystry. 

– Mógłbyś brać przykład. 

Oboje zaśmiali się lekko.  

Kłusując, Ialan dotarł w niedługim czasie do płytkiego przejrzystego zbiornika. Woda była zimna, to jednak wystarczyło do pozbycia się resztek groźnej substancji z ciał i ubrań.  

W trakcie obmywania się, spod rękawa długowłosego maga wyłonił się fragment dużej blizny. 

 – Pamiątka po ciężkim zleceniu? – spytał Regis, zainteresowany kolejną charakterystyczną cechą towarzysza. 

– Powiedzmy, może nawet kiedyś ci opowiem, oczywiście jak na to zasłużysz. 

– A mogłem zostawić cię na pożarcie.  

W niedużej odległości od wody rozbili swój obóz, tym razem jednak szybko udali się na spoczynek, przez wycieńczające trudy minionego dnia.  

O poranku rozpalili niewielkie palenisko, na którym Regis znów przyrządził zabrany na wyprawę prowiant.  

– Pora wracać. – powiedział Avrion, przełykając ostatni kęs śniadania i udając się nad wodę, by umyć brudne naczynie. – Jedziesz ze mną? 

– Niezbyt, skorzystam z okazji i pozbieram w okolicy kilka składników.  

Długowłosy skiną głową porozumiewawczo. W mniej niż pół godziny dosiadł swego wierzchowca.  

– W takim razie powodzenia. – rzucił na odchodne, a jego sylwetka zniknęła za skałami i zakrętami Górskiej Ścieżki. 

*** 

Było po południu, gdy Regis opuszczał północno-zachodnią część miasta. Roztaczał się przed nim okołomiejski krajobraz i rozmyte na północy rozległe Świszczące Równiny, które skrywały w sobie jeszcze wiele tajemnic do odkrycia. 

Przechodząc, między nie do końca poprawnie rozłożonymi namiotami, dotarł w końcu, do skupionego nad wbijaniem w ziemię śledzi do następnego namiotu Avriona. Zwrócił uwagę na zmarznięte ręce, które widocznie już czerwieniały. 

– Polecam rękawice. – Mówiąc to, podniósł rozłożone dłonie, odziane w czarny materiał. 

– Nie muszę mieć ochrony na delikatne raczki. – odparł z przekąsem. 

– Inaczej pomówimy, jak ci od nich te palce kiedyś poodpadają. Nie będziesz miał czym łapać sakiewek. 

– Sakiew... – Nim zdążył dokończyć, gdy dojrzał, jak w jego kierunku leci woreczek wypełniany monetami.  

– Po połowie, chyba uczciwie, co? 

– Niech ci będzie. 

– A ty dalej swoje...No trudno. Oby kolejne zlecenie dla Gildii poszło nam lepiej. 

– Najpierw oficjalnie musisz w niej być. – rzucił z lekkim uśmiechem. 

Regis stał, ze skrzyżowanymi rękoma, uśmiechając się ironicznie i spoglądał na towarzysza, którego wyraz twarzy powoli poważniał.  

– Przykro mi, nie będę spał z tobą w namiocie grupy łowiectwa, ale jak będziesz chciał robić zbiórki, wiesz, gdzie mnie szukać. –  mówił krótkowłosy łowca, a rzednąca mina drugiego maga była niezapomnianym widokiem. 

– Jesteś ze mną w grupie? – spytał w końcu. 

– Ustalone już z Lestatem, będziesz musiał się ze mną co jakiś czas męczyć.  

Regis drugi raz widział tyle ekspresji na twarzy Avriona, który próbował pojąć, co właśnie usłyszał.  

1 kwi 2023

Od Regisa "Podskakująca tęcza"

Zima 1457  

Wiadomość o dziwnym stworze zainteresowała Regisa, choć jego ciekawość ustąpiła wielkiemu zdziwieniu. Widział już w życiu wiele dziwnych i niepokojących kreatur, lecz z czymś takim jak istota nazwana Puszkiem Okruszkiem nie miał jeszcze styczności. Z opisu, jaki dostał od wyższych szczebli gildii, wywnioskował, że może być to jakaś to istota magiczna, wręcz mniej lub bardziej udany eksperyment, który uciekł swojemu twórcy. Prawdopodobny sposób pokonania również na to wskazywał, żadna dzika kreatura nie dałaby się pokonać przez pocałunek w czoło. Nie mógł być jednak pewny, póki nie przyjrzy mu się dokładniej. Słyszał, że inni członkowie myśleli o polowaniu, musiał się więc pośpieszyć.  

Zabrawszy sprzęt, wyruszył na tereny, gdzie cel był widywany. Podróż nie zajęła mu długo. Szybko rozłożył kilka pułapek, po czym ukrywszy się przed wzrokiem zwierzyny w lekko ośnieżonych zaroślach, rozpoczął polowanie. Nie musiał czekać długo. Wielobarwne cząsteczki jak i kolorowe półkole wyłoniło się na skraju niewielkiej polany. Puszek nie pokazał się w pełni, dostrzec można było tylko co chwile niepełne zarysy wystające zza przeszkód terenu. Łowca nie spodziewał się więc wielkich problemów z jego schwytaniem, miał jednak z tyłu głowy, że podobno ta bestia jest wyjątkowo nieuchwytna.  

Zwierzę zbliżało się powoli do pułapki, gdy nagle usłyszeć można było dźwięk jej nagłego zamknięcia. Klosz był jednak pusty. Udało mu się uciec.  Sytuacja powtórzyła się przy następnej i następnej. Refleks Okruszka był zadziwiający, myśliwy nie spotkał się jeszcze z czymś takim. Wyjadał smakołyki, nie dając się pochwycić.  

Skoro nie działają konwencjonalne sposoby, Regis zdecydował się użyć magii. Z ukrycia rzucił zaklęcie, które miało spętać cel, ten jednak usuną się z toru ataku i uniknął go. Barwna aura jak i poruszone otoczenie dawało znać, gdzie istota się znajduje.  Próba unieruchomienia powtórzyła się raz, drugi, trzeci, nic nie przyniosło rezultatu. Stworek dziwnym sposobem unikał magii.  Tropiciel zdecydował się podejść bliżej, lecz gdy był zaledwie kilka metrów, ofiara podniosła ciałko, spoglądając ku prześladowcy.  

Członka gildii przeszło lekkie zaćmienie i zdezorientowanie, po którym przejściu obie strony starcia znalazły się w innym położeniu.  

– Zdolności hipnozy. – powiedział do siebie po cichu, dochodząc do siebie.  

Następne podejścia wykonywał z odległości, by nie dostrzec bezpośrednio obiektu, chroniąc się tak przed psychicznym natarciem. Żadne z wielu zaklęć ani magicznych sztuczek nie dało jednak wymiernych rezultatów.  

Regis siadł pod drzewem, odsypując cienką warstwę śniegu i podkładając na to pelerynę. Oparł się o pień starego dębu i spoczął, rozmyślając o nieuchwytności zwierza.  

Po pewnym czasie, gdy dalej spokojnie spoczywał, za jego plecami wyczuł ruch, Nieduży i zwinny obiekt przemieszczał się w jego stronę.  W powietrzu zaczęły pojawiać się błyszczące iskierki, Puszek Okruszek się zbliżał.  Myśliwy był gotowy na powtórną hipnozę, lecz pomimo tego, że cała istota się wyłoniła, dalej świadomość działała poprawnie.  

– Działanie obronne, co? – szepnął, spoglądając, jak czarne błyszczące oczy umieszczone na włochatej mordce wpatrywały się w jego posturę, a ich właściciel powoli zbliżał do maga.  

Puchaty kształt dreptał coraz bliżej, aż pyszczkiem dotknął przybysza. Po chwili oswojenia się z sytuacją króliko-podobny byt wgramolił się na kolana, zajmując dogodną sobie pozycję. Spędzili tak trochę czasu, aż myśliwy położył dłoń na ciemnym futerku. Gdy zwierzak przywyknął do dotyku, rozłożył się jeszcze bardziej.  

– Heh, a wystarczyło przestać polować.  

W końcu łowca poniósł stworka i zgodnie z zaleceniami, postanowił ucałować go w czoło. Istota się nie stawiała. Po wszystkim lekko obróciła głowę z zaciekawieniem. Łowca patrzył się, nie widząc różnicy, gdy nagle kulka futra, wokół której unosiła się kolorowa i błyszcząca otoczka, zamieniła się rozbryźniętą w promieniu półtora metra plamę tęczowego śluzu. Bestia wybuchła. 

Przez chwilę mag siedział z wyciągniętymi jeszcze rękoma, aż wszechobecny płyn pomimo niskiej temperatury zaczął parować i znikać nie pozostawiając żadnego śladu. Nim jakiekolwiek próbki zdążyły zostać zebrane, jakiekolwiek przesłanki o bycie przestały istnieć.  

– Niech genetycy przestaną brać używki. Ciekawe co następnym razem wyhodują. 

31 mar 2023

Od Regisa "Każdy ma swoje sprawy" cz. 5

 Zima 1457  

Wyszli na zewnątrz. Pracujący i zajmujący się swoimi sprawami ludzie przystanęli, chcąc zobaczyć widowisko.  Po jednej stronie trzech chłopa w grubych łatanych szatach wyglądali na dobijających czterdziestki, naprzeciw nich łowca w zimowym stroju, jednak bez charakterystycznego dla niego pancerza. Nie posiadał również miecza, tylko przyczepiony do boku wierny nóż.  

– Łowczyku, jak się boisz, możesz się jeszcze wycofać, szkoda będzie haratać tak młodą twarzyczkę.  

– Miło, jednak odrzucam propozycję.  

Spojrzeli po sobie. Zbóje rozdzielili się.  

Pierwszy zaatakował od lewej, wyciągnął spod kurtki nóż, próbował atakiem od góry go wbić, Regis złapał jednak jego rękę. Pół obrót a napastnik z wykręconym ku plecom ramieniem popchnięty został ku drugiemu, który nie zdążywszy zrobić uniku, wpadł na kompana. Trzeci szedł na wprost. Kilka ciosów miało trafić myśliwego, ten po paru unikach sam wyprowadził uderzenie. Nie powaliło przeciwnika, lecz dało krótki moment. Złapał go jedną ręką za szyję, drugą za ramię, po czym wyprowadził cios kolanem w brzuch.  

Pozostali zdążyli stanąć na nogi. Próbowali podobnej techniki co ich herszt, nie byli w tym jednak tak sprawni. Jeden z wyprowadzanych prawych sierpowych skończył się dla bandyty uderzeniem łokciem o klatkę piersiową. Oberwawszy, odsunął się o kilka kroków. Nim wrócił na starą pozycję, dojrzał jak postać współatakującego opada na niego, przerzucona z impetem.  

Dwóch leżało, nie wyglądało, jakby chcieli jeszcze wstawać.  

Prowodyr wrócił do walki, teraz jednak zamiast pięści, szedł z dwoma nożami.  

Wymierzał proste ciosy z zamiarem dźgnięcia, zmęczenie i niewystarczająca prędkość ruchów dawały się jednak we znaki.  

Żaden manewr nie dał rady skrzywdzić łowcy.  

Rozbójnik przewrócił się, zamiast jednak poddać walkę, złapał w garść trochę mieszanki błota z ulicy i rzucił w stronę oponenta, wstając z impetem z zamiarem ugodzenia nożem, plan jednak nie wypalił.  

Fala uderzeniowa odepchnęła masę wprost na twarz rzucającego, zmuszając go do jej przetarcia. Gdy wróciła mu wizja, sztylet szybkim ruchem został mu zabrany, obracając go jednocześnie i sprowadzając do pozycji klęczącej. Broń złapana przez dłoń w czarnej rękawicy, znalazła się wysoko ponad głową jej pierwotnego właściciela.  

– Litości! – Jedyne słowa, które wydobyły się od jeszcze nie tak dawno pewnego siebie rozbójnika.  

Ostrze rzucone, wylądowało wbite w ziemię.  

– Nie bez powodu nazwaliście mnie rzeźnikiem, nie zmuszaj mnie, bym ugruntował to zdanie. – Regis puścił bezwładne już ciało, po czym skierował się znów do lokalu, pozostawiając trzech chłopa i wpatrzoną w pobojowiska gawiedź samą sobie.  

– Nie było tak źle, co? – spytał Salmy.  

– Trochę za dużo popisywania się. Dwa zaklęcia i byłoby po sprawie.  

– Niech gawiedź też ma rozrywkę.  Dwa schnappsy! – rzucił głośniej w kierunku barmana – Wszystko na koszt tamtej trójki.   

30 mar 2023

Od Regisa "Każdy ma swoje sprawy" cz. 4

 Zima 1457  

Nazwanie tego miejsca karczmą byłoby grubą przesadą.  Dolne piętro, jednego z budynków mieszkalnych prowizorycznie dostosowane do obsługiwania klientów. Kilka stołów, nieduża lada, a za nią półka z wieloma różnymi trunkami. Mniejsze pokoje przybytku miały różne zastosowania, to do negocjacji, to do hazardu, ale przez większość czasu lokalne panie lekkich obyczajów przyjmowały tam swych gości. Wielu biedniejszych i szemranych mieszkańców nie było mile widzianych w innych miejskich lokalach, więc stworzyli oni swój własny przytułek do spędzania czasu. Było to też jedyny punkt dzielnicy, gdzie nie wolno było przeprowadzać burd ani rozwiązywać porachunków; stosunkowo bezpieczne miejsce.  

– Opowiadaj, jak tam? – zaczęła kobieta, siadając przy jednym z bocznych stolików.  

– Po staremu, lepiej ty coś opowiedz. Widzę, że śnieżyca zebrała żniwo.  

– Dwa schnappsy! – powiedziała głośno do starszego barmana, który nalał do dwóch kubków przejrzystej substancji, po czym przyniósł naczynia do stolika.  

– Co jakiś czas odnajdują nowe ciała – kontynuowała, biorąc w międzyczasie łyk napoju – ale raczej jest bliżej, a niżeli dalej, do końca. Może załapiesz się dzięki temu na jakąś robotę. Podobno ignisy zaczęły kręcić się na obrzeżach.  

– Wyczuły zwłoki. Hmmm, może na coś się złapię. Na tragediach łatwo się dorobić – powiedział, po czym skosztował trunku – Ło, nie postarali się przy tej partii. – na twarzy wyrysował się lekki grymas – Przynajmniej procenty ma odpowiednie.  

– Nie takie rozkosze są tu serwowane, z resztą, kto ma tu degustować. Większość osób nawet nie widziała lepszego jakościowo alkoholu na oczy.  

Siedzieli tak jakiś czas, wymieniając zdanie po zdaniu w towarzystwie powoli zbierających się mieszkańców okolicy i powoli ubywającej zawartości dzbanków.  

Gdy słońce zbliżało się do linii horyzontu, do obiektu weszło trzech chłopa. Atmosfera zgęstniała i nie trzeba było długo czekać na rozwój wydarzeń.  

– A co tu robi łowca? – Pytanie padło od jednego z nich, siedzącego przy końcu blatu lady. Opierał się o ścianę, spoglądając to na Regisa, to na jego znajomą.  

– Odwagę do walki z potworami ma, a kurwy do łóżka nie zaprosi. – wtrącił drugi.  

– A może i pogłoski nieprzesadzone? Kto by tam wiedział, co robi w lesie z tymi bestiami. Może psojebca jaki.  

– W takim razie musiałbym brać przykład z twojego ojca. – odparł myśliwy, podnosząc znów prawie pusty już kubek.  

– Co żeś powiedział?!  

Trzeci obrócił się, dołączając do rozmowy.  

– A od kogo zna się takie słowa gówniarzu?  

 – Od podobnych wam warchołów.

Trójka wstała, ich intencje były raczej jasne.  

 – Chyba mamy z kimś do pogadania na osobności.  

 – Nieładnie obrażać lokalnych.  

 Regis obrócił głowę w ich stronę.  

 – Koszmary na zachodzie i południu, terrawity w całej okolicy, harpie na wschodzie, scurki w magazynach, wy myślicie, że kto się tym zajmował. Możecie mnie nie lubić, ale okazujcie trochę szacunku, a jak nie, to dla siebie go nie oczekujcie.  

 – Patrzcie jaki pyskaty, chyba trzeba pokazać komuś maniery.  

 W tym monecie  Salma dołączyła do dyskusji.  

 – Znacie zasady, nie tutaj. – słowa padły od towarzyszki dopijającej swój trunek, uważnie obserwując jednocześnie przebieg zajścia.

 – Spokojnie paniusiu, wiemy. Przed lokalem to jednak co innego.  

– Jak chcecie. – Łowca wstał, zostawiając ekwipunek przy stole. – Nie ruszaj tym za bardzo, jest tam kilka rzeczy, które mogą zniszczyć ten budynek.  

Na twarzy towarzyszki pojawił się wyraz niepewności.  

– Trochę nie fair.

– Spokojnie, nie połamiemy go bardzo. – z lekkim uśmiechem powiedział jeden z łotrów.  

– Nie o was mi chodziło. – odparła kobieta.  


C.D.N. 

29 mar 2023

Od Regisa "Każdy ma swoje sprawy" cz. 3

 Zima 1457  

Dotarł do celu. Zaniedbany z zewnątrz sklep wpasowywał się w klimat dzielnicy. Przez stare, pożółkłe od kurzu okna dostrzec można było ledwie zarysy wnętrza. Poruszył drzwi i wraz z zimnym podmuchem wszedł do środka. Środek ukazywał lepszy stan, niż można było się spodziewać, a duże półki uginały się od ogromu asortymentu.  

– A któż się tu zjawił?! – Zza dużego ciemnego biurka, znad starannie prowadzonego kajetu dobiegł lekko skrzeczący ochrypły głos należący do niskiego leciwego półelfa. – Pan łowca znów zawitał w moje progi. Czego ci dzisiaj potrzeba?  

– Witam, panie Zimo – po tych słowach spod peleryny wyciągnął zwiniętą kartkę papieru i podał sprzedawcy. Ten powoli rozsunął zawiniątko i zaczął czytać znajdująca się tam listę przedmiotów.  

– Twoje szczęście, akurat chyba wszystko będę mieć. – handlarz zeskoczył, ze zbyt wysokiego jak dla osoby jego postury krzesał i udał się pomiędzy regały, a jego wpół wyłysiała głowa tylko co jakiś czas odbijała blask lamp, dając znać, że postać jeszcze znajduje się na terenie sklepu.  

Po kilku chwilach sklepikarz przyszykował wszystkie produkty. Gdy transakcja doszła do finalizacji, Jego szpiczaste uszy lekko się poruszyły, poprawiając swe grube okulary, na garbatym nosie uniósł dłoń i wystawił palec. Znów rozpłynął się wśród regałów, po chwili jednak przemówił.  

– Niedawno zdobyłem coś, co mogłoby cię zainteresować.  

– Konkretniej bym prosił – odparł łowca.  

Zimo przyniósł podłużną dużą fiolkę zakończoną po obydwu stronach metalowymi korkami w kolorach przypominających ciemne złoto, bądź brąz, lecz na pierwszy rzut oka myśliwy nie był pewny co to za metal. Wnętrze składało się z dwóch szklanych rurek, jednej dużej i grubej będącej zewnętrzną warstwą. Druga cieńsza i znacznie mniejsza w centralnej części wypełniona srebrzystymi kamieniami w bezbarwnej gęstej zalewie. W warstwie między dwoma elementami znajdowała się błękitna ciecz z mieniącymi się drobinkami.  

– Radze być ostrożnym – mówił właściciel przybytku – jeden zły ruch, a zamienimy się w lodowe szczątki.  

– Lodowe?  

– Ten przedmiot ma siłę zniszczenia małego statku, wywołując lodową eksplozję.  

– Faktycznie zainteresowałeś mnie. Ile to będzie kosztować?

– Nie jest to tani interes. He he – Zimo zatarł ręce z nadzieją na dobry interes.  

Łowca po krótkich negocjacjach opuścił sklep z czterema sztukami nowej broni. Wyniosło to znacznie więcej, niż zakładał dzisiaj wydać, widział jednak potencjał w nabytkach.  

Kierował się ku opuszczeniu dzielnicy i powrotu do domu.  

– Kochaniutki, nie miałbyś ochoty na małe co nieco? – Słowa te padły spod ściany jednego z budynków od mniej więcej trzydziestoletniej kobiety ubranej w suknie z dużym dekoltem i niedużą peleryną z grubego futra.

– Przykro mi, nie tym razem.  

– Nie daj się prosić. – mówiła dalej, a jej głos zauważalnie zmienił ton.  

– Salma i tym razem mnie nie przekonasz.  

– Eh, kiedyś mi się uda.  

Oboje uśmiechnęli się do siebie.  

– Co tam u ciebie? – zaczął łowca.  

Kobieta zakryła się szczelniej narzutą.  

– Po co mamy rozmawiać na takim mrozie, chodź do środka.  

Oboje skierowali się do lokalu, będącego lokalną pijalnią.  


C.D.N. 

28 mar 2023

Od Regisa "Każdy ma swoje sprawy" cz. 2

 Zima 1457

Nie minęło dużo czasu, a ukazała mu się długa i szeroka ulica Żwirowa. Było niewiele po południu, więc zwyczajowy czas na burdy jeszcze nie nadszedł. Szedł wzdłuż, kierując się do znanego sobie sklepu na jej końcu. Rozglądając się nieznacznie, dostrzegał, że i tu szkody po śniegu są reperowane. Zapadłe dachy, uszkodzone ściany i wiele temu podobnych obrazów.  

Gdy przechodził koło jednego z rozwidleń, dotarł go specyficzny zapach. Kojarzył go, chciał jednak upewnić się co do jego źródła. Boczną ścieżką dotarł na w półotwarty plac, gdzie kilka miesięcy temu na słupach wisiały dekoracje z ciał nieszczęśników, dla który lokalne konflikty nie wyszły na dobre. Tym razem okolice zdobiło ognisko ulokowane na obrzeżach skwerku.

Oprawszy się o ścianę jednego z bocznych budynków, dojrzał, jak pracujący mieszkańcy dokładali to drewna, to kolejne ciała do płonącego stosu, z którego ciemny dym ulatywał w kierunku jasnoszarego przez chmury nieba.

– I jak się podoba widok, łowco? – Gdzieś z boku dobiegł stary ochrypnięty głos.

– Dziwi mnie, że ty nie leżysz wśród ciał – odparł łowca, podając dłoń starcowi na przywitanie.

– Hre hre – zaśmiał się lekko, wydobywając z siebie jednocześnie odgłosy wieloletniego zużytego gardła – Jak widać jeszcze nie mój czas, choć i ten się zbliża.

– Jak na każdego. Ilu mniej więcej?

– Na razie, ze dwa tuziny – wyciągnął naładowaną już fajkę spod mocno połatanego i wynoszonego już płaszcza. Nim zdążył wydobyć krzesiwo, Regis drobnym ruchem dłoni posłał w kierunku komina kilka iskier, rozpalając zawartość. Właściciel kiwnął głową na znak podziękowania, po czym dalej kontynuował – ale jeszcze zwożą z reszty miasta. Chłód przyniósł żniwa.

– Najwięcej ucierpiało u was.  

– Tak, tak to bywa u biedoty.  

Stali jeszcze chwilę, po czym leciwy głos znów się odezwał.

– Martwi to zawsze straszny widok.

– I takie stosy nie są mi obce.

Łowca podał towarzyszowi monetę, po czym ruszył w swoją drogę, rzucając na odchodne pożegnanie.

– Bywaj. Dziękuję za rozmowę.


C.D.N. 

27 mar 2023

Od Regisa "Każdy ma swoje sprawy" cz. 1

 Zima 1457  

Po niedawnej śnieżycy nie było prawie śladu. Idąc w stronę miasta, dostrzegł ledwie kilka większych na tamten moment zasp przypominających nie widzianych tu od lat takich ilości śniegu. Szedł nieco inną trasą niż zazwyczaj, kierując się na północ, a następnie wzdłuż brzegu rzeki. Dokładał sobie drogi, chciał jednak zobaczyć, jak wygląda sytuacja wodna. Podążając ze spływem, szukał jednak czegoś w międzyczasie. Rozglądał się, za jakiego znaleziskiem dokonał w trakcie jednego z wypadów w trakcie śnieżycy, nigdzie go jednak nie dostrzegł. Założył, że ktoś lub coś już zajęło się zmarzniętym ciałem nieboszczyka.  

Idąc wzdłuż płynącej wody, obserwował skutki roztopów. Brzeg był podmyty, a tafla wzburzona i podniesiona, choć nie był to już punkt kulminacyjny. Miejsce, gdzie jakiś czas temu stała niewielka drewniana kładka teraz nie nosiło żadnych śladów jej niegdysiejszej obecności.  

Gdy dotarł do brukowanego mostu, dowiedział się, gdzie podziała się drewniana konstrukcja. Kilka fragmentów spoczywało utkniętych przy przejściu.  

Po niedługim czasie dotarł do zabudowań głównego miasta. Prace przy naprawach budynków po klęsce dalej trwały. Ludzie zajmowali się ścianami, drogami, jak i dachami, których gdzieniegdzie fragmenty potłuczonych dachówek leżały niezgrabnie, lub w kupkach na ulicach. Zagłębiając się coraz to głębiej ku centrum, widział wiele podobnych obrazów.  

Dotarłszy na rynek, oczom jego ukazały się wszelakie kupieckie stragany, których właściciele wyczuli możliwości łatwego zarobku na zdesperowanych mieszkańcach. Kupić można było wszystko, lecz to stoiska mięsne przykuwały uwagę. Śnieżyca musiała zebrać żniwa wśród zwierząt hodowlanych, a ich ciała miały zasilić portfele chcących się ich jak najszybciej pozbyć ludzi.  

Na centralnym placu był duży wybór, lecz nie tu Regis planował dokonać zakupów. Odbił w jedną z alejek, obierając za cel ulicę Żwirową.  


C.D.N.  


19 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 6

 Zima 1457 

Po wielu dniach śnieżycy trudne warunki w końcu zaczęły ustępować. W ciągu zaledwie kilku dni, przy pomocy ciepła z południowego zachodu, klęska śniegu przekształciła się pokrywające całą okolicę bagno. Grząska ziemia utrudnia przemieszczanie się, a łowca jak wcześniej przez biały puch, teraz przez ziemię i wodę nie może normalnie opuścić domu.  

Stanął u progu, w otwartych na oścież drzwiach. Kilka płaskich kamieni przed wejściem nie było widocznych, pokryte były śliską brązową powłoką: po szybkim ruchu opróżnienia wiadra, znów jednak zostały odsłonięte. Regis zdecydował się wrócić do środka, by znów przeczekać ciężkie warunki. 

– Ileż można, jak nie urok to sraczka. – mówił do siebie, kierując się w kierunku piwnicy. 

 Złapał za łopatę, którą udało się wydostać ze schowka. Gdy zszedł na samo dno pomieszczenia, przy pomocy narzędzia zaczął nabierać wodę, z cienkiej warstwy cieczy znajdującej się na podłodze. Kilka rundek później myśliwy pozbył się takiej ilości, jaką mógł.  Wiedział, że taki stan rzeczy nie potrwa długo, mimo wszystko i tak mu się nie podobał.  

Do końca dnia zajmował się sprzątaniem domu. Gdy zapadła noc, udał się do łazienki, by oczyścić ciało. Rozebrawszy się, dojrzał w lustrze pokryte wieloma bliznami ciało. Pamiętał historie wielu z nich; ślady harpii, ugryzienia wilków, ślady po przecięciach czy pierwsza lekcja leczenia zakończona szeroką blizną po rozerwanych wtedy tkankach przez zaklęcie, które nie poszło po myśli maga.  Wzrok skierował się na twarz, będącą tylko lekko zadrapaną, jednak to nie one zwróciły jego uwagę. Przez ostatnie dni siedział w domu, nie ruszając się nigdzie daleko i pomimo posiadania tak dużej ilości czasu do wykorzystania, nie zauważył zajmującego powoli jego twarz zarostu. Przyszykował naczynie pełne ciepłej wody i używając swego wiernego, ostrego noża pozbywał się nadmiaru włosów.  Lubił zarosty, lecz przy wykonywanym przez niego zawodzie, zdarzały mu się przeszkadzać, wolał więc regularnie się go pozbywać.  Nie czuł też, że to już moment na jego zapuszczenie. Po pewnym czasie znów spojrzał po twarzy, dostrzegając tym razem znacznie gładsze lico. 

Po oporządzeniu się udał się na spoczynek.  

*** 

Następne dni przyniosły poprawę sytuacji na zewnątrz. Nadmiar wody wsiąkł lub przeniósł do większych zbiorników. Temperatura znów spadła, ilość opadów wróciła jednak do akceptowalnej ilości. Wszystko wskazywało, że sytuacja się uspokoiła.  

17 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 5

 Zima 1457 

Regis spędzał kolejny dzień, siedząc przed ciepłym domowym kominkiem, obserwując tańczące na kawałkach drewna płomienie. W ciągu ostatnich dni próbował dostać się do swojego składziku, przez jednak zbyt dużą warstwę śniegu, przeszywające zimno jak i kwestię, że łopatę miał właśnie zamkniętą, porzucił ten pomysł. Próbował udać się również do obozu łowców, z podobnych jednak powodów wyprawa została przerwana i przełożona na czas poprawy sytuacji. 

Spędzając tak spokojnie czas, usłyszał uderzenie, dochodzące z górnego piętra. Zdziwiony uznał, że musiało mu się przesłyszeć przez zbyt długie siedzenie w zamknięciu. Nie minęła jednak chwila, a odgłos się powtórzył. Chcąc sprawdzić przyczynę, udał się na piętro. Trzeci raz wydarzył się, gdy łowca był na korytarzu. Dobiegało to zza okna pracowni. Na oknie znajdowały się widoczne ślady po udręczeniach po śniegu.  Gdy otworzył okiennice, przeszyło go lodowaty powiew, a do wnętrza dostała się niewielka ilość śniegu. 

– Mości łowco!!! – krzyk dobiegał od strony zaspy znajdującej się za łaźnią. Pochodził on od grubo ubranego mężczyzny, który wraz z niedużymi saniami stał i spoglądał w jego stronę. Myśliwy po głosie rozpoznał go. Chłop był tym samym, jaki tej jesieni zlecił mu polowanie na harpie.  

– Witam, o co chodzi?! – odpowiedział mu gospodarz. 

– Mości łowco, nie miały trochę jedzenia? 

Regis zorientował się, o co chodzi. Trudne warunki musiały uszczuplić ich zapasy. Głód mógł być większym problemem niż zimno. 

Łowca spuścił linę, po której przybysz wszedł do środka. Gdy ten ogrzewał się przy ciepłym kominku, myśliwy szykował część swoich zapasów. Po niedługim czasie sanie załadowane były prowiantem składającym się z wędzonego mięsa, kasz, słojów ze smarowidłami i tym podobnych.  

Oboje wyszli, kierując się ku zabudowaniom. Po pewnym czasie dotarli do miejsca, gdzie jakiś czas temu stało kilka wiejskich domów, teraz rozciągał się tylko biały krajobraz. Mieszkaniec ukazał nagle wejście w śniegu, prowadzące przez przygotowaną dziurę w dachu do wnętrza budynku. Podobne zejścia prowadziły do każdego z budynków. Pomógł rozpakować towar, po czym znów wrócił do siebie. Odchodząc, dojrzał jeszcze niewielką postać wyłaniającą się z jednej z dziur, machającą na pożegnanie. Młoda dziewczynka, Lusia, którą poznał w trakcie polowania na wielkie ptaki, pokazywała wdzięczność za pomoc, tak wiele teraz znaczącą.  


C.D.N. 

12 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 5

 Zima 1457  

Nie śpieszyło mu się. Gdy widział już dno kufla, dał znać obsłudze. Ta sama młoda kobieta co wcześniej podeszła do stolika.  

– Podać coś?  

– Piwo, tym razem jasne. Jest jakieś?  

– Tak, mamy oczywiście. Zaraz podam.  

Po tych słowach ruszyła w stronę lady. Łowca nie widział nikogo innego z obsługi. Musiała być dzisiaj sama. Było ledwo po południu, a do dnia odpoczynku mieszkańców jeszcze trochę zostało. W lokalu nie było wielu ludzi, więc jedna osoba w zupełności wystarczała. Po krótkiej chwili wróciła, niosąc pełny kufel.    

– Oto zamówienie – odłożyła naczynie, po czym zabrała ze stołu poprzednie już puste i przygotowane na zapłatę monety.    

Siedział tak, popijając trunek. Od pożegnania się z wąsaczem nie zmienił miejsca, więc widoków zbyt wielu nie miał. Spoglądał to na kurz i bród, to na krzątającą się barmankę. Miała mniej niż dwadzieścia pięć wiosen. Blond włosy lekko falując, sięgały jej nieco za łopatki. Z przodu lekko powyżej czoła nałożoną miała opaskę chroniącą jej oczy przed frywolnymi kosmykami. Bladą cerę delikatnie oświetlał blask podwieszonej nad blatem lampy. Ciepłe światło ukazywały delikatne rysy twarzy, nie pozwalał jednak określić koloru oczu, odbijając się jak od nich jak od szkiełek. Strój nie był wyrafinowany. Biała sukienka sięgająca, z tego, co łowca zauważył, gdy dama przemierzała pomieszczenie, nieco poniżej połowy łydek z narzuconą na nią rozpiętą kurtką. Skórzany fartuch związany luźno zwisał z przodu, zasłaniając przednią cześć tułowia.  

Siedział tak spokojnie, obserwując wszystko, co wpadnie mu w oko.

Czas powoli mijał. Chwile te miały jednak niedługo się skończyć. Kilka ław za nim głosy stawały się coraz głośniejsze. Młodzieńcy mieli coraz żywsze dyskusje. Pił nie zwracając na to uwagi, jednak do momentu. 

– Te, to ten wielki łowczyk – zaczął jeden z siedzących przy głośnej ławie – kilka dużych piesków zabił i co!? Wielki Łowca! Rzeźnik! – kontynuował widocznie wzburzony – Ci za miastem w namiotach też takie chojraki?!  

Regis nie reagował. Nie było sensu odpowiadać pijanym i tak by nie słuchali. Nie chcieli. Mieli swoje zdania i nie byli skorzy do ich zmiany.    

– I co? Nie odpowiesz. Wielki i ważny. Wilki pokonane. phiii. Sam bym tak umiał. A teraz siedzi poważny. I z czego ta kurteczka. Czerwone futerko. He he, Z czego to? Inny wilczek farbowany, a może zajączek?  

– Wyverna – rzucił krótko  

– Co tam mamroczesz?  

– To, jak to nazwałeś futerko, pochodzi od Wyverny Szkarłatnej. Wiesz, taka latająca jaszczurka zabita przeze mnie w górach, których nazwa i tak nic ci nie powie. Z nią też dałbyś sobie radę? – zapytał spokojnie, odkładając pusty kufel i powoli szykując się do drogi powrotnej – Może będziesz miał okazję, zdarzają się na tych terenach.  

Młodzieniec stał. Nie wyglądał na takiego, co wiedziałby, jak odpowiedzieć.  

– W sumie lubię takich jak ty. Pewni siebie idą walczyć z potworami. Młodzi w pięknych nowych strojach, a potem ich resztki stają się pokarmem dla młodych poczwar. Ale dzięki temu mam pracę. A i stwór zabijający ludzi jest więcej wart – mówił, powoli idąc w stronę rozmówcy – chcesz walczyć z bestiami, proszę bardzo. Ciekawe, kiedy natrafię na twoje zwłoki, ale zanim to, naucz się mówić, bo coś słów ci zabrakło – podszedł do chłopaka. Ten stał, nic nie mówił. Reszta jego kompani wpatrzona była w pełnym skupieniu na całą sytuację. Milczeli. Łowca stanął przed nim na kilka sekund, po czym kontynuował chód do drzwi.    

Po otwarciu wrót przywitał go mroźny, przeszywający powiew niosący ze sobą chmarę płatków śniegu. Na zewnątrz trwała zawieja. Rzeźnik otulił się szczelnie peleryną, nałożył kaptur i ruszył w drogę powrotną, znikając po ledwie kilku krokach, w odmętach białych pędzących w powietrzu płatków. Z wnętrza karczmy inaczej jak poprzednim razem nie dobywały się już żadne słowa. 

11 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 4

 Zima 1457 

Słońce już dawno promieniało ponad horyzontem. Było w okolicy południa, mimo to dzienna gwiazda nie znajdowała się wysoko na niebie. Zima przynosiła nie tylko chłód, ale i niewiele czasu na nacieszenie się ostrymi promieniami światła, które, choć odrobinę ogrzewały zmarzniętą skórę.  Łowca był już w mieście. Zmierzał na rynek, by rozliczyć się za wykonane zlecenie. Na centralnym placu miasta, mimo panującej pory roku znaleźć można było sporo ludzi. Ludzie poubierani w grube kurtki i płaszcze, z głowami zakrytymi przeróżnymi nakryciami chroniącymi przed mrozem i wiatrami załatwiali swoje codzienne sprawy. Mimo śniegu oblepiającego większość okolicy, drogi skweru były dość dobrze widoczne przez przechadzające się osoby. Wydeptane ścieżki ułatwiały poruszanie się, mimo to z powodów niskich temperatur możliwość poślizgnięcia się była wysoka, a niektóre ślady na śniegu koło oblodzonych fragmentów podłoża, tylko to potwierdzały.  

Łowca dotarł do zajazdu. Poruszył wrota wejściowe i dostał się do tego samego pomieszczenia, gdzie ledwo dwa dni wcześniej przyjął zadanie, którego potwierdzenie wykonania, we włókiennym worku pod peleryną, spokojnie zwisało przypięte do pasa. Ruszył w kierunku tego samego stołu, przy którym ostatnio odbyła się rozmowa. Nie dostrzegł jednak nikogo przy nim zasiadającego, gdy w tę usłyszał głos. 

– Tutaj łowco – słowa te dobiegały zza filaru. Regis podszedł bliżej i dojrzał zasiadającego przy ławie schowanej za słupem, konkretnej postury mężczyznę, który zakręcając obfitego wąsa, kierował swój wzrok i uśmiechniętą twarz ku przybyszowi.  

– Siadaj, proszę, siadaj. Piwo miało zostać nalane od razu, jak przekroczyłbyś próg, więc niedługo dostaniesz kufel. Takie jak ostatnio, mam nadzieję, że smakowało. Oczywiście na mój koszt – mówił z widocznym zadowoleniem. Najwyraźniej spodziewał się dobrych nowin. 

– Bardzo dziękuję – odrzekł łowca, zajmując miejsce naprzeciw rozmówcy. Nie miał z tej pozycji zbyt dobrego widoku na wnętrze. Dostrzec mógł jedynie ściany, trzy wolne ławy i kątem oka, ladę baru. 

– I jak? Udało się? – pytał, nie mogąc doczekać się wieści. 

Łowca odsunął lekko swoją pelerynę i odczepił od pasa worek. Pakunek położył na stole i pozwolił, aby rozmówca sam zajrzał do środka. Wąsacz sięgnął i rozwarł ściśnięty sznurkiem gardło worka, do którego zaczął wdzierać się blask lamp zajazdu, ukazując martwy łeb wilka szczerzący kły do swego nowego posiadacza. 

– OOOO. Widzę, że wszystko się udało. Wspaniale, wybornie – mówił uradowany 

– Proszę. Ciemne piwo.  – powiedziała młoda kobieta najwidoczniej tu pracująca.  Młoda barmanka o jasnych włosach położyła kufel przed klientem i udała się do następnych gości zawiewając przy okazji swą spódnicą 

– Dziękuję – odpowiedział, po czym wrócił do głównej rozmowy – Tak, truchła powinny jeszcze tam leżeć, o ile nic ich nie zjadło. Choć w to akurat wątpię – wziął duży łyk piwa, po czym przetarł białą od osadzonej na niej piany wargę 

– Nie ma futrzaków – powiedział klient, nie patrząc jednak na sprezentowany łeb, a na kelnerkę obsługującą grupkę młodych ludzi, których Regis kojarzył z poprzedniej tu wizyty. 

– Tak, nie ma wilków – rzucił łowca stanowczo. Miał podejrzenia, co chodziło po głowie wąsaczowi i wolał wrócić do tematu. 

– Ach tak, koniec wilków tak – odparł widocznie wybity z rozmyślań – Dobrze więc, interesy z tobą to czysta przyjemność. Być może do następnego razu łowco – mówiąc to, wstał poprawił się, sięgnął po worek z trofeum i miał zamiar skierować się ku drzwiom wyjściowym. 

– Zapłata – rzucił Regis biorąc następnie kolejny łyk piwa. 

Mężczyzna zatrzymał się.

– Ach tak, już. Byłbym zapominał – po tych słowach wypowiedzianych z pewną nutą niepewności, odchylił gruby futrzany płaszcz i z jednej z jego wewnętrznych kieszeni wyjął sakiewkę monet, którą następnie rzucił lekko na stół – Żegnaj, Rzeźniku. 

Łowca pił powoli chmielowy trunek. Sakiewkę od razu schował do kieszeni. Była na tyle wypchana by nie musiał przeliczać. Nie był pewny czy były już kontrahent nie dał zapłaty od razu, z powodu przeoczenia spowodowanego euforią i zabieganiem, czy może chciał go oszukać. Obydwie opcje były możliwe i z obydwoma miał styczność, choć z tą, drugą znacznie częściej.  


C.D.N. 

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 4

 Zima 1457  

Ubrał strój, który dzięki elementom ocieplenia był przygotowany na zimę; choć aktualna pogoda przekraczała jego założenia. Założył pelerynę, po czym był gotowy do zejścia na lodowe pustkowie. Złapał w dłonie linę, którą przyczepił we wnętrzu domu. Gdy opuścił się na niej wystarczająco, zamknął okno, które dzięki prowizorycznemu uszczelnieniu pozwalało wydostać się sznurowi do zejścia, nie doprowadzając jednocześnie do pozostawienia domu otwartego. Stanął pewnie na dachu swej łazienki. Wyjął z zabranego ze sobą ekwipunku, prowizorycznie zrobione rakiety śnieżne, po czym założył je. Pierwsze kroki stawiał z dużą ostrożnością, lecz gdy upewnił się, że wierzchnia warstwa śniegu była wystarczająco zmrożona, zaczął iść normalnie. Wielki mróz i nieustannie wiejący wiatr, który raz na jakiś czas spowalniał, dając niewielką chwilę względnego wytchnienia, przeszywały wędrowca. Zakrył się peleryną, zostawiając niewielki prześwit, by móc widzieć.  

Szedł powoli przed siebie, zmierzając w kierunku lasu. Kiedyś nieduży lasek oddzielający go od najbliższych mieszkańców, teraz wyglądał jak pole krzaków. Regis pozbierał trochę gałęzi, które miały mu posłużyć do ulepszenia rakiet. Po krótkim przystanku skierował się w kierunku miasta. 

Okolica przypominała białą pustynię, z której wydm wiatr zdmuchiwał śnieżny pył. Łowca z każdym krokiem czuł, nasilające się podmuchy, utrudniające wędrówkę prosto. Musiał zmienić trasę, zmieniając trasę. Po pewnym czasie dostrzegł zarysy budynków, wyglądających na wioskowe chaty, mimo że jeszcze nie dawno były środkiem miasta. Chciał zbliżyć się do zabudowań, pogarszające się jednak warunki zmusiły go do powrotu.  

Idąc w zamieci, dostrzegł na swej drodze niepasujący do otoczenia kształt. Podszedł do znaleziska i ruchem wyciągniętej spod peleryny ręki odsłonił, co skrywała cienka warstwa śniegu. Było to ciało w pozie walki o życie. Szybkie oględziny ukazały, co się wydarzyło. Martwy podróżnik nadepnął na cieńszą warstwę lodu, który pod jego ciężarem zapadł się, tworząc śmiertelną pułapkę i a warunki po czasie zmieniły człowieka w zamrożoną figurę. Od zdarzenia nie minęło dwa dni. Łowca ruszył dalej, nic nie mógł z tym zrobić.  

Gdy dotarł do domu, wspiął się z powrotem po linie. Zamknął okno. Przebrany siadł przy świeżo rozpalonym kominku, a po jego głowie chodziły myśli, kiedy pogoda znów się uspokoi.  


C.D.N. 


10 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 3

 Zima 1457 

Od końca poprzedniego dnia śnieg już nie padał. Mimo grubej jego warstwy na podłożu poruszanie odbywało się znacznie sprawniej. Było przed południem, gdy łowca był już w drodze na miejsce polowania. Powoli przemierzał kolący od blasku odbitych promieni słonecznych, rozciągający się biały krajobraz. W końcu dotarł do celu podróży. Teren leżał kawałek od miasta, mimo to bez problemu można było dojrzeć ludzkie zabudowania. Miejsce wstępnie przygotowane pod wycinkę. Niewielka, niedawno postawiona chatka na narzędzia, gdzie zmęczeni robotnicy mogliby, chociaż na chwilę odpocząć, stanowisk do gotowania i rozładunku też nie zabrakło. Wśród tych wszystkich rzeczy dostrzec można było jednak wilcze ślady. Zwierzętom nie podobało się, że ktoś narusza ich rewir, były niebezpiecznym utrapieniem. Dzięki wczesnej porze Regis miał czas na rozejrzenie się po okolicy, nie musiał jednak poświęcać na tę czynność dużo czasu. Po krótkiej chwili znalazł liczne tropy wokoło obozowiska. Cała wataha kręciła się po okolicy. Ślady w dużej mierze prowadziły w głąb lasu. Podążanie za pomniejszymi śladami nie miało większego sensu. Łowca dalej przeczesywał teren. Znalazł kilka wydeptanych przez zwierzęta szlaków. Idąc jednym z nich, który ze względu na rozmiary i widoczne ślady częstego użytkowania wydał się najbardziej obiecujący, znalazł coś na wzór legowiska. Mocno ugnieciony śnieg pośród niewielkich brzózek. Widocznie główne miejsce przebywania, pomyślał łowca. Po przeczesaniu okolicy wilki będą chciały tu wrócić, by odpocząć. Zwierzyny w okolicy jest bardzo dużo, więc nie mają powodu, by zanadto się oddalać. Pilnują również miejsca pojawienia się intruzów chcących ograniczyć ich ingerencje. Ludzka ekspansja niesie za sobą wiele konfliktów, które trzeba potem rozwiązywać różnymi środkami, w tym tymi mało przyjemnymi. Tropiciel uznał, że tu zaplanuje pojedynek. Pod dużym świerkiem położył swój bagaż. Plecak, w którym znajdowało się stosunkowo niewiele rzeczy jak na standardy łowcy. Prosta robota nie potrzebowała dużej ilości przedmiotów na możliwe komplikacje. Wyciągnął tylko to, co było mu potrzebne, po czym schował pakunek pod jedną z nisko położonych gałęzi, przykrywając go uprzednio zdjętą pelerynom. Rękojeść miecza wystawała znad prawego barku, a wypolerowana głowica odbijała pojedyncze strugi światła padające na jej kanciaste boki. Regis przyczepił uważnie bełty kuszy do boku paska, a ją samą zawiesił na specjalnym dla niej przygotowanym miejscu na plecach, gdzie nawet w trakcie walki szybko i pewnie mógł ją odstawić, nie martwiąc się o ewentualne jej wypadnięcie. Upewnił się, czy jego niezastąpiony nóż pewnie spoczywa w pochwie pod lewą piersią w przedniej części zbroi, po czym poprawiając futro na kołnierzu, stwierdził, że jest w pełni gotów na spotkanie z oponentami.  

Nastało popołudnie. Słońce znajdowało się już nisko nad horyzontem. Po kilku godzinach cierpliwego wyczekiwania usłyszał wycie. Przygotował nową broń i przyszykował się do konfrontacji. Nie musiał długo czekać, by wilki mu się pokazały. Pierwszy wyłonił się zza drzew i biegł prosto w jego stronę. Ten wycelował i oddał strzał. Cięciwa zabrzmiała. Bełt trafił w cel. Grot wbił się w oko, wchodząc w głąb czaszki, przebijając ją na wylot. Stwór legł martwy, a biały puch przy jego głowie zaczął nabierać karminowego odcienia od wylewającej się krwi. Pozostałe osobniki powoli zaczęły się zbliżać. Walka rozpoczęła się na dobre. 

*** 

Biegł. Chciał uciec. Reszta jego watahy leżała już martwa. Resztki nadziei na wyjście cało z opresji nie trwały jednak długo. Pocisk z trafił w tył czaszki, przebijając ją i wychodząc podniebieniem wraz ze strugą krwi, zostawiając na śniegu mocny czerwony ślad. Walka skończona. Regis schował broń. Kusza spisała się zgodnie z oczekiwaniami. Wziął miecz i podszedł do leżącego nieopodal ciała. Szrama ukazująca rozpłatane wnętrzności przebiegała na boku stwora, głowa była jednak nietknięta, a na tym zależało łowcy. Łapiąc jedną z rąk za pysk, uniósł lekko łeb, a mieczem oddzielił go od tułowia. Przetarł klingę z resztek krwi. Chwilę spoglądał na stal, po czym schował ostrze na pochwy. Zabrał ekwipunek spod drzewa, schował trofeum do worka, który przyczepił do pasa. Tobołek ze specjalnego materiału nie przeciekał krwią, nie musiał martwić się więc o niepotrzebny bałagan.  

– Dobry zakup – powiedział do siebie, wspominając moment dyskusji ze znajomym sprzedawcą o cenę, która zgodnie z ustaleniami miała być znacznie niższa a niżeli ta, którą Zimo końcowo sobie zażyczył. 

Narzucił pelerynę i ruszył w kierunku domu. Było już ciemno. Krótkie zimne dni nie dawały zapomnieć o panującej aktualnie porze roku. Wielki jasny księżyc jaśniał na niemalże pozbawionym chmur niebie, ukazując usłaną bielą drogę. Po dotarciu do celu zawiązał sznur na pysku i zawiesił łeb, by krew mogła spokojnie spłynąć. Zdjął z siebie ubranie i przyszykował się na noc. Po wszystkim udał się do łóżka. Następnego dnia planował iść po zapłatę za wykonane zlecenie, wolał więc wypocząć. 


<C.D.N.> 

9 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 2

Zima 1457 

Droga do przebycia nie była długa. Kuźnia znajdowała się na skraju jednej z ulic i rynku. Ciężko było ją przeoczyć, a przede wszystkim zignorować z powodu rozchodzącego się donośnego dźwięku uderzania metalu o metal. Regis szedł w kierunku tych odgłosów. Po chwili stanął przed niemałym zakładem. Przed wejściem wisiał szyld przedstawiający kowadło i młot, choć teraz jego większa część przykrywała lekka warstwa przymarzniętego śniegu. Właściwą częścią budynku poprzedzała spora dobudówka, w której znajdowała się duża część narzędzi i osprzętu rzemieślnika. Służyła mu w czasie cieplejszych okresów roku, w trakcie zimy jednak większość prac odbywała się w środku. Łowca przeszedł pod dachem i udał się do środka, otwierając powoli drewniane drzwi. Pomimo niskich temperatur na zewnątrz, tu było bardzo ciepło. Żar buchał z paleniska, ogrzewając całe pomieszczenie. Astram właśnie uderzał młotem o rozżarzony fragment metalu, nadając mu kształt. Regis przez wzgląd na kształt dość szybko stwierdził, że aktualnym zleceniem, jakie dostał, była siekiera. Szeroka cześć z już wybitym wstępnie otworem na umieszczenie trzonka i płaska rozchodząca się część z drugiej ze stron, nad którą właśnie trwała praca. Łowca dłuższą chwilę przyglądał się pracy i nasłuchiwał dźwięków uderzeń. Przypominały mu się chwile, gdy sam pracował w podobnym zakładzie. Nigdy nie osiągnął mistrzostwa w fachu, ale miał solidne podstawy, a niektóre z elementów jego pancerza potwierdzały, że wykonane przez niego przedmioty nie były najgorsze. W pewnym momencie wręcz zahipnotyzowany pracą kowal zauważył obserwatora. Lekko speszony nie włożył głowicy z powrotem do pieca, by nagrzaną dalej formować, tylko odłożył ostrożnie element na bok, by ostygł, jednak nie zahartował się od zbyt zimnego podłoża.  

– Dłu-długo tu stoisz? – spytał, lekko się jąkając. Astram był osobą, której utrzymanie kontaktu z innym człowiekiem sprawiało duże problemy, dlatego podobne sytuacje już się zdarzały i nie dziwiły Regisa. 

– Nie, nie długo. Szkoda, że przerwałeś, było na co popatrzeć. Bardzo dobry materiał. Siekiera ta będzie długo służyć. – powiedział łowca, spoglądając na efekt pracy kowala – Wiesz, po co tu przyszedłem. Wszystko gotowe? – zapytał, kierując się do stołu, przy którym dochodzi do rozliczeń z klientami. 

– Tak. Wszystko gotowe – po tych słowach rozmówca zniknął na chwile, udając się do swojego składziku, po czym wrócił, dzierżąc w dłoniach kilka przedmiotów. 

Pierwsze na stole znalazło się kilka metalowych rurek o różnej długości.  

– Porządna robota. – Delikatnie odłożył jedną z wcześniej podniesionych i wraz z resztą związał, po czym schował do worka, który następnie przyczepił przy lewym boku. 

Następny przedmiot na stole był już czymś zupełnie innym. Niedużych rozmiarów kusza. Regis wziął ją do ręki i zaczął uważnie oglądać. Łęczysko wykonane z cisu świetnie magazynowało zgromadzoną energię, nie dając się jednocześnie złamać. Łoże kuszy zrobione z ciemnego drewna i wzmocnione metalowymi elementami. Cięciwa z włosia, wytrzymała i dająca dużą moc bełtowi w momencie pociągnięcia spustu. 

– Przyniosłem ci kilka drewnianych elementów, a ty wykonałeś porządną robotę – mówiąc to, odłożył broń i wziął do ręki jeden z leżących na stole bełtów. Grot wykonany ze stali był droższy, ale i wytrzymalszy więc łowca nie musiał się martwić o ciągłe ich dokupywanie z powodu ich uszkadzania się.  

Po krótkich oględzinach spakował nowe nabytki. Wyjął z torby brzęczącą od monet sakiewkę i postawił na stole.  

– Na razie to tyle – powiedział łowca, przygotowując się do wyjścia – Bywaj  Astramie – mówiąc to, pożegnał się i ruszył ku wyjściu. Wiedział, że rzemieślnik nie jest najlepszy w rozmowie, więc nie oczekiwał odpowiedzi.  

Po wyjściu na ulice miasta przywitał go zimny powiew przynoszący dodatkową porcję białego puchu. Na przekór łowcy wiało na prosto na niego. Wracając do domu, stawiał opór narastającej sile wiatru i śniegu, który coraz dokładniej oblepiał całą jego postać. Posuwając się powoli do przodu, ledwo widząc drogę przed sobą, przypomniały mu się trasy dalekiej północy. Wyprawy na tereny, gdzie cały rok można było doświadczyć jedynie mrozów i wiatrów, które nie znały litości. Podróże te nie były najlepszymi, jakie miał, ale były bardzo dochodowe. Polowania na wielkie morskie stwory były ciężkie, wartość wypłat rekompensowała poświęcenia. Gdy był w niedużej odległości od domu, przypominały mu się również górskie przeprawy. Mówiąc to, spojrzał w kierunku oddalonych szczytów zasłoniętych w tym momencie śnieżną wichurą.  

– Tam też będzie trzeba się wybrać – powiedział do siebie, zasłaniając się jeszcze szczelniej pokrytą śniegiem peleryną.  

W końcu wszedł do domu. Rozłożył nowe nabytki na stole, a przemoczone ubranie powiesił w pobliżu świeżo rozpalonego paleniska.  

Popijając napar, oglądał kuszę, jednocześnie ustalając plan polowania na wilki. 

– Pora to przetestować – powiedział do siebie, uśmiechając się lekko. 


<C.D.N.> 

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 3

 Zima 1457  

Regis od kilku dni spędzał czas w domu, nie będąc w stanie z niego wyjść. Wysoka warstwa śniegu dalej nie pozwalała na swobodne przemieszczanie się, a niska temperatura dodatkowo przeszkadzała, jednak właśnie w niej łowca widział okazję.  Wierzchnia warstwa śniegu twardnieje, tworząc lodową powłokę, która jak miał nadzieję, niedługo nada się do przemieszczania; do tego czasu jednak zostało mu dalej siedzieć w zamknięciu i planować następne ruchy.  

Początkowo miał co robić. Stosy notatek wreszcie dostały kilka chwil uwagi, odłożone na później przedmioty przeszły oględziny, a drobne prace domowe w końcu zostały wykonane. Gospodarz chciał zrobić więcej, jednak cześć potrzebnych narzędzi i materiałów znajdowała się w niedużej dobudówce będącej schowkiem, do którego aktualnie nie miał możliwości się dostać.  

Siedział przy stole na dolnym piętrze od strony, którą nazywał kuchenną. Parter składał się z jednego dużego pomieszczenia w kształcie podobnym do nieproporcjonalnej litery “L”.  Duża ława; która z wielu powodów często bywała przesuwana; stała na złączeniu dwóch sekcji. Regis popijał napar z zebranych latem ziół, spoglądając w kominek. Podziwiał spektakl płomieni tańczących na kawałkach drewna, powoli zmieniających jego kolor w coraz to ciemniejszy. Nie martwił się, że zabraknie mu opału, zgromadził go w piwnicy wystarczające ilości, by jeszcze przez długi czas cieszyć się ciepłem wewnątrz domu. O wodę też nie miał co zawracać sobie głowy. Pobierał ją z roztopionego śniegu, zebranego przez okna pracowni. Nie była to szybka metoda, natomiast pewna jak i jedyna dostępna.  

Zbliżała się pora kolacji. Zszedł do piwnicy, gdzie odkroił kawałek z jednej z kilku zaczepionych o sufit dużych porcji zakonserwowanego mięsa. Wrócił z fragmentem, a wrzuciwszy go do resztki gęstej zupy z obiadu, zjadł. Prowiantu miał dużo w spiżarni i choć wiedział, że zebrał go wystarczającą ilość, by starczyło mu na bardzo długo, wolał go nadmiernie nie wykorzystywać. Zastanawiał się, w jakiej sytuacji są pozostali łowcy, których obóz w tych warunkach mógł mocno ucierpieć. Być może, gdy warunki pozwolą uda się do nich. Po skończonym posiłku wrócił na piętro, gdzie przez niezamknięte drzwi pracowni, ostatki dziennego światła oświetlały korytarz. Zmienił strój na nocny, po czym udał się na spoczynek. Wykorzystywał nadarzającą się okazje na sen, który w ciągu aktywnego roku często zarywał. Spoglądając w dalej ciemne, zasypane szyby zasnął, planując następnego dnia spróbować wyjść z czterech ścian i rozeznać się po okolicy.  


C.D.N.

8 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 1

Zima 1457 

Promiennie porannego słońca dawały ostry blask, nieprzyjemny dla oczu, wzmocniony dodatkowo przez odbicia spowodowane świeżym śniegiem. Biały puch pojawił się w nocy i przykrył większą część krajobrazu, ostały się jedynie ciemne sylwetki drzew i ściany miejskich budynków. Regis spoglądał na ten krajobraz zza delikatnie zaparowanych szyb. Szykował się do drogi. 

Kończył ubieranie swojego stroju. W okresie najzimniejszych miesięcy musiał dodać do niego kilka praktycznych elementów. Grubsze podszewki chroniły przed zimnem, tak samo jak futro w kolorze ciemnego szkarłatu, z możliwością doczepiona do kołnierza zbroi. Po przyszykowaniu się założył torbę, przewieszając ją na ukos po torsie, po czym oparł ją o prawy bok. Ulokował na niej swobodnie rękę. Zarzucił płaszcz i wyszedł z domu. Po zamknięciu drzwi chciał ruszyć w kierunku miasta, jednak śnieg spadający z dachu uformował dużą fałdę, której najpierw postanowił się pozbyć. Szybki ruch ręką i krótka inkantacja spowodowały falę uderzeniową, która pozbyła się zaspy. Mógł ruszać.  Droga była cała w śniegu a sztuczka wcześniej użyta, na tak długiej trasie nie wchodziła w grę. Padało całą noc, więc warstwa nie była najcieńsza.  Podróż finalnie zajęła mu więcej czasu niż zazwyczaj, jednak w końcu dotarł do miasta.  Szlaki w mieście nie były tak zaśnieżone, więc dalsze przemierzanie drogi było znacznie łatwiejsze. Dotarł w końcu na miejsce. Zajazd na rynku. Wszedł do środka. Pomimo położenia w centralnej części miasta lokal nie był tak zadbany jak można się było spodziewać, a klimat nie nastrajał optymistycznie, ale łowca nie przyszedł tu tym razem dla przyjemności tylko w interesach. Szedł prosto, przechodząc przez środek dużego pomieszczenia. Pora była wczesna więc wnętrze, było niemalże puste, ledwie kilka osób znajdowało się przy stolikach. W końcu podszedł do jednego ze stołów. Ława stała w kącie pomieszczenia i zasiadywała przy niej jedna osoba. Dorodny mężczyzna w grubym szaro-brunatnym futrze. Popijał piwo z kufla, a jego piana brudziła wielkiego zakręconego na końcach wąsa. Regis przysiadł się do stołu, siadając naprzeciwko klienta lokalu.  

– Witam. Ja w sprawie zlecenia. Podobno ma pan problem z wilkami – powiedział łowca 

– Witam pana. Ano jest taki problemik, ale zanim to, gdzie moje maniery – rozmówca wstał, przeczesał lekko kręcone jasne włosy na czubku głowy, podkręcił delikatnie bujnego wąsa, podał masywną rękę i powiedział – Pan przedstawiać się nie musi. Na pierwszy rzut oka każdy, kto choć trochę interesuje się sprawami okolicy, wie z kim ma tu odczynienia. Natomiast jam jest Innocenty. Właściciel niektórych ziem w okolicy, w tym części lasu w związku, z którym powstało zlecenie.  

W chwili zakończenia powitania przy stoliku pojawiła się kelnerka. Młoda bestia przypominająca łasice, z którą myśliwy miewał już często styczność, zaczęła mówić. 

–Dla przybyłego łowcy co podać? 

– Nic nie trze – nie zdążył jednak dokończyć 

– Proszę coś zamówić. Na mój koszt oczywiście – wtrącił drugi rozmówca 

– Kufel piwa. Takie samo jak zwykle – zarzucił Regis 

– Zaraz podam – powiedziała, po czym szybkim ruchem skierowała się w kierunku lady, pozostawiając za sobą tylko niewielki podmuch powietrza spowodowany szybko zarzuconym ogonem. 

– No to, na czym tam skończyliśmy, kontynuował zleceniodawca – wyraz twarzy jednak nie był już taki jak przed przerwaniem, a pojawił się lekki ślad pogardy. 

– Mieliśmy przejść do szczegółów zlecenia – powiedział szybko łowca.  

– A tak, oczywiście. Otóż na pewnej części leśnej, której niedawno stałem się właścicielem – wyciągnął za grubego futrzanego płaszcza zawiniątko. Po wyprostowaniu ukazała się napa okolicy – O tutaj – wskazał palcem jeden z fragmentów lasu położony kawałek drogi od miasta – grasują wilki. Pozbądź się ich.  

– A jak wygląda kwestia zapłaty? – spytał łowca widząc jednocześnie zbliżającą się obsługę 

– Oto pańskie piwo. Ciemne, lekko schłodzone, jak zazwyczaj – bestia położyła kufel przed łowcą, po czym tak jak poprzednim razem szybko ruszyła w innym kierunku 

– Cholerne futrzaki – burknął po cichu wąsacz, kierując te słowa w nieokreśloną przestrzeń. 

– W sensie wilki? –Regis delikatnie zadał pytanie, na które widocznie zmieszało klienta. 

– Tak...Tak, chodziło o wilki. Stwory nie dają mi spokoju – odpowiedział, chcąc urwać wątek. 

– To wracając do kwestii zapłaty. 

W ten na stole wylądowała sakiewka, której zawartość głośno brzęknęła. 

– Za stado wilków to nie wie.. – i tym razem nie dano mu dokończyć 

– To zaliczka, na powiedzmy owocną współpracę. Na dobrze wykonaną robotę nie będę szczędził – powiedział wąsacz z lekkim uśmiechem. 

– W takim razie wszystko jasne – odparł, po czym dokończył kufel z resztek złocistego trunku – Wrócę po skończeniu zlecenia. Miłego dnia – po tych słowach wstał i skierował się ku drzwiom, by opuścić lokal, musiał jednak chwile poczekać. 

Wraz z zimnym podmuchem do sali weszło kilku młodych ludzi. Chłopcy, niewyglądający na więcej niż dwadzieścia wiosen i na pewno na więcej się nie zachowywali.  Minęli łowcę, miny ich jednak na jego widok mocno zrzedły w porównaniu do chwili wcześniejszej. Stawiając nogę poza progiem przybytku, usłyszał kilka nieprzyjemnych opinii, kierowanych niby niespecjalnie, ale w taki sposób by doszły jednak jego uszu. Nie przejął się tym za bardzo, był przyzwyczajony do podobnych sytuacji. Miał na dodatek jeszcze coś do załatwienia u lokalnego kowala i na tym chciał się teraz skupić.  Po opuszczeniu lokalu okrył głowę kapturem, zaciągnął szczelniej futro wokół szyi i w lekko padającym śniegu ruszył w stronę kuźni. 


<C.D.N.> 

7 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 2

 Zima 1457  

Widząc dziwne zjawisko, udał się do pracowni. Pokój leżał naprzeciwko sypialni. Otwierając drzwi, ujrzał rozświetlone pomieszczenie. Okno, znajdujące na wprost wejścia, na przeciwległej ścianie, pomimo iż było całe pokryte śniegiem, przepuszczało światło i to znacznie więcej niż to z łazienki. Łowca znów udał się na dół. Tym razem zajrzał pozostałe szyby. Były ciemne, zasypane białym puchem. Chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, ruszył, w kierunku przejścia, aby wyjść na zewnątrz. Przekręcił zamek, po czym złapał za klamkę. Poruszył ją z trudem, a same drzwi drgnęły dopiero, po włożeniu w czynność siły. Gdy wrota zaczęły się uchylać, oczom Regisa ukazała się biała ściana, której fragmenty po trochy wsypywały się do środka. Zamknął wejście. Po krótkiej chwili był znów w pracowni, przestawiając przedmioty z zawalonego nimi blatu dużego biurka. Po uprzątnięciu wszedł na nie, chcąc uchylić okiennice. Zdał sobie sprawę, że został zasypany, chciał jednak sprawdzić, jak faktycznie wygląda sytuacja. Gdy rozwarł skrzydła, dotarł go wyjątkowo zimny, nawet jak na te rejony wiatr, a jego oczom ukazał się krajobraz, który przeszedł jakiekolwiek posiadane oczekiwania.  

Cała okolica została pokryta niepojętą grubością śniegu. Łowca gdzieniegdzie widział tylko czubki wysokich drzew, wyglądających jak samotne krzaki oraz w oddali wysokie budynki miasta. Opad sięgał wysoko. Gdy myśliwy wychylił się, zobaczył pobielony grubą warstwą, dach dobudówki będącej łaźnią i wysokie zaspy, których po jeszcze większym wyciągnięciu się za ramę, mógłby spokojnie dotknąć. Spoglądając na okrycie głównego budynku, dostrzegł kolejną białą powłokę. Wróciwszy do środka, zdecydował się sprawdzić, jak wygląda to z wyższej perspektywy. Przebrał się w odpowiednio gruby strój i zabrawszy kilka możliwie przydatnych przedmiotów, wrócił na poprzednie stanowisko. Kijem poruszył śnieg na najbliższym mu kawałku dachu, który zsuną się dużą kupą. Gdy miał wystarczająco oczyszczony skrawek pokrycia, przygotował się do wejścia na niego. Przez okno w jedną z zasp wyrzucił kawałek drewna.  Opał wbił się głęboko w głąb, a puch zasypał po nim jakikolwiek ślad.  

– Lepiej nie spaść – powiedział do siebie, patrząc w miejsce zniknięcia rzeczy.  

Złapał się, mocno podciągnął i szybkim ruchem zarzucił nogą, a następnie tułowiem na brzeg dachu. Gdy upewnił się co do stabilności, powoli zmienił pozycję. Stawiając pierwsze kroki, dziękował sobie w duchu, że zaledwie kilka dni temu odebrał od kowala metalowe nakładki, które po założeniu na buty dawały mu przyczepność na śliskiej nawierzchni. Ostrożnie stawiając krok za krokiem, dotarł na szczyt i łapiąc się komina, rozpoczął obserwacje okolicy. Nie licząc tego, co już wcześniej dojrzał oraz nowych fragmentów drzew, widział jedynie biel oraz zaspy, wskazujące, gdzie znajdować się powinny co wyższe elementy okolicy. Widok ten przypominał mu jedynie wyprawy na północ, gdzie warstwy lodu spoczywały cały rok. Gdy jego oczy zwróciły się w kierunku wejścia i przedniej ściany lokum, zobaczył wielką fałdę śniegu, całkowicie zakrywającą pół budynku. Jej ramiona sięgały na boki, jedynie wyższa partia tylnej części była choć trochę odsłonięta. Nie dostrzegając nic, co mogłoby mu pomóc w obecnej sytuacji, obrał kurs powrotny. Zszedł równie, a nawet bardziej ostrożnie. Osunął się, złapał krawędzi, po czym wskoczył z powrotem do budynku. Posprzątał po tym, co wpadło do wnętrza, rozpalił ogień i zapalając jedną z lamp, zasiadł przy stole w jadalni, zastanawiając się co dalej.


C.D.N.

Od Regisa "Drzwi pod ruiną" cz. 4

 Jesień 1457  

Z sufitu zwisały podobne żyrandole, do tych jakie łowca spotkał w poprzednim pomieszczeniu. Tym samym zaklęciem, jakiego użył wcześniej, rozświetlił i je. Pokój był duży, wręcz kilka razy większy od poprzedzającej go sali, w której Regis chwilę temu pozbył się strażnika. Posadzka wyłożona ciemnymi i jaśniejszymi płytami we wzór szachownicy. Kamienne ściany podpierane ceglanymi filarami, przedzielane dużymi pólkami i biblioteczkami. Dostrzec można było też duże stoły z wieloma przyrządami.  Na pozór wszystko wyglądało na podejrzanie w dobrym stanie, było to jednak złudne wrażenie. Wiele elementów było uszkodzonych, niektóre z pólek całkowicie odpadły. Sprzęt niekompletny lub w stanie nie do użytku. Mag, rozglądając się, dostrzegł dalszą część pomieszczenia, skrytą za zakrętem.  

Przechodząc pod kamiennym łukiem, wszedł do sali, której zawartości nie spotyka się na co dzień. Kilka dużych i wiele więcej mniejszych szklanych pojemników, pustych, lub częściowo wypełnionych, można by powiedzieć eksponatami. Pomimo iż nie dostrzegł od razu żadnego całego, którego zawartość byłaby nienaruszona, rozpoznawał znaleziska. Fragmenty różnych istot, mniejszych i większych. Zwierzęta w całości i takie w kawałkach. Na półkach duże ilości fiolek i wszelakich płynów. Jego największą uwagę zwróciły jednak duże komory, ustawione pod jedną ze ścian. Przez zbite szkło zaglądał do każdej z nich. W pierwszej znajdowało się stare truchło terrawita, a w drugiej harpii, której wysuszona głowa eksponowała wielki rozwarty dziób. W następnych dwóch, nieduże koszmary. Widoki nie należały do tych, na jakie chciano by trafić. Ostatnie cztery komory skrywały jednak największe zaskoczenie. Wysokie, ściemniałe truchło należało do człowieka, a w zbiorniku obok była lisia bestia, której nadgniła głowa wystawała przez zbite szkło. Łowca podszedł do ostatnich zbiorników, rozpoznanie zawartości nie przyszło mu z łatwością. Wykręcone, nadpalone ciała nie wyglądały znajomo. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to zdeformowane egzemplarze jakiś ze znalezionych już tu gatunków. Chwilę przyglądał się jeszcze, po czym zdecydował przeszukać resztę pracowni.  

Pomieszczenie było dobrze przygotowane do prac nad organizmami żywymi. Wiele mniejszych narzędzi jak skalpele czy kleszcze, mimo zaniedbania, dalej mogłyby kiedyś komuś się przysłużyć. Kilka dużych stołów ze śladami po operacjach, lampy na wysięgnikach, odpływy w podłodze, ktoś wiedział, co robi i był świetnie do przygotowany.  

Drugie pomieszczenie było widocznie „mniej praktyczne”. Półki na książki, mniejsza ilość dawnych przyborów. Łowca zaczął rozglądać się i szperać po każdej szafce i w każdym zakamarku.  

Zajęło mu to sporo czasu, odnalazł jednak kilka interesujących rzeczy. Książki o czarnej jak i białej magii, te o portalach, podręczniki mikstur alchemicznych, księga pełna praktycznych zaklęć i tom o oprzyrządowaniu, jakie już napotkał. Żadna nie była w wyśmienitym stanie, ale i tak były cennym znaleziskiem. W pierwszym pokoju złożył również każdy odczynnik w akceptowalnym stanie, jaki odnalazł oraz coś, co mogło okazać się najcenniejszym łupem. Głęboko w jednej z szaf odnalazł słój w stanie idealnym, a w środku tkanka, jak mu się zdawało koszmara, zalana w gęstej, żółtej cieczy. Miał przeczucie, że kiedyś może mu się przydać.  

Patrzył na znaleziska, spoglądając co jakiś czas na laboratorium, a po jego głowie snuły się różne myśli.  

– Laboratorium do prac nad organizmami i żadnej książki o biologii, ani chociaż jeden notatki. Znalezisk też nie jest wiele. Eksponaty zniszczone w pośpiechu, coś musiałoby zostać. Ktoś tu niedawno był i wszystko zabrał. Kim on był?  

Stał tak chwile w konsternacji. W końcu otrząsnął się jednak, po czym co mógł, spakował do plecaka. Zbliżając się do wyjścia, na podłodze zauważył skrawek pożółkłej kartki, a na nim fraza zaklęcia.  

– Przynajmniej kod dezaktywacji golemów zostawił. – Lekki ironiczny uśmiech zagoscił na jego twarzy. Po chwili żyrandole zostały magicznie zgaszone.  

Regis wychodząc, dostrzegł, że słońce zbliżało się do ledwo widocznej zza drzew linii horyzontu, a z chmur ponad nim, już od kilku ładnych chwil musiał padać śnieg. Zarzucił na głowę kaptur peleryny i po pobielonym leśnym runie udał się w podróż z powrotem do własnego domu.