Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

12 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 5

 Zima 1457  

Nie śpieszyło mu się. Gdy widział już dno kufla, dał znać obsłudze. Ta sama młoda kobieta co wcześniej podeszła do stolika.  

– Podać coś?  

– Piwo, tym razem jasne. Jest jakieś?  

– Tak, mamy oczywiście. Zaraz podam.  

Po tych słowach ruszyła w stronę lady. Łowca nie widział nikogo innego z obsługi. Musiała być dzisiaj sama. Było ledwo po południu, a do dnia odpoczynku mieszkańców jeszcze trochę zostało. W lokalu nie było wielu ludzi, więc jedna osoba w zupełności wystarczała. Po krótkiej chwili wróciła, niosąc pełny kufel.    

– Oto zamówienie – odłożyła naczynie, po czym zabrała ze stołu poprzednie już puste i przygotowane na zapłatę monety.    

Siedział tak, popijając trunek. Od pożegnania się z wąsaczem nie zmienił miejsca, więc widoków zbyt wielu nie miał. Spoglądał to na kurz i bród, to na krzątającą się barmankę. Miała mniej niż dwadzieścia pięć wiosen. Blond włosy lekko falując, sięgały jej nieco za łopatki. Z przodu lekko powyżej czoła nałożoną miała opaskę chroniącą jej oczy przed frywolnymi kosmykami. Bladą cerę delikatnie oświetlał blask podwieszonej nad blatem lampy. Ciepłe światło ukazywały delikatne rysy twarzy, nie pozwalał jednak określić koloru oczu, odbijając się jak od nich jak od szkiełek. Strój nie był wyrafinowany. Biała sukienka sięgająca, z tego, co łowca zauważył, gdy dama przemierzała pomieszczenie, nieco poniżej połowy łydek z narzuconą na nią rozpiętą kurtką. Skórzany fartuch związany luźno zwisał z przodu, zasłaniając przednią cześć tułowia.  

Siedział tak spokojnie, obserwując wszystko, co wpadnie mu w oko.

Czas powoli mijał. Chwile te miały jednak niedługo się skończyć. Kilka ław za nim głosy stawały się coraz głośniejsze. Młodzieńcy mieli coraz żywsze dyskusje. Pił nie zwracając na to uwagi, jednak do momentu. 

– Te, to ten wielki łowczyk – zaczął jeden z siedzących przy głośnej ławie – kilka dużych piesków zabił i co!? Wielki Łowca! Rzeźnik! – kontynuował widocznie wzburzony – Ci za miastem w namiotach też takie chojraki?!  

Regis nie reagował. Nie było sensu odpowiadać pijanym i tak by nie słuchali. Nie chcieli. Mieli swoje zdania i nie byli skorzy do ich zmiany.    

– I co? Nie odpowiesz. Wielki i ważny. Wilki pokonane. phiii. Sam bym tak umiał. A teraz siedzi poważny. I z czego ta kurteczka. Czerwone futerko. He he, Z czego to? Inny wilczek farbowany, a może zajączek?  

– Wyverna – rzucił krótko  

– Co tam mamroczesz?  

– To, jak to nazwałeś futerko, pochodzi od Wyverny Szkarłatnej. Wiesz, taka latająca jaszczurka zabita przeze mnie w górach, których nazwa i tak nic ci nie powie. Z nią też dałbyś sobie radę? – zapytał spokojnie, odkładając pusty kufel i powoli szykując się do drogi powrotnej – Może będziesz miał okazję, zdarzają się na tych terenach.  

Młodzieniec stał. Nie wyglądał na takiego, co wiedziałby, jak odpowiedzieć.  

– W sumie lubię takich jak ty. Pewni siebie idą walczyć z potworami. Młodzi w pięknych nowych strojach, a potem ich resztki stają się pokarmem dla młodych poczwar. Ale dzięki temu mam pracę. A i stwór zabijający ludzi jest więcej wart – mówił, powoli idąc w stronę rozmówcy – chcesz walczyć z bestiami, proszę bardzo. Ciekawe, kiedy natrafię na twoje zwłoki, ale zanim to, naucz się mówić, bo coś słów ci zabrakło – podszedł do chłopaka. Ten stał, nic nie mówił. Reszta jego kompani wpatrzona była w pełnym skupieniu na całą sytuację. Milczeli. Łowca stanął przed nim na kilka sekund, po czym kontynuował chód do drzwi.    

Po otwarciu wrót przywitał go mroźny, przeszywający powiew niosący ze sobą chmarę płatków śniegu. Na zewnątrz trwała zawieja. Rzeźnik otulił się szczelnie peleryną, nałożył kaptur i ruszył w drogę powrotną, znikając po ledwie kilku krokach, w odmętach białych pędzących w powietrzu płatków. Z wnętrza karczmy inaczej jak poprzednim razem nie dobywały się już żadne słowa. 

11 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 4

 Zima 1457 

Słońce już dawno promieniało ponad horyzontem. Było w okolicy południa, mimo to dzienna gwiazda nie znajdowała się wysoko na niebie. Zima przynosiła nie tylko chłód, ale i niewiele czasu na nacieszenie się ostrymi promieniami światła, które, choć odrobinę ogrzewały zmarzniętą skórę.  Łowca był już w mieście. Zmierzał na rynek, by rozliczyć się za wykonane zlecenie. Na centralnym placu miasta, mimo panującej pory roku znaleźć można było sporo ludzi. Ludzie poubierani w grube kurtki i płaszcze, z głowami zakrytymi przeróżnymi nakryciami chroniącymi przed mrozem i wiatrami załatwiali swoje codzienne sprawy. Mimo śniegu oblepiającego większość okolicy, drogi skweru były dość dobrze widoczne przez przechadzające się osoby. Wydeptane ścieżki ułatwiały poruszanie się, mimo to z powodów niskich temperatur możliwość poślizgnięcia się była wysoka, a niektóre ślady na śniegu koło oblodzonych fragmentów podłoża, tylko to potwierdzały.  

Łowca dotarł do zajazdu. Poruszył wrota wejściowe i dostał się do tego samego pomieszczenia, gdzie ledwo dwa dni wcześniej przyjął zadanie, którego potwierdzenie wykonania, we włókiennym worku pod peleryną, spokojnie zwisało przypięte do pasa. Ruszył w kierunku tego samego stołu, przy którym ostatnio odbyła się rozmowa. Nie dostrzegł jednak nikogo przy nim zasiadającego, gdy w tę usłyszał głos. 

– Tutaj łowco – słowa te dobiegały zza filaru. Regis podszedł bliżej i dojrzał zasiadającego przy ławie schowanej za słupem, konkretnej postury mężczyznę, który zakręcając obfitego wąsa, kierował swój wzrok i uśmiechniętą twarz ku przybyszowi.  

– Siadaj, proszę, siadaj. Piwo miało zostać nalane od razu, jak przekroczyłbyś próg, więc niedługo dostaniesz kufel. Takie jak ostatnio, mam nadzieję, że smakowało. Oczywiście na mój koszt – mówił z widocznym zadowoleniem. Najwyraźniej spodziewał się dobrych nowin. 

– Bardzo dziękuję – odrzekł łowca, zajmując miejsce naprzeciw rozmówcy. Nie miał z tej pozycji zbyt dobrego widoku na wnętrze. Dostrzec mógł jedynie ściany, trzy wolne ławy i kątem oka, ladę baru. 

– I jak? Udało się? – pytał, nie mogąc doczekać się wieści. 

Łowca odsunął lekko swoją pelerynę i odczepił od pasa worek. Pakunek położył na stole i pozwolił, aby rozmówca sam zajrzał do środka. Wąsacz sięgnął i rozwarł ściśnięty sznurkiem gardło worka, do którego zaczął wdzierać się blask lamp zajazdu, ukazując martwy łeb wilka szczerzący kły do swego nowego posiadacza. 

– OOOO. Widzę, że wszystko się udało. Wspaniale, wybornie – mówił uradowany 

– Proszę. Ciemne piwo.  – powiedziała młoda kobieta najwidoczniej tu pracująca.  Młoda barmanka o jasnych włosach położyła kufel przed klientem i udała się do następnych gości zawiewając przy okazji swą spódnicą 

– Dziękuję – odpowiedział, po czym wrócił do głównej rozmowy – Tak, truchła powinny jeszcze tam leżeć, o ile nic ich nie zjadło. Choć w to akurat wątpię – wziął duży łyk piwa, po czym przetarł białą od osadzonej na niej piany wargę 

– Nie ma futrzaków – powiedział klient, nie patrząc jednak na sprezentowany łeb, a na kelnerkę obsługującą grupkę młodych ludzi, których Regis kojarzył z poprzedniej tu wizyty. 

– Tak, nie ma wilków – rzucił łowca stanowczo. Miał podejrzenia, co chodziło po głowie wąsaczowi i wolał wrócić do tematu. 

– Ach tak, koniec wilków tak – odparł widocznie wybity z rozmyślań – Dobrze więc, interesy z tobą to czysta przyjemność. Być może do następnego razu łowco – mówiąc to, wstał poprawił się, sięgnął po worek z trofeum i miał zamiar skierować się ku drzwiom wyjściowym. 

– Zapłata – rzucił Regis biorąc następnie kolejny łyk piwa. 

Mężczyzna zatrzymał się.

– Ach tak, już. Byłbym zapominał – po tych słowach wypowiedzianych z pewną nutą niepewności, odchylił gruby futrzany płaszcz i z jednej z jego wewnętrznych kieszeni wyjął sakiewkę monet, którą następnie rzucił lekko na stół – Żegnaj, Rzeźniku. 

Łowca pił powoli chmielowy trunek. Sakiewkę od razu schował do kieszeni. Była na tyle wypchana by nie musiał przeliczać. Nie był pewny czy były już kontrahent nie dał zapłaty od razu, z powodu przeoczenia spowodowanego euforią i zabieganiem, czy może chciał go oszukać. Obydwie opcje były możliwe i z obydwoma miał styczność, choć z tą, drugą znacznie częściej.  


C.D.N. 

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 4

 Zima 1457  

Ubrał strój, który dzięki elementom ocieplenia był przygotowany na zimę; choć aktualna pogoda przekraczała jego założenia. Założył pelerynę, po czym był gotowy do zejścia na lodowe pustkowie. Złapał w dłonie linę, którą przyczepił we wnętrzu domu. Gdy opuścił się na niej wystarczająco, zamknął okno, które dzięki prowizorycznemu uszczelnieniu pozwalało wydostać się sznurowi do zejścia, nie doprowadzając jednocześnie do pozostawienia domu otwartego. Stanął pewnie na dachu swej łazienki. Wyjął z zabranego ze sobą ekwipunku, prowizorycznie zrobione rakiety śnieżne, po czym założył je. Pierwsze kroki stawiał z dużą ostrożnością, lecz gdy upewnił się, że wierzchnia warstwa śniegu była wystarczająco zmrożona, zaczął iść normalnie. Wielki mróz i nieustannie wiejący wiatr, który raz na jakiś czas spowalniał, dając niewielką chwilę względnego wytchnienia, przeszywały wędrowca. Zakrył się peleryną, zostawiając niewielki prześwit, by móc widzieć.  

Szedł powoli przed siebie, zmierzając w kierunku lasu. Kiedyś nieduży lasek oddzielający go od najbliższych mieszkańców, teraz wyglądał jak pole krzaków. Regis pozbierał trochę gałęzi, które miały mu posłużyć do ulepszenia rakiet. Po krótkim przystanku skierował się w kierunku miasta. 

Okolica przypominała białą pustynię, z której wydm wiatr zdmuchiwał śnieżny pył. Łowca z każdym krokiem czuł, nasilające się podmuchy, utrudniające wędrówkę prosto. Musiał zmienić trasę, zmieniając trasę. Po pewnym czasie dostrzegł zarysy budynków, wyglądających na wioskowe chaty, mimo że jeszcze nie dawno były środkiem miasta. Chciał zbliżyć się do zabudowań, pogarszające się jednak warunki zmusiły go do powrotu.  

Idąc w zamieci, dostrzegł na swej drodze niepasujący do otoczenia kształt. Podszedł do znaleziska i ruchem wyciągniętej spod peleryny ręki odsłonił, co skrywała cienka warstwa śniegu. Było to ciało w pozie walki o życie. Szybkie oględziny ukazały, co się wydarzyło. Martwy podróżnik nadepnął na cieńszą warstwę lodu, który pod jego ciężarem zapadł się, tworząc śmiertelną pułapkę i a warunki po czasie zmieniły człowieka w zamrożoną figurę. Od zdarzenia nie minęło dwa dni. Łowca ruszył dalej, nic nie mógł z tym zrobić.  

Gdy dotarł do domu, wspiął się z powrotem po linie. Zamknął okno. Przebrany siadł przy świeżo rozpalonym kominku, a po jego głowie chodziły myśli, kiedy pogoda znów się uspokoi.  


C.D.N. 


10 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 3

 Zima 1457 

Od końca poprzedniego dnia śnieg już nie padał. Mimo grubej jego warstwy na podłożu poruszanie odbywało się znacznie sprawniej. Było przed południem, gdy łowca był już w drodze na miejsce polowania. Powoli przemierzał kolący od blasku odbitych promieni słonecznych, rozciągający się biały krajobraz. W końcu dotarł do celu podróży. Teren leżał kawałek od miasta, mimo to bez problemu można było dojrzeć ludzkie zabudowania. Miejsce wstępnie przygotowane pod wycinkę. Niewielka, niedawno postawiona chatka na narzędzia, gdzie zmęczeni robotnicy mogliby, chociaż na chwilę odpocząć, stanowisk do gotowania i rozładunku też nie zabrakło. Wśród tych wszystkich rzeczy dostrzec można było jednak wilcze ślady. Zwierzętom nie podobało się, że ktoś narusza ich rewir, były niebezpiecznym utrapieniem. Dzięki wczesnej porze Regis miał czas na rozejrzenie się po okolicy, nie musiał jednak poświęcać na tę czynność dużo czasu. Po krótkiej chwili znalazł liczne tropy wokoło obozowiska. Cała wataha kręciła się po okolicy. Ślady w dużej mierze prowadziły w głąb lasu. Podążanie za pomniejszymi śladami nie miało większego sensu. Łowca dalej przeczesywał teren. Znalazł kilka wydeptanych przez zwierzęta szlaków. Idąc jednym z nich, który ze względu na rozmiary i widoczne ślady częstego użytkowania wydał się najbardziej obiecujący, znalazł coś na wzór legowiska. Mocno ugnieciony śnieg pośród niewielkich brzózek. Widocznie główne miejsce przebywania, pomyślał łowca. Po przeczesaniu okolicy wilki będą chciały tu wrócić, by odpocząć. Zwierzyny w okolicy jest bardzo dużo, więc nie mają powodu, by zanadto się oddalać. Pilnują również miejsca pojawienia się intruzów chcących ograniczyć ich ingerencje. Ludzka ekspansja niesie za sobą wiele konfliktów, które trzeba potem rozwiązywać różnymi środkami, w tym tymi mało przyjemnymi. Tropiciel uznał, że tu zaplanuje pojedynek. Pod dużym świerkiem położył swój bagaż. Plecak, w którym znajdowało się stosunkowo niewiele rzeczy jak na standardy łowcy. Prosta robota nie potrzebowała dużej ilości przedmiotów na możliwe komplikacje. Wyciągnął tylko to, co było mu potrzebne, po czym schował pakunek pod jedną z nisko położonych gałęzi, przykrywając go uprzednio zdjętą pelerynom. Rękojeść miecza wystawała znad prawego barku, a wypolerowana głowica odbijała pojedyncze strugi światła padające na jej kanciaste boki. Regis przyczepił uważnie bełty kuszy do boku paska, a ją samą zawiesił na specjalnym dla niej przygotowanym miejscu na plecach, gdzie nawet w trakcie walki szybko i pewnie mógł ją odstawić, nie martwiąc się o ewentualne jej wypadnięcie. Upewnił się, czy jego niezastąpiony nóż pewnie spoczywa w pochwie pod lewą piersią w przedniej części zbroi, po czym poprawiając futro na kołnierzu, stwierdził, że jest w pełni gotów na spotkanie z oponentami.  

Nastało popołudnie. Słońce znajdowało się już nisko nad horyzontem. Po kilku godzinach cierpliwego wyczekiwania usłyszał wycie. Przygotował nową broń i przyszykował się do konfrontacji. Nie musiał długo czekać, by wilki mu się pokazały. Pierwszy wyłonił się zza drzew i biegł prosto w jego stronę. Ten wycelował i oddał strzał. Cięciwa zabrzmiała. Bełt trafił w cel. Grot wbił się w oko, wchodząc w głąb czaszki, przebijając ją na wylot. Stwór legł martwy, a biały puch przy jego głowie zaczął nabierać karminowego odcienia od wylewającej się krwi. Pozostałe osobniki powoli zaczęły się zbliżać. Walka rozpoczęła się na dobre. 

*** 

Biegł. Chciał uciec. Reszta jego watahy leżała już martwa. Resztki nadziei na wyjście cało z opresji nie trwały jednak długo. Pocisk z trafił w tył czaszki, przebijając ją i wychodząc podniebieniem wraz ze strugą krwi, zostawiając na śniegu mocny czerwony ślad. Walka skończona. Regis schował broń. Kusza spisała się zgodnie z oczekiwaniami. Wziął miecz i podszedł do leżącego nieopodal ciała. Szrama ukazująca rozpłatane wnętrzności przebiegała na boku stwora, głowa była jednak nietknięta, a na tym zależało łowcy. Łapiąc jedną z rąk za pysk, uniósł lekko łeb, a mieczem oddzielił go od tułowia. Przetarł klingę z resztek krwi. Chwilę spoglądał na stal, po czym schował ostrze na pochwy. Zabrał ekwipunek spod drzewa, schował trofeum do worka, który przyczepił do pasa. Tobołek ze specjalnego materiału nie przeciekał krwią, nie musiał martwić się więc o niepotrzebny bałagan.  

– Dobry zakup – powiedział do siebie, wspominając moment dyskusji ze znajomym sprzedawcą o cenę, która zgodnie z ustaleniami miała być znacznie niższa a niżeli ta, którą Zimo końcowo sobie zażyczył. 

Narzucił pelerynę i ruszył w kierunku domu. Było już ciemno. Krótkie zimne dni nie dawały zapomnieć o panującej aktualnie porze roku. Wielki jasny księżyc jaśniał na niemalże pozbawionym chmur niebie, ukazując usłaną bielą drogę. Po dotarciu do celu zawiązał sznur na pysku i zawiesił łeb, by krew mogła spokojnie spłynąć. Zdjął z siebie ubranie i przyszykował się na noc. Po wszystkim udał się do łóżka. Następnego dnia planował iść po zapłatę za wykonane zlecenie, wolał więc wypocząć. 


<C.D.N.> 

Od Gabrieli "Wspaniale sobie radzisz" cz. 3 (cd. Pil)

Zima 1457

Usiadła na drewnianym krześle z niemałą ulgą. Muskała łokciem ciało nastolatka, biorąc do ust kolejne widelce pełne kruchego mięsa i aksamitnych ziemniaków. Kiedy głód ściskał żołądek, nagle każde danie okazywało się najwyśmienitszą rzeczą, jaką w życiu było dane jej doznać. Ciepło karczmy otulało jej zmarzniętą twarz i mgliło zmęczone oczy. Sen porywał jej ciało z brzegu świadomości i delikatnie popychał swoim strumieniem naprzód. Oparła tył głowy o ścianę, leniwie biorąc kolejny kęs. Rzeczywistość ponownie wydała się mało realna.

– Czyli mówisz, że mieszkasz niedaleko.

Poczuła na sobie spojrzenie, ale nie zawracała sobie głowy odwzajemnianiem go. Obserwowała, jak młody, jasnowłosy karczmarz nachyla się do białowłosej staruszki, która wesoło gawędząc, głaskała jego ramię i wskazywała coś nieopodal lady. Opowiadała mu coś, a on z uśmiechem słuchał. Pomyślała, że może to rodzinny biznes, a młodzieniec w rzeczywistości był wnukiem kobiety. Ciekawe kim byli jego rodzice. Jak ułożyli sobie życie, czy byli szczęśliwi...

– A ty? – zagadnął chłopak. W jego głosie zabrzmiało coś tak hardego i dumnego, że wyrzuciło ją to z transu, a serce zabiło mocniej. Wyprostowała się na krześle, przytrzymując przy tym kant talerza. Zbyt podobały się jej zdobienia, oraz zawartość, by pozwoliła, by roztrzaskał się na podłodze.

– Cóż... ja... nie mam domu.

– A miałaś?

Był ciekawski. Nie powinno jej to dziwić, ale w tej chwili boleśnie uświadomiła sobie, że wciąż nie przywykła do zwykłych relacji międzyludzkich. Zapominała, że na swojej drodze życiowej napotyka się na wiele różnych ludzi oraz wiele trudnych pytań. Szczególnie tych, których nie chciało się słyszeć. Być może kiedyś nie miałaby problem z udzieleniem odpowiedzi, ale teraz...

Zmarszczyła brwi, a przed oczami zatliła się jakaś niewyraźna, choć ciepła i wielobarwna myśl. Wspomnienie dziecka biegającego po kuchni pachnącej świeżo pieczonym chlebem, dokuczania swojej matce i uciekania wprost do ogrodu, do krzewów pachnących miętą, które robiły za kryjówkę. Istny wodospad dźwięków i zapachów, które rozluźniały jej ciało oraz prowadziły do nieznanych od dawna poziomów ukojenia i spokoju. Spadały na jej ramiona, moczyły włosy, a głowa nagle ciążyła bardziej. To było jak uścisk kogoś ukochanego. Wyraźny, ostry i całkowicie pochłaniający w swojej bezmierności. Coś, czego potrzebowała już dawno.

Odwróciła głowę, by ukryć piekące oczy.

– Tak. Lata temu.

– Jak to na starego człowieka przystało – zakpił chłopak, zakładając ramiona na piersi. – Planujesz wybudować nowy?

Wybudować. To było tutaj legalne? Postawienie swojej rezydencji bez pozwolenia i podpisania niezbędnych dokumentów. Wysiliła swój umysł, ale owiał go chłód. Poczuła, jakby wkraczała w zaśnieżone i oblodzone rejony, na powierzchni których od dawna nie stanęła ludzka stopa. Miała problem z przywołaniem wspomnień. To wszystko było trudne. Zbyt trudne... To, co działo się przed Ogrodem Cieni ulegało stopniowemu zatarciu. Coś jej mówiło, że do tego wszystkiego potrzeba pozwoleń. Tylko czy na pewno...?

– Nie sądzę, abym miała do tego dość siły.

Czuła, jak chłopak mierzy ją wzrokiem. Od stóp, aż do głów. Komentarz wisiał w powietrzu, gotów wystrzelić i uderzyć boleśnie jak strzała. Wiedziała, co chce powiedzieć, więc uprzedziła go naprędce skleconymi słowami:

– Nie o tę siłę chodzi.

Nie chciała precyzować. Nie miała zamiaru się tłumaczyć. Zmarszczyła brwi, szukając w mętnym umyśle kolejnych słów, które tkwiły gdzieś na dnie jej świadomości, lub jak niektórzy to zwali, umysłu lub duszy. Sama nie wiedziała, w którą wersję wierzyć. Wiedziała jednak, że chciała wyrzucić z siebie jedną z myśli, z którą przeszła samotnie już wiele kilometrów.

– Przez pewien czas chciałabym polegać na tak zwanej Gildii Łowców, o ile naprawdę istnieje. Myślę, że pasowałabym tam. Przynajmniej na jakiś czas... aż nie zbiorę dość sił – o ile kiedykolwiek się to stanie, dopowiedziała sobie w myślach.


<Pil?>

9 mar 2023

Od Regisa "Nowy nabytek" cz. 2

Zima 1457 

Droga do przebycia nie była długa. Kuźnia znajdowała się na skraju jednej z ulic i rynku. Ciężko było ją przeoczyć, a przede wszystkim zignorować z powodu rozchodzącego się donośnego dźwięku uderzania metalu o metal. Regis szedł w kierunku tych odgłosów. Po chwili stanął przed niemałym zakładem. Przed wejściem wisiał szyld przedstawiający kowadło i młot, choć teraz jego większa część przykrywała lekka warstwa przymarzniętego śniegu. Właściwą częścią budynku poprzedzała spora dobudówka, w której znajdowała się duża część narzędzi i osprzętu rzemieślnika. Służyła mu w czasie cieplejszych okresów roku, w trakcie zimy jednak większość prac odbywała się w środku. Łowca przeszedł pod dachem i udał się do środka, otwierając powoli drewniane drzwi. Pomimo niskich temperatur na zewnątrz, tu było bardzo ciepło. Żar buchał z paleniska, ogrzewając całe pomieszczenie. Astram właśnie uderzał młotem o rozżarzony fragment metalu, nadając mu kształt. Regis przez wzgląd na kształt dość szybko stwierdził, że aktualnym zleceniem, jakie dostał, była siekiera. Szeroka cześć z już wybitym wstępnie otworem na umieszczenie trzonka i płaska rozchodząca się część z drugiej ze stron, nad którą właśnie trwała praca. Łowca dłuższą chwilę przyglądał się pracy i nasłuchiwał dźwięków uderzeń. Przypominały mu się chwile, gdy sam pracował w podobnym zakładzie. Nigdy nie osiągnął mistrzostwa w fachu, ale miał solidne podstawy, a niektóre z elementów jego pancerza potwierdzały, że wykonane przez niego przedmioty nie były najgorsze. W pewnym momencie wręcz zahipnotyzowany pracą kowal zauważył obserwatora. Lekko speszony nie włożył głowicy z powrotem do pieca, by nagrzaną dalej formować, tylko odłożył ostrożnie element na bok, by ostygł, jednak nie zahartował się od zbyt zimnego podłoża.  

– Dłu-długo tu stoisz? – spytał, lekko się jąkając. Astram był osobą, której utrzymanie kontaktu z innym człowiekiem sprawiało duże problemy, dlatego podobne sytuacje już się zdarzały i nie dziwiły Regisa. 

– Nie, nie długo. Szkoda, że przerwałeś, było na co popatrzeć. Bardzo dobry materiał. Siekiera ta będzie długo służyć. – powiedział łowca, spoglądając na efekt pracy kowala – Wiesz, po co tu przyszedłem. Wszystko gotowe? – zapytał, kierując się do stołu, przy którym dochodzi do rozliczeń z klientami. 

– Tak. Wszystko gotowe – po tych słowach rozmówca zniknął na chwile, udając się do swojego składziku, po czym wrócił, dzierżąc w dłoniach kilka przedmiotów. 

Pierwsze na stole znalazło się kilka metalowych rurek o różnej długości.  

– Porządna robota. – Delikatnie odłożył jedną z wcześniej podniesionych i wraz z resztą związał, po czym schował do worka, który następnie przyczepił przy lewym boku. 

Następny przedmiot na stole był już czymś zupełnie innym. Niedużych rozmiarów kusza. Regis wziął ją do ręki i zaczął uważnie oglądać. Łęczysko wykonane z cisu świetnie magazynowało zgromadzoną energię, nie dając się jednocześnie złamać. Łoże kuszy zrobione z ciemnego drewna i wzmocnione metalowymi elementami. Cięciwa z włosia, wytrzymała i dająca dużą moc bełtowi w momencie pociągnięcia spustu. 

– Przyniosłem ci kilka drewnianych elementów, a ty wykonałeś porządną robotę – mówiąc to, odłożył broń i wziął do ręki jeden z leżących na stole bełtów. Grot wykonany ze stali był droższy, ale i wytrzymalszy więc łowca nie musiał się martwić o ciągłe ich dokupywanie z powodu ich uszkadzania się.  

Po krótkich oględzinach spakował nowe nabytki. Wyjął z torby brzęczącą od monet sakiewkę i postawił na stole.  

– Na razie to tyle – powiedział łowca, przygotowując się do wyjścia – Bywaj  Astramie – mówiąc to, pożegnał się i ruszył ku wyjściu. Wiedział, że rzemieślnik nie jest najlepszy w rozmowie, więc nie oczekiwał odpowiedzi.  

Po wyjściu na ulice miasta przywitał go zimny powiew przynoszący dodatkową porcję białego puchu. Na przekór łowcy wiało na prosto na niego. Wracając do domu, stawiał opór narastającej sile wiatru i śniegu, który coraz dokładniej oblepiał całą jego postać. Posuwając się powoli do przodu, ledwo widząc drogę przed sobą, przypomniały mu się trasy dalekiej północy. Wyprawy na tereny, gdzie cały rok można było doświadczyć jedynie mrozów i wiatrów, które nie znały litości. Podróże te nie były najlepszymi, jakie miał, ale były bardzo dochodowe. Polowania na wielkie morskie stwory były ciężkie, wartość wypłat rekompensowała poświęcenia. Gdy był w niedużej odległości od domu, przypominały mu się również górskie przeprawy. Mówiąc to, spojrzał w kierunku oddalonych szczytów zasłoniętych w tym momencie śnieżną wichurą.  

– Tam też będzie trzeba się wybrać – powiedział do siebie, zasłaniając się jeszcze szczelniej pokrytą śniegiem peleryną.  

W końcu wszedł do domu. Rozłożył nowe nabytki na stole, a przemoczone ubranie powiesił w pobliżu świeżo rozpalonego paleniska.  

Popijając napar, oglądał kuszę, jednocześnie ustalając plan polowania na wilki. 

– Pora to przetestować – powiedział do siebie, uśmiechając się lekko. 


<C.D.N.> 

Od Regisa "Śnieg w oknach" cz. 3

 Zima 1457  

Regis od kilku dni spędzał czas w domu, nie będąc w stanie z niego wyjść. Wysoka warstwa śniegu dalej nie pozwalała na swobodne przemieszczanie się, a niska temperatura dodatkowo przeszkadzała, jednak właśnie w niej łowca widział okazję.  Wierzchnia warstwa śniegu twardnieje, tworząc lodową powłokę, która jak miał nadzieję, niedługo nada się do przemieszczania; do tego czasu jednak zostało mu dalej siedzieć w zamknięciu i planować następne ruchy.  

Początkowo miał co robić. Stosy notatek wreszcie dostały kilka chwil uwagi, odłożone na później przedmioty przeszły oględziny, a drobne prace domowe w końcu zostały wykonane. Gospodarz chciał zrobić więcej, jednak cześć potrzebnych narzędzi i materiałów znajdowała się w niedużej dobudówce będącej schowkiem, do którego aktualnie nie miał możliwości się dostać.  

Siedział przy stole na dolnym piętrze od strony, którą nazywał kuchenną. Parter składał się z jednego dużego pomieszczenia w kształcie podobnym do nieproporcjonalnej litery “L”.  Duża ława; która z wielu powodów często bywała przesuwana; stała na złączeniu dwóch sekcji. Regis popijał napar z zebranych latem ziół, spoglądając w kominek. Podziwiał spektakl płomieni tańczących na kawałkach drewna, powoli zmieniających jego kolor w coraz to ciemniejszy. Nie martwił się, że zabraknie mu opału, zgromadził go w piwnicy wystarczające ilości, by jeszcze przez długi czas cieszyć się ciepłem wewnątrz domu. O wodę też nie miał co zawracać sobie głowy. Pobierał ją z roztopionego śniegu, zebranego przez okna pracowni. Nie była to szybka metoda, natomiast pewna jak i jedyna dostępna.  

Zbliżała się pora kolacji. Zszedł do piwnicy, gdzie odkroił kawałek z jednej z kilku zaczepionych o sufit dużych porcji zakonserwowanego mięsa. Wrócił z fragmentem, a wrzuciwszy go do resztki gęstej zupy z obiadu, zjadł. Prowiantu miał dużo w spiżarni i choć wiedział, że zebrał go wystarczającą ilość, by starczyło mu na bardzo długo, wolał go nadmiernie nie wykorzystywać. Zastanawiał się, w jakiej sytuacji są pozostali łowcy, których obóz w tych warunkach mógł mocno ucierpieć. Być może, gdy warunki pozwolą uda się do nich. Po skończonym posiłku wrócił na piętro, gdzie przez niezamknięte drzwi pracowni, ostatki dziennego światła oświetlały korytarz. Zmienił strój na nocny, po czym udał się na spoczynek. Wykorzystywał nadarzającą się okazje na sen, który w ciągu aktywnego roku często zarywał. Spoglądając w dalej ciemne, zasypane szyby zasnął, planując następnego dnia spróbować wyjść z czterech ścian i rozeznać się po okolicy.  


C.D.N.