Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

8 mar 2023

Od Nickolaia "Poślizg" cz. 1

 Zima 1457

Śnieżyca tylko się pogoszyła. Wczorajszy przedsmak w postaci porannego szronu i cienkiej warstwy śnieżnego puchu z nienacka przerodził się w białą bestię, wzrostowi dorównującą miejskim zabudowaniom. Jej nieskończony głód pochłąnął już krzewy i podrosty, w mroźny bezruch wprawił jeziora i ułożył do snu mieszkańców borów i łąk. Teraz ludzkie miasta i osady, jako ostatnie bastiony ciepła, desperacko opierają się srogiemu, i niepowstrzymanemu oblężeniu mrozu, powoli przeszywającego je do szpiku ich murowanych kości.

Nasz dzielny bohater, pojedynczy mężczyzna, strażnik miejski, siedzi we wschodniej wieżyczce bramy, wypatrując nieszczęśników którym umknęło narastające niebezpieczeństwo, i nie wrócili do swych mieszkań na czas. Jego jedynymi kompanami jest potężny kawałek futra, który skrupulatnie owija osobnika szczękającego zębami, płomień do połowy wypalonej świeczki, upornie stawiający czoła lodowatym podmuchom wpadającym przez wąskie okiennice, jak i butelka, już prawie pusta, której zawartość doprowadziła twarz dozorcy do koloru zbliżonemu tańczącemu ognikowi na biurku.

- Dlaczego… - zaczął biadolić strażnik - dałem się w to wrobić?! Podwójna stawka wasza mać! Do wieczora jedyne co ze mnie zostanie to sopel lodu! Muszę się przejść, zaraz mi stawy zamarzną…

Wreszcie, z nie lada wysiłkiem, wstał. Niestety, nie obyło się bez strat. Odużający eliksir, chodzący również pod nazwą „wódka”, ponownie zbiera żniwo. Smiałek zatoczył się, rąbnął bokiem w kant stołu i upuścił butelkę, która z trzaskiem rozbiła się na kamiennej posadzce, jej niewielka zawartość momentalnie zaczęła szukać azylu między szczelinami podłoża.

- Psiakrew... - mruknął w swojej niedoli.

Już brał przysiad by pozbierać odłamki zbitego szkła, gdy coś przykłuło jego uwagę. Na początku myślał, że to płatki, uporczywie starające się dobrać do jego oczu, płatają mu figle. Wszak wiadomo, że w śnieżycy zmysły są omamiane przez nieistniejące dźwięki i sylwetki, wszystko ku temu aby jeszcze niedoszły nieboszczyk wszedł w lodowatą paszczę bestii.

Lecz jego niepewność rozmyła się prędko; nigdy nie wątpił w swój wzrok. Trzynaście szarych plam powoli, lecz niestrudzenie, zbliżało się do bram miasta. Minęło dobre dziesięć minut nim piechurzy podeszli na odległość trzydziestu stóp od zamurowań. Wnet, spostrzegawcze, chodź lekko rozmazane, spojrzenie dozorcy mogło dokonać prawowitych oględzin tych nietypowych przybyszy.

Okazało się, że grube, popielate płaszcze skrywały metalowe pancerze, niekiedy połyskujące światłem odbijanym od śniegu. Nogi przyodziewali w grube buciory, specjalnie przystosowane do brodzenia w śniegu, a oręż mają zgrabnie schowany, sugerując, że są znacznie słabiej uzbrojeni niż było w rzeczywistości. Z pewnością nie były to byle żółtodzioby.

Ich doświadczenie dodatkowo zdradzał szyk, nieskazitelnie ułożona formacja i miarowy marsz, w którym, mimo niesprzyżających warunków, każdy krok był jednolity, i nawet pobrzękiwanie płyt zbrój biło w jednakowym rytmie, dając iluzje, że nie nadchodzi tuzin wojaków, lecz jakiś gigant - ostatni etap natarcia ziomowego okupanta, mający na celu zgruchotać ostatnie ostoje ciepła.

Gdy zapukali do wrót, zaniepokojony klawisz wychylił się ze swojej wieżyczki.

- Ktoście są?! Czego tu?! - warknął.

- Lazurowy Sztandar; pododdział drugi, pod dowódctwem Nickolaia z Hythe, działający w imieniu Jego Królewskiej Mości. Otwieraj wrota, pijaczyno. - odezwała się postać wychodząca przed szereg.

- Waszmość wybaczy, ale żadnego sztandaru tu nie widzę... Ponadto, brama jest zasypana do połowy z obu stron. Ani drgnie, chodźbym zwołał tu tuzin chłopa!

- Masz dwie minuty. Wy; - rozkazał, obróciwszy się na pięcie - wyciągać topory!


<C.D.N.>

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 1

Zima 1457 

Promiennie porannego słońca dawały ostry blask, nieprzyjemny dla oczu, wzmocniony dodatkowo przez odbicia spowodowane świeżym śniegiem. Biały puch pojawił się w nocy i przykrył większą część krajobrazu, ostały się jedynie ciemne sylwetki drzew i ściany miejskich budynków. Regis spoglądał na ten krajobraz zza delikatnie zaparowanych szyb. Szykował się do drogi. 

Kończył ubieranie swojego stroju. W okresie najzimniejszych miesięcy musiał dodać do niego kilka praktycznych elementów. Grubsze podszewki chroniły przed zimnem, tak samo jak futro w kolorze ciemnego szkarłatu, z możliwością doczepiona do kołnierza zbroi. Po przyszykowaniu się założył torbę, przewieszając ją na ukos po torsie, po czym oparł ją o prawy bok. Ulokował na niej swobodnie rękę. Zarzucił płaszcz i wyszedł z domu. Po zamknięciu drzwi chciał ruszyć w kierunku miasta, jednak śnieg spadający z dachu uformował dużą fałdę, której najpierw postanowił się pozbyć. Szybki ruch ręką i krótka inkantacja spowodowały falę uderzeniową, która pozbyła się zaspy. Mógł ruszać.  Droga była cała w śniegu a sztuczka wcześniej użyta, na tak długiej trasie nie wchodziła w grę. Padało całą noc, więc warstwa nie była najcieńsza.  Podróż finalnie zajęła mu więcej czasu niż zazwyczaj, jednak w końcu dotarł do miasta.  Szlaki w mieście nie były tak zaśnieżone, więc dalsze przemierzanie drogi było znacznie łatwiejsze. Dotarł w końcu na miejsce. Zajazd na rynku. Wszedł do środka. Pomimo położenia w centralnej części miasta lokal nie był tak zadbany jak można się było spodziewać, a klimat nie nastrajał optymistycznie, ale łowca nie przyszedł tu tym razem dla przyjemności tylko w interesach. Szedł prosto, przechodząc przez środek dużego pomieszczenia. Pora była wczesna więc wnętrze, było niemalże puste, ledwie kilka osób znajdowało się przy stolikach. W końcu podszedł do jednego ze stołów. Ława stała w kącie pomieszczenia i zasiadywała przy niej jedna osoba. Dorodny mężczyzna w grubym szaro-brunatnym futrze. Popijał piwo z kufla, a jego piana brudziła wielkiego zakręconego na końcach wąsa. Regis przysiadł się do stołu, siadając naprzeciwko klienta lokalu.  

– Witam. Ja w sprawie zlecenia. Podobno ma pan problem z wilkami – powiedział łowca 

– Witam pana. Ano jest taki problemik, ale zanim to, gdzie moje maniery – rozmówca wstał, przeczesał lekko kręcone jasne włosy na czubku głowy, podkręcił delikatnie bujnego wąsa, podał masywną rękę i powiedział – Pan przedstawiać się nie musi. Na pierwszy rzut oka każdy, kto choć trochę interesuje się sprawami okolicy, wie z kim ma tu odczynienia. Natomiast jam jest Innocenty. Właściciel niektórych ziem w okolicy, w tym części lasu w związku, z którym powstało zlecenie.  

W chwili zakończenia powitania przy stoliku pojawiła się kelnerka. Młoda bestia przypominająca łasice, z którą myśliwy miewał już często styczność, zaczęła mówić. 

–Dla przybyłego łowcy co podać? 

– Nic nie trze – nie zdążył jednak dokończyć 

– Proszę coś zamówić. Na mój koszt oczywiście – wtrącił drugi rozmówca 

– Kufel piwa. Takie samo jak zwykle – zarzucił Regis 

– Zaraz podam – powiedziała, po czym szybkim ruchem skierowała się w kierunku lady, pozostawiając za sobą tylko niewielki podmuch powietrza spowodowany szybko zarzuconym ogonem. 

– No to, na czym tam skończyliśmy, kontynuował zleceniodawca – wyraz twarzy jednak nie był już taki jak przed przerwaniem, a pojawił się lekki ślad pogardy. 

– Mieliśmy przejść do szczegółów zlecenia – powiedział szybko łowca.  

– A tak, oczywiście. Otóż na pewnej części leśnej, której niedawno stałem się właścicielem – wyciągnął za grubego futrzanego płaszcza zawiniątko. Po wyprostowaniu ukazała się napa okolicy – O tutaj – wskazał palcem jeden z fragmentów lasu położony kawałek drogi od miasta – grasują wilki. Pozbądź się ich.  

– A jak wygląda kwestia zapłaty? – spytał łowca widząc jednocześnie zbliżającą się obsługę 

– Oto pańskie piwo. Ciemne, lekko schłodzone, jak zazwyczaj – bestia położyła kufel przed łowcą, po czym tak jak poprzednim razem szybko ruszyła w innym kierunku 

– Cholerne futrzaki – burknął po cichu wąsacz, kierując te słowa w nieokreśloną przestrzeń. 

– W sensie wilki? –Regis delikatnie zadał pytanie, na które widocznie zmieszało klienta. 

– Tak...Tak, chodziło o wilki. Stwory nie dają mi spokoju – odpowiedział, chcąc urwać wątek. 

– To wracając do kwestii zapłaty. 

W ten na stole wylądowała sakiewka, której zawartość głośno brzęknęła. 

– Za stado wilków to nie wie.. – i tym razem nie dano mu dokończyć 

– To zaliczka, na powiedzmy owocną współpracę. Na dobrze wykonaną robotę nie będę szczędził – powiedział wąsacz z lekkim uśmiechem. 

– W takim razie wszystko jasne – odparł, po czym dokończył kufel z resztek złocistego trunku – Wrócę po skończeniu zlecenia. Miłego dnia – po tych słowach wstał i skierował się ku drzwiom, by opuścić lokal, musiał jednak chwile poczekać. 

Wraz z zimnym podmuchem do sali weszło kilku młodych ludzi. Chłopcy, niewyglądający na więcej niż dwadzieścia wiosen i na pewno na więcej się nie zachowywali.  Minęli łowcę, miny ich jednak na jego widok mocno zrzedły w porównaniu do chwili wcześniejszej. Stawiając nogę poza progiem przybytku, usłyszał kilka nieprzyjemnych opinii, kierowanych niby niespecjalnie, ale w taki sposób by doszły jednak jego uszu. Nie przejął się tym za bardzo, był przyzwyczajony do podobnych sytuacji. Miał na dodatek jeszcze coś do załatwienia u lokalnego kowala i na tym chciał się teraz skupić.  Po opuszczeniu lokalu okrył głowę kapturem, zaciągnął szczelniej futro wokół szyi i w lekko padającym śniegu ruszył w stronę kuźni. 


<C.D.N.> 

7 mar 2023

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 2

 Zima 1457  

Widząc dziwne zjawisko, udał się do pracowni. Pokój leżał naprzeciwko sypialni. Otwierając drzwi, ujrzał rozświetlone pomieszczenie. Okno, znajdujące na wprost wejścia, na przeciwległej ścianie, pomimo iż było całe pokryte śniegiem, przepuszczało światło i to znacznie więcej niż to z łazienki. Łowca znów udał się na dół. Tym razem zajrzał pozostałe szyby. Były ciemne, zasypane białym puchem. Chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, ruszył, w kierunku przejścia, aby wyjść na zewnątrz. Przekręcił zamek, po czym złapał za klamkę. Poruszył ją z trudem, a same drzwi drgnęły dopiero, po włożeniu w czynność siły. Gdy wrota zaczęły się uchylać, oczom Regisa ukazała się biała ściana, której fragmenty po trochy wsypywały się do środka. Zamknął wejście. Po krótkiej chwili był znów w pracowni, przestawiając przedmioty z zawalonego nimi blatu dużego biurka. Po uprzątnięciu wszedł na nie, chcąc uchylić okiennice. Zdał sobie sprawę, że został zasypany, chciał jednak sprawdzić, jak faktycznie wygląda sytuacja. Gdy rozwarł skrzydła, dotarł go wyjątkowo zimny, nawet jak na te rejony wiatr, a jego oczom ukazał się krajobraz, który przeszedł jakiekolwiek posiadane oczekiwania.  

Cała okolica została pokryta niepojętą grubością śniegu. Łowca gdzieniegdzie widział tylko czubki wysokich drzew, wyglądających jak samotne krzaki oraz w oddali wysokie budynki miasta. Opad sięgał wysoko. Gdy myśliwy wychylił się, zobaczył pobielony grubą warstwą, dach dobudówki będącej łaźnią i wysokie zaspy, których po jeszcze większym wyciągnięciu się za ramę, mógłby spokojnie dotknąć. Spoglądając na okrycie głównego budynku, dostrzegł kolejną białą powłokę. Wróciwszy do środka, zdecydował się sprawdzić, jak wygląda to z wyższej perspektywy. Przebrał się w odpowiednio gruby strój i zabrawszy kilka możliwie przydatnych przedmiotów, wrócił na poprzednie stanowisko. Kijem poruszył śnieg na najbliższym mu kawałku dachu, który zsuną się dużą kupą. Gdy miał wystarczająco oczyszczony skrawek pokrycia, przygotował się do wejścia na niego. Przez okno w jedną z zasp wyrzucił kawałek drewna.  Opał wbił się głęboko w głąb, a puch zasypał po nim jakikolwiek ślad.  

– Lepiej nie spaść – powiedział do siebie, patrząc w miejsce zniknięcia rzeczy.  

Złapał się, mocno podciągnął i szybkim ruchem zarzucił nogą, a następnie tułowiem na brzeg dachu. Gdy upewnił się co do stabilności, powoli zmienił pozycję. Stawiając pierwsze kroki, dziękował sobie w duchu, że zaledwie kilka dni temu odebrał od kowala metalowe nakładki, które po założeniu na buty dawały mu przyczepność na śliskiej nawierzchni. Ostrożnie stawiając krok za krokiem, dotarł na szczyt i łapiąc się komina, rozpoczął obserwacje okolicy. Nie licząc tego, co już wcześniej dojrzał oraz nowych fragmentów drzew, widział jedynie biel oraz zaspy, wskazujące, gdzie znajdować się powinny co wyższe elementy okolicy. Widok ten przypominał mu jedynie wyprawy na północ, gdzie warstwy lodu spoczywały cały rok. Gdy jego oczy zwróciły się w kierunku wejścia i przedniej ściany lokum, zobaczył wielką fałdę śniegu, całkowicie zakrywającą pół budynku. Jej ramiona sięgały na boki, jedynie wyższa partia tylnej części była choć trochę odsłonięta. Nie dostrzegając nic, co mogłoby mu pomóc w obecnej sytuacji, obrał kurs powrotny. Zszedł równie, a nawet bardziej ostrożnie. Osunął się, złapał krawędzi, po czym wskoczył z powrotem do budynku. Posprzątał po tym, co wpadło do wnętrza, rozpalił ogień i zapalając jedną z lamp, zasiadł przy stole w jadalni, zastanawiając się co dalej.


C.D.N.

Od Regisa "Drzwi pod ruiną" cz. 4

 Jesień 1457  

Z sufitu zwisały podobne żyrandole, do tych jakie łowca spotkał w poprzednim pomieszczeniu. Tym samym zaklęciem, jakiego użył wcześniej, rozświetlił i je. Pokój był duży, wręcz kilka razy większy od poprzedzającej go sali, w której Regis chwilę temu pozbył się strażnika. Posadzka wyłożona ciemnymi i jaśniejszymi płytami we wzór szachownicy. Kamienne ściany podpierane ceglanymi filarami, przedzielane dużymi pólkami i biblioteczkami. Dostrzec można było też duże stoły z wieloma przyrządami.  Na pozór wszystko wyglądało na podejrzanie w dobrym stanie, było to jednak złudne wrażenie. Wiele elementów było uszkodzonych, niektóre z pólek całkowicie odpadły. Sprzęt niekompletny lub w stanie nie do użytku. Mag, rozglądając się, dostrzegł dalszą część pomieszczenia, skrytą za zakrętem.  

Przechodząc pod kamiennym łukiem, wszedł do sali, której zawartości nie spotyka się na co dzień. Kilka dużych i wiele więcej mniejszych szklanych pojemników, pustych, lub częściowo wypełnionych, można by powiedzieć eksponatami. Pomimo iż nie dostrzegł od razu żadnego całego, którego zawartość byłaby nienaruszona, rozpoznawał znaleziska. Fragmenty różnych istot, mniejszych i większych. Zwierzęta w całości i takie w kawałkach. Na półkach duże ilości fiolek i wszelakich płynów. Jego największą uwagę zwróciły jednak duże komory, ustawione pod jedną ze ścian. Przez zbite szkło zaglądał do każdej z nich. W pierwszej znajdowało się stare truchło terrawita, a w drugiej harpii, której wysuszona głowa eksponowała wielki rozwarty dziób. W następnych dwóch, nieduże koszmary. Widoki nie należały do tych, na jakie chciano by trafić. Ostatnie cztery komory skrywały jednak największe zaskoczenie. Wysokie, ściemniałe truchło należało do człowieka, a w zbiorniku obok była lisia bestia, której nadgniła głowa wystawała przez zbite szkło. Łowca podszedł do ostatnich zbiorników, rozpoznanie zawartości nie przyszło mu z łatwością. Wykręcone, nadpalone ciała nie wyglądały znajomo. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to zdeformowane egzemplarze jakiś ze znalezionych już tu gatunków. Chwilę przyglądał się jeszcze, po czym zdecydował przeszukać resztę pracowni.  

Pomieszczenie było dobrze przygotowane do prac nad organizmami żywymi. Wiele mniejszych narzędzi jak skalpele czy kleszcze, mimo zaniedbania, dalej mogłyby kiedyś komuś się przysłużyć. Kilka dużych stołów ze śladami po operacjach, lampy na wysięgnikach, odpływy w podłodze, ktoś wiedział, co robi i był świetnie do przygotowany.  

Drugie pomieszczenie było widocznie „mniej praktyczne”. Półki na książki, mniejsza ilość dawnych przyborów. Łowca zaczął rozglądać się i szperać po każdej szafce i w każdym zakamarku.  

Zajęło mu to sporo czasu, odnalazł jednak kilka interesujących rzeczy. Książki o czarnej jak i białej magii, te o portalach, podręczniki mikstur alchemicznych, księga pełna praktycznych zaklęć i tom o oprzyrządowaniu, jakie już napotkał. Żadna nie była w wyśmienitym stanie, ale i tak były cennym znaleziskiem. W pierwszym pokoju złożył również każdy odczynnik w akceptowalnym stanie, jaki odnalazł oraz coś, co mogło okazać się najcenniejszym łupem. Głęboko w jednej z szaf odnalazł słój w stanie idealnym, a w środku tkanka, jak mu się zdawało koszmara, zalana w gęstej, żółtej cieczy. Miał przeczucie, że kiedyś może mu się przydać.  

Patrzył na znaleziska, spoglądając co jakiś czas na laboratorium, a po jego głowie snuły się różne myśli.  

– Laboratorium do prac nad organizmami i żadnej książki o biologii, ani chociaż jeden notatki. Znalezisk też nie jest wiele. Eksponaty zniszczone w pośpiechu, coś musiałoby zostać. Ktoś tu niedawno był i wszystko zabrał. Kim on był?  

Stał tak chwile w konsternacji. W końcu otrząsnął się jednak, po czym co mógł, spakował do plecaka. Zbliżając się do wyjścia, na podłodze zauważył skrawek pożółkłej kartki, a na nim fraza zaklęcia.  

– Przynajmniej kod dezaktywacji golemów zostawił. – Lekki ironiczny uśmiech zagoscił na jego twarzy. Po chwili żyrandole zostały magicznie zgaszone.  

Regis wychodząc, dostrzegł, że słońce zbliżało się do ledwo widocznej zza drzew linii horyzontu, a z chmur ponad nim, już od kilku ładnych chwil musiał padać śnieg. Zarzucił na głowę kaptur peleryny i po pobielonym leśnym runie udał się w podróż z powrotem do własnego domu. 

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 1

 Zima 1457

Chłodny wiatr muskał skórę twarzy łowcy, pracującego pod gałęziami starej jabłoni. Miejsce niezmiennie od przybycia tu, służyło mu wraz ze starym pniakiem do rąbania drewna. Co kilka krótkich chwil rozchodził się dźwięk ustępujących pod naporem stalowego narzędzia, wysuszonych kawałków drewna. Regis miał ich już dużo przygotowanych, wolał być jednak pewny, że na pewno ich nie zabraknie, gdy będą mu potrzebne w trakcie chłodnej zimy. Delikatny śnieg padał cały czas, pobłyskując srebrzystymi odbiciami światła słonecznego. Gdy cała ziemia dookoła pokryła się już cienką warstwą puchu, a słońce prawie całkowicie zaszło za widnokrąg, myśliwy skończył rąbanie. Wszystkie kawałki zaniósł do domu, układając część na stosie przy kominku, a resztę zrzucając na przygotowaną już wcześniej dużą kupę podobnych klocków w piwnicy.  

Wyszedł jeszcze, by wrócić po niedługim czasie z dwoma wiadrami wody, zaczerpniętej z przydomowej studni. Przelał je do misy w pomieszczeniu, które można był nazywać swoistą łazienką. Nieduży pokój z podłogą wyłożoną jasnymi płytkami i ścianami pokrytymi do połowy wypaloną gliną w kolorze jasno-szarym. Stosunkowo niedawno łowca przywrócił je dopiero do stanu nadającego się do używania, choć jeszcze wiele prac było do wykonania. Wejście znajdowało się na ścianie, prostopadłej do tej, w której były drzwi prowadzące do piwnicy. Po lewej od wejścia, nieduże specjalne palenisko, na którym spoczywał właśnie zbiornik, wypełniony już grzejąca się powoli wodą. Po prawej miejsce, na stojącą tam kiedyś szafkę, teraz spoczywał tam jednak prowizoryczny stolik. Na końcu, oprócz niedokończonych jeszcze elementów, była jasnoszara wanna. Duże okno po przeciwległej względem wejścia ścianie, pod wysokim sufitem, widniało okrągłe okno z kawałków mlecznej szyby i błękitnym środku, które rozświetlało pomieszczenie, przez wpadający przez niego słoneczny blask. Wieczorami, Łowca zapalał jednak lampy i podwieszał, na chwytakach przy stropie.

Gdy woda była już dość ciepła, wlał ją do kadzi i rozebrawszy się, wszedł do niej. Szybko oczyścił swe pokryte wieloma bliznami ciało, po czym przebrał się w materiałową nocną koszulę i wykonane z podobnego materiału spodnie. Dorzucił kilka kawałków drewna do głównego ognia w domu, po czym udał się na piętro, obierając jako kierunek swą sypialnię. Nieduży pokój służył mu praktycznie tylko i wyłącznie do spania, to mu jednak wystarczało. Było w nim ciepło, dzięki kominowi, który był częścią jednej ze ścian. Regis położył się, mógł spać spokojnie. Przygotował się na zimę, gromadząc jedzenie, drewno i jak mógł, przygotowując dom. W trakcie rozmyślań nad planami na następne dni zasnął, pozwalając ciału odpocząć.

Gdy się obudził, spotkał się dopiero z pierwszymi promykami, które ledwo dawały o sobie znać spod warstwy śniegu, który zakleiła szyby. Chłód rozprzestrzenił się po domostwie, potęgując nieprzyjemne poranne uczucie. Zaspany łowca wstał i powolnym krokiem udał się na dół, by przyrządzić śniadanie i rozpalić w piecu. Przed tymi czynnościami jednak zdecydował się zabrać odłożone w dniu poprzednim ubranie z łazienki i przebrać się w nie. Wszedł do umywalni i zdejmując nocną koszulę, spojrzał w okno, z którego rozproszone ostre światło podrażniło jego jeszcze zaspane oczy. Zakładając dalej roboczy strój, zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Znów spojrzał na szyby, a następnie pośpiesznie udał się z powrotem do sypialni, którą rozświetlały nieznacznie tylko lekko przechodzące promyki.  

– Co jest? – powiedział do siebie.  


C.D.N. 

6 mar 2023

Od Silvany "Barwy przeszłości" cz. 3

Jesień 1457

 Silvana nie miała już siły ukrywać drżenia swoich mięśni i ziewnięć. Oparta łokciem o blat niewielkiego stolika w minimalistycznej kuchni pana Midoffa, z głową podpartą na dłoni, patrzyła pustym wzrokiem w przestrzeń za plecami starszego mężczyzny. Ku jej zdziwieniu, pan Midoff bardzo szybko polubił Silvanę. Na tyle, że po kilku minutach zażyłej opowieści na ławce postanowił zaprosić marznącą dziewczynę do domu.

Zaświeciłaby jej się czerwona lampka gdyby nie notatki, które zrobiła przed spotkaniem. Zgodziła się, bowiem wiedziała, że w drzwiach przywita ją zrzędliwa, ale i bardzo gościnna, pulchna kobieta. Pani Midoff, po tym jak nawrzeszczała na męża za przesiadywanie do późna i przyprowadzanie obcych, młodych, pięknych dziewek, ugościła Silvę w swojej kuchni, oferując ciepły posiłek. Po kilku nieudanych próbach odmowy, ostatecznie zgodziła się coś przekąsić, podczas gdy pan Midoff ze szczegółami opisywał jej czasy swojej młodości.

Wiedziała, gdzieś w głębi swojego rozsądku, że powinna przerwać mężczyźnie jego opowieści, które ciągną się już którąś godzinę. Z drugiej strony, zbyt wiele czasu zajęło Silvanie przekonanie pana Midoffa do przekazania tych cennych informacji. Mało tego, jest to jedyna osoba która znała dalszych krewnych Silvany i zgodziła się coś na ich temat opowiedzieć.

Paradoksalnie, jej „kłapiąca dziobami” rodzinka pewne tematy związane z Ronikovami uznaje za taboo. W tym historię o ostatnich mistrzach architektury i budownictwa, którzy postanowili nagle, z nieznanych powodów, zerwać z tą tradycją i opuścić Birme raz na zawsze, na długo przed narodzinami Silvany.

Dlatego Silva siedzi teraz przy tym przeklęty blacie kuchennym i stara się z całych sił skupić na tym, co przekazuje jej pan Midoff. W porównaniu do niej, staruszek jakby nie odczuwał późnej godziny, z niezmienną energią opisując kolejne wydarzenia przeżyte wiele lat temu w Birme.

Dopiero gdy mężczyzna, narzekając na zdarte gardło i obolałe mięśnie, wstał po szklankę wody, Silvana spostrzegła pierwsze promienie słońca wdzierające się przez okna do przedpokoju. Na ten widok jeszcze mocniej poczuła ogarniające ją zmęczenie, rozważając opcję ucięcia sobie małej drzemki na tym urzekającym i jakże wygodnym w tej chwili blacie. Midoff najwidoczniej doszedł do podobnego wniosku co Silvana, ziewając na cały głos.

– No, skoro już tu wysiedziałaś całą noc to poczekajta jeszcze chwilę. – zwrócił się do Silvy, zasiadając z powrotem na swoje miejsce naprzeciwko niej. Jego głos był teraz wyraźnie zachrypnięty, mimo to oczy wydawały się promieniować witalnością. – Moja żonka już się krząta po pokoju, zaraz przyjdzie coś upichcić na śniadanie. Zjesz no trochę, żebyś potem nie spadła z tego wielkiego ogiera jak mój świętej pamięci pradziad, co to zawsze o pustym żołądku po polu jeździł, aż zemdlał i się potrzaskał.

Czując, że zapowiada się na kolejną historię, Silvana posłała starszemu panu wdzięczny uśmiech, po czym ułożyła się wygodniej na krześle, kładąc głowę na rękach.

Minęły jeszcze dobre dwie godziny nim kobieta opuściła dom państwa Midoff. Zmęczona, obolała od niewygodnego krzesła, ale też najedzona i przesiąknięta informacjami. Wróciła do Lambo, wiernie czekającego prawie w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Powitawszy się z nim, niezgrabnie wdrapała się na jego grzbiet, dwukrotnie granicząc z upadkiem na glebę po drugiej stronie konia. Po kilkunastu minutach zebrała w końcu siły by sięgnąć za lejce i spokojnym stępem udać się w kierunku Karczmy Starej Wiedźmy. Tam Silvana będzie mogła przelać całą uzyskaną tej nocy wiedzę na kartki swojego grubego dziennika. Oh, i oczywiście będzie mogła się wyspać.

Powolnym tempem zmierzając do celu, Silva objęła szyję Lambo, praktycznie się na nim kładąc. Melodia niesiona przez wiatr i przyjemne kołysanie jej konia naprawdę kusiły Silvanę do zamknięcia oczu, chociażby na moment, żeby tylko zregenerować siły... 

Uśmiechnęła się mimowolnie. Lepiej żeby teraz nie zasnęła, w przeciwnym razie skończy jak „świętej pamięci pradziad” pana Midoffa, co to spadł z konia i się potrzaskał. 


<C.D.N.>

Od Regisa "Drzwi pod Ruiną" cz. 3

 Jesień 1457  

Golem, swymi długimi, ostro zakończonymi rękoma próbował trafić Regisa, ten jednak po kilku zwinnych unikach wydostał się poza jego zasięg. Twór był silny, lecz brakowało mu szybkości. Po kilku podobnych manewrach łowca miał plan. Dostrzegł luki między płytami, które ukazywały dostęp do rdzenia. Gdy kamienna kończyna znów zmierzał w cel, ten uchylił się i kilkoma szybkimi krokami zbliżył do tułowia bestii.  Zebrał siłę magiczną, po czym skierował jej uderzenie w jeden z fragmentów chroniących wnętrze. Płyta pękła, człowiek nie zdążył jednak nic zrobić z tym faktem. Druga z górnych kończyn, napędzona obrotem tułowia uderzyła maga. Zaklęcie ochronne zadziałało, a po pomieszczeniu rozeszła się fala, rozświetlając je jednocześnie żółtawą poświatą. Obydwie postacie zachwiały się, a ze stropu odpadło kilka mniejszych okruchów skał. Nie minęło kilka chwil, a przeciwnicy znów stanęli naprzeciwko siebie. Kolejny atak istoty został tym razem przyjęty za pomocą miecza, po którym ostre zakończenie ręki ześlizgnęło się, a drugi ruch, został w podobny sposób odbity. Serce stwora było odsłonięte. Gdy ten uniósł kończyny, szykując widocznie silny atak, Regis zebrawszy energię, pierwszy wykonał cios, rzucając zaklęcie kinetyczne, a następnie w rdzeń zachwianego przeciwnika, między szczeliny płyt wbił ostrze, rozłupując rdzeń. Figura rozsypała się, tworząc kolejną kupę gruzu. Łowca schował miecz, po czym udał się do następnych wrót.  

Mocnym pchnięciem poruszył skrzydła wejścia. Magicznie oświetlił pokój, a jego oczom ukazał się widok obszernej pracowni.  


C.D.N.