Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

19 sty 2023

Od Regisa "Odbudowa" cz. 2 (cd. Avrion)

 Jesień 1457

Wracał po odebraniu pieniędzy za kolejne zlecenie. Tytuł rzeźnika nie przyległ do niego bez przyczyny, zresztą jak kilka innych nadanych mu teraz, jak i w przeszłości. Szedł przez rynek z wypchanym mieszkiem w kieszeni, kierując się ku tablicy ogłoszeń. Chciał sprawdzić, czy nadarzy się kolejna okazja, na zarobienie kilku dodatkowych monet.

Nie znalazł nic, co byłoby go w stanie zainteresować, natomiast to, co usłyszał, uważał za ciekawe. Stojąc przy jednym ze straganów, jego uszu doszła rozmowa mieszczan na temat zamieszania za miastem. Ktoś podobno Rozbił tam obozowisko, w tym kilka osób powszechnie uznawanych za łowców. Szybko połączył te nowo zdobyte informacje z pogłoskami, o powrocie starego, słynnego łowcy.

– Może pora złożyć im wizytę? – powiedział do siebie po cichu, kierując się ku jednej z ulic odchodzących na południe, opuszczając jednocześnie głośne od miejskiego gwaru centrum miejscowości i kierując się ku swojej posiadłości. Pogoda jak na ostatnie dni nie była najgorsza. Bezwietrzny, mroźny dzień, żadnego deszczu czy śniegu, dzięki czemu podróż minęła szybko, bez nieprzyjemności.

Gdy dotarł do domu, usiadł przy dużej ławie kuchni i zaczął myśleć nad zaistniałą sytuacją.

– Czyżby Gildia pełnoprawnie zaczęła się odbudowywać? Kim jest nowy nadzorca? Ilu zdoła się zwerbować? – Takie, jak i podobne pytania schodziły mu po głowie. Odkąd przybył na te tereny, nie słyszałby ktoś, chciał w pełni odbudować świetność łowców. Wiedział, że kilku jest w okolicy, wszyscy trzymali się jednak na uboczu. Z niewieloma miał bezpośrednią styczność, nie wiedział czego oczekiwać.

Zdecydował się ruszyć i sprawdzić na własne oczy, czy ktoś będzie w stanie ich zjednoczyć i jak to ma niby działać. Założył pelerynę i wyszedł z domu. Zdecydował się nie brać miecza ani innego oręża, zostawiając przy sobie jedynie nóż. Wyszedł z domu, niepewny co go czeka.

Dotarł na puste pole za miastem. Trzy namioty stały już rozłożone. Zbliżając się powoli, dostrzegł, że osoby, które je postawiły, nie miały doświadczenia przy tego typu przedsięwzięciach. Konstrukcje nie wyglądały na wyjątkowo stabilne. Gdy przystanął obejrzeć je z bliska, dostrzegł kilka osób.

Starszy mężczyzna, owinięty grubą warstwą ubrań i drewnianą laską w rękach siedział na skrzyni, koło młodej zielonowłosej elfki. Gdy tylko zauważyli łowcę, zaprzestali wesołej rozmowy i skupili się na przybyszu. W niedużej odległości od nich pracował inny jegomość. Wysoki, młody czarnowłosy. Widział go kilka razy tu i ówdzie, nigdy nie miał z nim jednak bezpośredniej styczności. Po chwili oderwał się od swoich prac i podszedł w stronę Regisa. Ten zaakceptował przejęcie inicjatywy pierwszego zapoznania przez kogoś innego.

– Szukasz czegoś?

– Na razie tylko się rozglądam. Podobno dzieje się tu coś w kierunku odbudowy Gildii, czy to prawda?

Po tych słowach Starsza postać podniosła się z siedziska i ruszyła w stronę rozmówców.

– Tak, tak to prawda, lecz zanim rozwinę temat, można wiedzieć z kim mamy do czynienia?

– Jestem tu znany pod różnymi tytułami: łowca, myśliwy, rzeźnik, lecz moje imię to Regis. Również można poznać wasze tożsamości?

– Lestat de Chuvok – odparła leciwa postać. Łowca zdawał sobie sprawę, że gdzieś w okolicy już słyszał ten tytuł

– Jestem Avrion – Imię trzeciego wydawał mu się jeszcze bardziej znajomy

– Więc można dowiedzieć się czegoś więcej?– spytał, mierząc wzrokiem osoby prowadzące z nim dialog, jak i dwie, kryjące się pewną odległość za nimi.


C.D. Avrion

Od Avriona "Odbudowa" cz. 1 (cd. Regis)

Jesień 1457

 Tydzień temu do Gildii Łowców dołączył Lestat de Chuvok, który samym swoim zaistnieniem przywołał w Avrionie całą gamę ambiwalentnych uczuć. Opowiadali mu o nim rodzice, kiedy był jeszcze brzdącem, któremu należy nasunąć kołdrę aż pod sam nosek i ucałować w czoło na dobranoc. Teraz jednak był aż nazbyt upartym dorosłym, który pozwolił, żeby cała radość ze spełnionej legendy zniknęła w mgnieniu oka. To właśnie on został wytypowany, aby udać się do samego do Birme, by zakupić odpowiednie namioty. Co prawda udało mu się dobić jeszcze dość korzystnego targu z jednym z bogatych mieszczan, ale to nie pozwoliło na zrekomensowanie tego, co dane było mu doświadczyć. Spędził w siodle dobre pięć dni i w dodatku w drodze powrotnej niemal zabiła go młoda, zagubiona wyverna. Im dłużej o tym myślał, tym pewniejszy się stawał, że uratowało go wyłącznie szczęście.

Miał bowiem wiele czasu, aby się nad takimi rzeczami zastanawiać. Potężne namioty, po które zmuszony został osobiście się udać, również musiał osobiście postawić. Powtarzał sobie w myślach, że najwyraźniej według Lestata Gildia Łowców składała się tylko z niego oraz... Shena. Nie sądził, że kiedykolwiek to stwierdzi, ale w tej sytuacji widok zarozumiałego księcia był pocieszący. Miał problem z narzuceniem znacznie mniejszej płachty na pale, a nawet z porządnym wbiciem śledzi w ziemię. Liczył, ile razy jego namiot zdążył się zapaść. W tym momencie było to już siedem razy. 

Nieopodal, na drewnianej skrzyni, przysiadł sobie sam Lestat. Trzymał w starych, rozdygotanych dłoniach, swoją słynną drewanianą laskę z transparentnym kamieniem. Obok niego, ku nieszczęściu Avriona, przysiadła Conna, teraz uszczęśliwiona słuchając opowieści starca. Co jakiś czas słyszał jej irytujący śmiech, który brzmiał jak zarzynana gęś. Miał wielką chęć, by rzucić w nią śledziem, który jak zwykle nie chciał wejść w twardą od mrozu ziemię. Nic, prócz porażek Shena, nie szło po jego myśli. Był w otoczeniu osób, z którymi szczerze nie przepadał, jak zwykle mróz dotkliwie parzył jego palce, a jedynym udogodnieniem pozostawał brak wiatru. Dzień jak co dzień na tych przeklętych Świszczących Równinach, pomyślał z przekorą.

Czasem przez myśl przechodziło mu, by pomóc Shenowi. Popełniał w kółko ten sam błąd, tym samym pozbawiając Avriona dostatecznej dawki rozrywki, na jaką mógł sobie pozwolić, widząc jego pokrętne sposoby rozwiązywania kolejnego problemu. Jednakże musiał przyznać, że zbyt wielką satysfakcję sprawiało mu patrzenie na jego trudności, których nie miałoby nawet losowo wybrane dziecko z zapyziałej wioski.

Nagle Lestat przerwał opowieść. Zrobił to w pół słowa i mimo, że Avrion go nie słuchał, wiedział, że coś się musiało stałć. Podniósł głowę znad wbijanego w ziemię śledzia i skierował głowę w tym samym kierunku, w który wpatrzone były jasne oczy Lestata. Między namiotami, z opuszczonymi ramionami i nieco nieprzytomnym wzrokiem, stał młody łowca o krótkich, ciemnych włosach. Avrion widział go raptem kilka razy. Początkowo nie zakładał nawet, że stanowi część Gildii. O tym, że do niej należy, poświadczył jego brak pytań oraz regularne pojawianie się w podobnych miejscach i o podobnych porach. Nigdy nie mieli okazji porozmawiać. Nie pamiętał nawet dobrze jego imienia.

Nie wyglądało na to, aby zamierzał się odezwać, wobec czego Avrin odgarnął niesforne kosmyki z twarzy i postanowił zapytać pierwszy:

– Szukasz czegoś?


<Regis?>

Od Regisa "Kury w opałach" cz. 6

Jesień 1457

Godziny mijały, w tym czasie zdążył zużyć dwa kamienie zapewniające mu ciepło. Po długim wyczekiwaniu słońce skryte za jasno-szarymi chmurami wreszcie zaczęło rozjaśniać okolice. Łowca wstał rozprostowując zastałe kości. Dzienna pora nie będzie sprzyjać nocnym ptakom, z resztą na to właśnie liczył.

Okrążył gniazdo analizując sytuację. Było ono zbudowane z leśnych materiałów, średnica miała na oko dwa i pół, może trzy metry. Było częściowo osłonięte, ale od północnej strony, między gałęziami starego dębu na którym zostało zbudowane dostrzegł duży otwór. Regis miał plan, pora było przejść do jego realizacji, ale przed tym, przyszedł czas przygotowań. 

Do najporęczniejszych kieszeni stroju  przełożył kilka z kamieni, związał uszkodzoną wcześniej bolę i w raz z drugą przymocował z przodu pasa. Rzucił na siebie zaklęcie ochronne i wyciągnął dobrze naostrzony miecz, był gotów.

Podszedł od południa, stanął w pewnej odległości i wyciągnął rękę w kierunku gniazda, z jego ust zaczęły dobiegać słowa, a przed dłonią iskrzyć lekko błękitna poświata. Skupił się i używając swojej mocy wystrzelił ku celowi kawał lodowego szpikulca. Wodny kryształ zniszczył leżę. Winowajca schował się za świerkiem i wystawiając lekko głowę obserwował rozwój sytuacji. Trzy wielkie ptaki z przeraźliwymi skrzekami zaczęły latać między i ponad drzewami szukając sprawcy zniszczenia domu, jak i zabicia towarzysza, którego jak myśliwy zauważył, krew spływając po pniu zmieniała jego kolor na szkarłatny. Po chwili jedna z Harpii go zauważyła, a wydając głośne piski poinformowała o tym resztę. Krążyły ponad koronami. W końcu wleciały pośród drzewa. Jedna obniżyła swój lot obierając cel. Wystawiła swe długie szpony i zanurkowała w dół, łowca to zauważył. Zaklęciem kinetycznym oszołomił stwora, lecz druga nie pozwoliła zadać ciosu, nadlatując tuż po niej, zmuszając Regisa do uniku. Obie wróciły w powietrze. Zmieniając położenie znalazł się w otwartym polu pomiędzy drzewami, wszystkie na raz zaatakowały. Zakręcił jedną z boli i rzucił. Broń trafiła, a bezwładny ptak bardziej już spadając zmierzał w jego stronę. Reszta w niemal tym samym momencie znalazła się ku łowcy z zamiarem przebicia go pazurami, lecz to go nie spotkało. Żółtawy blask pojawił się w miejscu styku szponów z pancerzem, a po nim nastąpiło rozejście się fali energii odpychającej agresorki. Zaklęcie zadziałało, a w pełni skupiony rzeźnik ruchem miecza przepołowił związaną ofiarę. 

– Zostały dwie – powiedział, spoglądając na krążące nad nim dwa kształty.


C.D.N.

Od Pila "Kartki" cz. 5

Jesień 1457

 Pil, mimo braku pewności co do swojej wprawy w zakresie leczenia, zgodził się na próbę pomocy scurowi.

– Pamiętasz, jak to zrobić czy powinienem ci przypomnieć? - zapytał spokojnym głosem starzec, patrząc z dumą na ucznia.

– Oczywiście, że pamiętam dokładnie, jak tego dokonać… - wstrzymał się chłopak - aczkolwiek, jeśli mi to pan powtórzy, niewątpliwie doda mi to pewności siebie.

– A więc na początku, przyłóż ręce jakbyś miał zaraz chwycić zwierzę z zaskoczenia.

– W taki sposób? - dopytał podopieczny trzymając ręce tuż przy klatce.

– Odrobinę szerzej - wyjaśnił mentor i poczekał na poprawę pozycji. - A teraz powiedz, która technika najbardziej przypadła ci do gustu?

– Jeśli chodzi o leczenie zwierząt, chyba preferuje Gaari - odparł z przekonaniem.

– Skoro tak… spójrz scurowi prosto w oczy… zwizualizuj sobie, jak zwierzę śpi, aby nie czuło zabiegu. Jak już to zrobisz, wyobraź sobie drobną igłę, zszywającą jego rany…

Chłopak mimo ogromnego stresu i nieznacznego strachu, włożył w to całe swoje serce i starania. Po chwili udało mu się uzdrowić skaleczenie istoty i to w dodatku za pierwszym razem. Ten wyczyn zaskoczył zarówno jego, jak i jego nauczyciela.

– Udało się… - wymruczał uradowany łowca i po chwili wykrzyknął - Udało się! Haha!

– Nie spodziewałem się, że dokonasz tego z taką precyzją. Nie mówiąc już, że zrobiłeś to z powodzeniem za pierwszą próbą. Jestem z ciebie bardzo dumny, Pil.

– Dziękuję panu. Czy możemy go teraz wypuścić? - zapytał bezzwłocznie.

– Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Nie sądzisz?

– Racja - odpowiedział chłopiec i w mgnieniu oka wypuścił zwierzątko z celi.

Scur był bardzo spokojny, pomimo ostatnich wydarzeń. Od razu podbiegł do Leonarda, aby tylko przebiec po jego długiej, poszarpanej szacie i wylegiwać mu się na ramieniu.

– Nie miałem okazji zapytać, jak on się nazywa? - zapytał zaciekawiony Listig.

– W zasadzie… to jest ona i nazywa się Rotti - odparł starzec.

– Och… Rozumiem… - po chwili dodał z uśmiechem na twarzy, głaszcząc jednocześnie małą istotę - Hej, Rotti, jestem Pil.

– Nie ma co zwlekać, chłopcze - stwierdził pośpiesznie. - Umiesz leczyć innych, ale czy będziesz w stanie uleczyć siebie? - spytał z powagą wypisaną na twarzy.

– Myślę, że dam radę - odpowiedział rozweselony uczeń.

Siwy czarodziej bez chwili namysłu ruszył w stronę przewróconego stolika i chwycił drobny, a zarazem ostry kawałek rozbitego szkła.

– Podejdź tu, młodzieńcze - zawołał.

Zdziwiony Listig podszedł do mentora, a ten złapał jego rękę i przyciągnął ją do siebie. Przyłożył szpiczasty odłamek do jego dłoni i szybkim ruchem ją rozciął.

– Ach! - krzyknął w bólu łowca. - Co to ma być?! - dodał przepełniony gniewem.


<C.D.N.>

18 sty 2023

Od Lestata "Czas zmian" cz. 14

Jesień 1457

 Leniwie skierował wzrok za okno. Pogładził długą, siwą brodę, wpatrując się w wirujący śnieg. Nie różnił się wiele kolorem od jego włosów. Przywykł do tego koloru już dawno. Był w podeszłym wieku nawet jak na wampira, choć jego koniec nie nadchodził. Nie uzyskał nieśmiertelności. Miał po prostu szczęście w tym brutalnym, nieszczęsnym świecie...

Jego przyjaciele go opuścili. Nie może jednak dalej żyć wspomnieniami. Dostał szansę, by zbudować coś nowego, świeżego, być może pięknego. Wymaga to pracy, którą nie jest pewien, czy jest zdolny w to włożyć. Bez ryzyka jednak nie ma zabawy, jak to powiedziała pewna piękna tancerka, którą spotkał podczas jednej z jego licznych podróży.

– Shenie, Conno... jak oceniacie swoje zdolności w walce? – zapytał, kiedy młodzieniec wrócił na swoje miejsce.

– Moje są słabe, ale Shena... – Conna zamilkła. Mężczyzna patrzył na nią wymownie, czekając aż dokończy. Przełknęła ślinę. – Shena są... całkiem dobre.

Zaklęcie na wykrywanie kłamstwa nie zawiodło. Lestat otrzymał wyraźny sygnał, że mówiła szczerze. Nie mówiła tego, nie chcąc mu się narażać. Przed oczami mignęły jej niewyraźne dla starca wspomnienia, które musiały świadczyć o tym, że naprawdę miała powód do podziwu.

– Nie sądziłem, że usłyszę od was cokolwiek... miłego – powiedział chłodno Shen, biorąc powoli łyk herbaty.

– Masz zatem powód, aby się odwdzięczyć – zasugerował Lestat. Młodzieniec nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem. Ku jego zaskoczeniu, postanowił jednak coś powiedzieć:

– Dziękuję, że wtedy pomogłaś Avrionowi.

Na twarzy Conny pojawił się szok. Czoło pokryło się subtelnymi fałdkami, usta rozwarły się. Musiała tu tkwić jakaś niewypowiedziana opowieść. Miał jednak wiele czasu, aby dowiedział się, o czym rozmawiali. Zamyślony przesunął palcami po porcelanie, którą wciąż trzymał w dłoniach pokrytych plamami starości.

– Shenie... czy chciałbyś wobec tego zostać mentorem grupy? Należy uczynić Gildię Łowców niezależną i samowystarczalną. Pomoże w tym tylko sprawny system...

Ogień strzelał w kominku, a Lestat mówił. Conna i Shen słuchali jak zaczarowani, a opowieść działała z upływem czasu jak kołysanka. Dziewczyna zapadła się w miękkim fotelu, uśpiona ciepłym głosem starca. Jedynie Shen stale marszcząc brwi, słuchał. Myślał o planach, o systemach, o pomysłach... Jego własny rys wydarzeń pojawiał się w głowie. Jaśniał jak gwiazdy na niebie. Nawet, kiedy śnieżyca się uspokoiła, nie chciał go wypraszać. Słuchał, analizował. To mogło mieć sens. Mogło nadać temu, co robi jakieś znaczenie. Mogło... ich zjednoczyć.

Od Pila "Kartki" cz. 4

Jesień 1457

Żądny wiedzy Pil wraz ze starcem ruszyli na dół, dzieląc się uwagami na temat świeżo co poznanych opowieści. Młodzieniec ponownie był bliski upadku ze schodów spowodowanym przez ich niedorzeczną i niespotykaną pokrętność. Intrygowała go liczba książek w domu Leonarda. Za każdym razem gdy tylko spoglądał na wypełnione po brzegi regały, ledwo mógł oprzeć się chęci chwycenia za jakąś lekturę.

Jak tylko postawili stopy na parterze, siwy mag niezwłocznie ruszył w stronę biurka i chwycił podręcznik z informacjami na temat leczniczej magii.

– Oto i jest - twoja pierwsza lekcja! - wykrzyknął uradowany Leonard.

Chłopak odpowiedział jedynie lekkim, lecz szczerym uśmiechem i wziął tom, który podawał mu mentor.

– Mam ją teraz przeczytać? - zapytał łowca.

– Owszem, nie spiesz się. Ja w tym czasie pójdę zająć się czymś na górze, zawołaj mnie jak skończysz.

Uczeń odparł skinieniem głowy i wziął się za lekturę. Był bardzo wciągnięty i nie przestawał przewracać stron, aż do momentu, gdy usłyszał hałasy wywracanych mebli i odgłosy pisków na piętrze.

Bez namysłu zakłopotany Listig ruszył po schodach, omal się znów nie wywracając. Gdy tylko wbiegł na górę, dostrzegł wywrócony stolik na którym wcześniej leżały okulary starca oraz zauważył małą istotę, którą próbował dogonić zdyszany czarodziej. Pil bezzwłocznie wyciągnął sztylet ze skórzanej pochwy na jego biodrze i ruszył w stronę zwierzyny.

– Nie! Zostaw go! - wykrzyknął spanikowany Leonard.

– Dlaczego?! - zapytał pełen zdziwienia chłopak.

– Ech… - westchnął - to stworzenie… to scur. Powiedzmy, że to moje zwierzątko. - powiedział z zawiedzioną twarzą.

– Dlaczego miałbyś trzymać go w domu? - dopytał wciąż zszokowany brunet.

– Przypałętał się jakiś czas temu. Był ranny, a więc gdy jeszcze byłem w stanie posługiwać się czarami, uleczyłem go. Jednakże teraz, prosiłbym, abyś ty to zrobił… 

– Przecież nie umiem! Poza tym to niebezpieczne!

– Wiem, że potrafisz posługiwać się magią, a książkę o zaklęciach leczniczych już czytałeś. Jestem pewien, że sobie poradzisz. A co do zagrożenia, to nie stwarza on żadnego, nie martw się.

– No dobrze… - stwierdził po chwili namysłu. - Nie zaszkodzi spróbować.

– Dziękuję. Znajdę jego klatkę. Złap go póki jeszcze nie uciekł.

Młodzieniec poczekał, aż stwór się uspokoi. Gdy scur stanął w miejscu plecami do łowcy, ten zakradł się lekkim jak piórko krokiem. Następnie szybkim, bezszelestnym ruchem chwycił zdezorientowane zwierzę. Szarpało się ono niezmiernie w rękach łowcy, jednakże mimo niemałych kłopotów udało mu się wsadzić stwora do niewielkiej celi.

– Uff… - zipnął zdyszany Listig - i co teraz? - dodał.

– Teraz musisz go uleczyć, wiesz jak to zrobić. Racja?

– Teoretycznie. - odparł niepewnie.


<C.D.N>

17 sty 2023

Od Shiranui "Dzień pełen goblinów"

Jesień 1457
Powiedzieć, że wstała w złym humorze to nic nie powiedzieć. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio aż tak źle spała, ale faktem było, że dzisiaj łóżko gniotło ją niemiłosiernie. Dodatkowo fakt, że wczoraj wydała wszystkie do tej pory oszczędzone pieniądze na jedwabny szlafrok, który nie wiadomo skąd pojawił się w rękach sprzedawczyni na targu dodatkowo ją drażnił. Oznaczało to, że musi kolejny raz znaleźć klientów na swoje mieszanki, albo podjąć się jakiegoś zlecenia w gildii. Westchnęła ciężko i ze złością odrzuciła z siebie kołdrę. Im dłużej mieszkała bez pałacowych wygód, tym bardziej była pewna, że zaczyna tracić zmysły. Dzisiaj nie miała nawet ciepłej wody, bo wczoraj sama jej nie nagrzała, a w części karczmy w której dostała pokój za tą usługę trzeba było dodatkowo zapłacić. Podejrzewała, że Berthina specjalnie dała jej najgorszy pokój jaki można było tutaj znaleźć, bo żaden inny mieszkaniec nie wydawał się narzekać tak jak ona. Ale cóż, może po prostu ludzie, którzy nigdy nie żyli w luksusach nie wiedzieli, że można lepiej. Według standardów Shiry było to jednak nie do zaakceptowania i zdecydowanie poniżej jakichkolwiek wymogów sanitarnych. Dosłownie nawet ręczniki nie były tutaj jedwabne i zdarzyło jej się już kilka razy nimi zadrapać. W tym momencie zabiłaby nawet za zwykłą wannę z ciepłą wodą i najprostszymi olejkami. Niestety, o ile było jej wiadomo w Rivocie mało kto miał takie luksusy, o pięknej publicznej łaźni, czy już minimum gorących źródłach w ogóle nie mówiąc. Starając się nic nie zniszczyć, ogarnęła się najszybciej jak się tylko dało. Stwierdziła, że nie ma co się stroić, więc wyciągnęła jedną z podróżnych, czerwonych szat które nijak nie miały się do maskowania w lesie, ale za to przynajmniej rzadko kiedy zahaczały się o rośliny. Trzeba było wcześnie wziąć się do pracy, to może oprócz koniecznego zarobienia pieniędzy udałoby jej się wreszcie znaleźć kogokolwiek, kto oddałby jej swoją krew. Przymusowy odwyk, na którym chcąc nie chcąc się znalazła działał na nią tragicznie. Coraz ciężej było jej zachować stoicki spokój, a irytacja często brała górę nad jej odruchami. Chodziłą też bardziej spięta i nie próbowała już nawet udawać miłej. Upewniając się więc, że pokój jest zamknięty na każdy możliwy sposób zeszła na dół do głównej sali karczmy. Mimo dosyć wczesnej godziny było już tutaj sporo osób jedzących śniadanie. Shira prychnęła pod nosem z odrazą, widząc też kilka osób od rana pijących piwo. Sama usiadła przy barze i nie zaszczycając reszty sali kolejnym spojrzeniem skupiła się na właścicielce uśmiechającej się do niej zza lady.
– Jak się spało? – kobieta odstawiła kubek, który akurat wycierała pod bar i odruchowo podsunęła dziewczynie śniadaniowe menu.
– Świetnie. Czy to o co prosiłam zostało załatwione? – Hikari wbiła w nią mordercze spojrzenie, jednocześnie cały czas się uśmiechając. Jej palce zaczęły wybijać na blacie bliżej nieokreślony rytm, który zdradzał jej poirytowanie. Kobieta westchnęła.
– Skarbie, nie masz po co mnie straszyć. Przypominam, że obecnie zalegasz z czynszem prawie tydzień. Ja na twoim miejscu byłabym ciut milsza. A już na pewno nie oczekiwałabym, że ktoś jeszcze będzie mi usługiwał. Sama szukaj sobie chętnych dawców, ja zajmuje się karczmą, a nie twoimi problemami – białowłosa całą swoją siłę woli skupiła na utrzymaniu kamiennego wyrazu twarzy. Normalnie nie sprawiłoby jej to żadnego wysiłku, ale dzisiaj…
– Dobrze. Świetnie. W takim razie masz może jakiekolwiek zlecenie godne zawodowca? – wyprostowała się na krześle jak struna i skrzyżowała ręce na piersi. Właścicielka karczmy westchnęła i odwróciła się do tablicy, na której rozwieszona była masa pergaminów. Przez chwilę stała z rękami podpartymi na biodrach, ale w końcu obdarzając białowłosą kolejnym miłym uśmiechem podała jej kartkę ze szczegółami misji. Shira niewiele myśląc wzięła ją z blatu i nawet nie dziękując wyszła z karczmy. Zerknęła tylko na lokalizację i nagrodę. Ktoś zadziwiająco dużo zamierzał zapłacić jak na zlikwidowanie goblinów w okolicy jakiegoś pola. Musiały mieć w okolicy naprawdę duże leże albo być wyjątkowo agresywne. Westchnęła cicho pod nosem i schowała papier w jednej z kieszeni szaty. Przynajmniej rachunki będą jej się zgadzały.

***

Robota którą jej przydzielono w ogóle nie była godna zawodowca. Leże goblinów, którego tak bardzo obawiali się okoliczni mieszkańcy, zamiast hordy małych gnojków miało tylko kilku mieszkańców, w dodatku niezbyt nią zainteresowanych. Mogłaby powiedzieć, że wręcz nienaturalnie ospałych. Dopóki nie wyjęła wachlarzy żaden goblin nawet nie odwrócił się w jej stronę. Było to co najmniej nieuprzejme i tylko wprawiło ją w jeszcze gorszy nastrój. Powinny natychmiast zwrócić na nią uwagę i zaatakować. Cichy szelest rozkładanego wachlarza zamienił się w świst, kiedy pierwsze stworzenie straciło głowę, nawet nie do końca wiedząc jak. Shira skrzywiła się, czując okropny zapach krwi stworzenia i strzepnęła jej resztki z broni. Dobrze, że nie zakładała dzisiaj swoich najlepszych szat. W zimnej wodzie ciężko byłoby sprać ten smród. Kolejne stworzenia nie do końca chyba załapały co się stało, bo zanim rzuciły się na nią wszystkie na raz, zdążyła pozbyć się dwóch kolejnych. Bez problemu unikała ich niezgrabnych ataków, tnąc każdego kolejnego niczym wodę. Nie był to jednak w żadnym przypadku satysfakcjonujący taniec. Równie dobrze mogła po prostu kopnąć je parę razy i pewnie skończyłyby tak samo.
– Żałosne – mruknęła do siebie i mimo wszystko ukucnęła nad jednymi zwłokami. Krew może i śmierdziała okrutnie, ale po odpowiedniej destylacji była idealnym składnikiem do eliksirów. Co prawda w zapachu wyczuwała dziwnie znajomą nutkę środków uspokajających, ale stwierdziła, że może faktycznie życie tak daleko od dworu stępiło jej umiejętności rozpoznawania zapachów. Wstrzymując więc oddech napełniła kilka buteleczek, nie bardzo dbając co potem stanie się z truchłami. Jeśli zwabią wilki może to nawet i lepiej. Przynajmniej dostałaby premię za zlikwidowanie kolejnego zagrożenia. Jej spokojne uzupełnianie zapasów przerwał jednak krzyk. Odwróciła się natychmiast gotowa do ataku, ale mała dziewczynka stojąca na skraju polany nie wydawała się być żadnym zagrożeniem.
– Dlaczego je zabiłaś?! – podbiegła do pierwszego lepszego goblina i zaczęła nim potrząsać, jakby miała nadzieję, że ten magicznie ożyje. Shiranui wytarła dokładnie wachlarz chusteczką i rozglądając się dookoła przypięła go na odpowiednie miejsce na pasku.
– Takie dostałam zlecenie. Nie powinnaś się kręcić po takiej okolicy, a już na pewno przejmować takimi śmieciami – spojrzała na dziewczynkę z góry zastanawiając się, czy jeśli powie, że ta mała była zakładnikiem goblinów, to będzie ją stać na ciepłą wodę przez co najmniej tydzień.
– Jak mogłaś! To byli moi przyjaciele! – dziewczynka usiadła na środku pobojowiska i zaczęła płakać w niebogłosy. Shiranui zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Nie miała najmniejszej ochoty na użeranie się z jakimś dzieciakiem, ale odstawienie jej do domu równało się potencjalnej nagrodzie, więc mogła chociaż spróbować być miła.
– To nie byli twoi przyjaciele. Idziemy – złapała dziecko za kołnierz, ale mała wyrwała jej się i znowu usiadła na środku. – Jeśli nie pójdziesz ze mną w tej chwili, to cię tu zostawię.
– I bardzo dobrze! Sama zbudowałam im to leże, które bestialsko zniszczyłaś! Wiesz ile czasu zajęło zanim zaczęły się tutaj rozmnażać? Albo jak trudno było podać im leki żeby nie były agresywne?! – białowłosą na chwilę zamurowało.
– Co proszę? – dziecko jednak zaczęło dalej płakać, nie mówiąc już nic więcej. Rozmnażanie goblinów. Shira musiała przyznać, że był to pomysł który sama mogłaby uskuteczniać gdyby dalej mieszkała na dworze, chociażby do eksperymentowania z genami, ale czemu w takim miejscu jak Rivot dzieci też miały takie pomysły? I przede wszystkim od razu zaczęła się zastanawiać skąd takie małe dziecko mogło mieć środki uspokajające. Czyżby miała tutaj konkurencję w handlu pod stołem? Tłumaczyło to przynajmniej dziwny zapach krwi i dziewczynie mimo wszystko lekko ulżyło, że dalej może polegać na swoim węchu.
– Nie przyznawałabym się do tego na twoim miejscu. Masz szczęście, że nikt nie wiedział o twojej tajnej wylęgarni, bo podejrzewam, że wtedy to nie na gobliny zostałabym wysłana – nie zważając więcej na płacz dziecka złapała je tym razem za ramię i jeszcze raz upewniając się, że wszystkie są martwe ruszyła w drogę powrotną do wioski. – Kto ci sprzedał te środki uspokajające?
– Puść mnie! Muszę je przynajmniej godnie pochować! – dziewczynka nie przestawała się wyrywać i całkowicie zignorowała pytanie białowłosej. Shira zacisnęła jednak zęby i powtarzając sobie w kółko, że uciszanie dzieci na amen nie jest legalne w żadnym znanym jej kraju, dalej szła przed siebie. Dziewczynka też z każdym kolejnym pokonanym metrem traciła siły, zapewne zmęczona płaczem i wyrywaniem się z jej uścisku.
– Gdzie mieszkasz? – odstawienie jej prosto do rodziców było zdecydowanie lepszym wyjściem, niż ciągnięcie jej do karczmy.
– Nie powiem ci, bo mnie też zamordujesz jak moich przyjaciół – białowłosa westchnęła i zacisnęła palce na jej ręce mocniej. Nigdy nie lubiła dzieci. A już zwłaszcza tych histeryzujących.
– Czego nie rozumiesz w słowie zlecenie? Zapewniam, że zabicie cię byłoby tak samo nielegalne jak twoje tworzenie wesołej, goblinowej rodzinki. Ponawiam więc pytanie. Gdzie mieszkasz? – zrezygnowane dziecko po chwili milczenia wymruczało coś, co brzmiało jak "koniec ulicy Złotej". Na szczęście było to mniej więcej w kierunku w którym aktualnie się poruszały, więc nie musiały wracać się przez pół miasta. Sama ulica Złota była chyba jedną z bardziej zaniedbanych, jakie Shiranui do tej pory w Rivocie widziała. Kilka domów przekrzywiło się, częściowo zapadając się w podmokłym gruncie, a sama ulica przypominała jedną, wielką, wyjątkowo błotnistą kałużę. Nazwa musiała być ironiczna, inaczej dziewczyna nie miała pojęcia, jak ktoś mógłby doszukać się tutaj czegokolwiek co mogłoby kojarzyć się ze złotem. Jeszcze zanim doszły do końca ulicy, z jednego z domów wypadła wyraźnie zmartwiona kobieta i podbiegła do nich.
– Na litość boską, Miranda! Gdzieś ty się włóczyła? – natychmiast przytuliła dziewczynkę do siebie, przy okazji obrzucając Shiranui nieprzychylnym spojrzeniem.
– Znalazłam ją obok leża goblinów. Nie wiem, jak się tam znalazła, ale na przyszłość proszę bardziej pilnować swoich dzieci – Shira puściła w końcu dziewczynkę i na twarz przywołała swój najmilszy uśmiech. Jeśli się postara, może nawet nie będzie musiała sugerować, że za odprowadzenie dziecka należy jej się jakaś premia. Kobieta chyba chwilę trawiła informację, po czym nagle ją olśniło.
– No tak! To pewnie ty się zajęłaś naszym zleceniem! Ostatnio Miranda opowiadała nam o nowych goblinach obok naszego pola, poprosiliśmy więc, żeby ktoś z gildii się tym zajął. A ty, nieodpowiedzialna... Czemu się tam zapuszczałaś sama? – od razu przystąpiła do karcenia córki, jednocześnie kierując się do domu. Shira podeszła kilka kroków za nimi, skrzywiła się jednak widząc, że podwórko przed domem jest jeszcze bardziej rozmokłe niż ulica i stwierdziła, że brudzenie bardziej i tak już zabłoconej na brzegach czerwonej szaty nie jest warte pieniędzy, które może mieć rodzina żyjąca w takim domu.
– Wejdziesz na herbatę? – kobieta odwróciła się w drzwiach, patrząc w stronę białowłosej. Ta pokręciła głową, nawet nie zamierzając się kłaniać czy grzecznie odmawiać.
– I tak straciłam za dużo czasu na odprowadzanie jej tutaj. Mam jeszcze masę rzeczy do załatwienia – odwróciła się i zdążyła odejść kilka ostrożnych kroków, kiedy matka dziewczynki znowu z prędkością światła pojawiła się na ulicy.
– To za dodatkową fatygę. Przepraszamy za problem – wcisnęła jej w ręce sakiewkę i ukłoniła się. Shira nic nie mówiąc wzięła od niej pieniądze i jak najszybciej wyszła na główną drogę, która przynajmniej w jakiejś części nie była błotem. Kiedy tylko wyszła z zasięgu wzroku kobiety uśmiechnęła się. Należała jej się dodatkowa zapłata za ciąganie za sobą tego dzieciaka. Co prawda kobieta powinna przepraszać ją sto razy bardziej, że w ogóle rozważyła taką opcję, ale na chwilę obecną sama sakiewka musiała wystarczyć. Przynajmniej zapewni jej to ciepłą wodę na kilka dni. Droga do karczmy dłużyła się jej niemiłosiernie. Gdyby nie fakt, że konie były tak koszmarnie drogie, a ich utrzymanie kosztowało drugie tyle co samo zwierzę, już pierwszego dnia by sobie jakiegoś sprawiła. Powinna też poszukać czegoś stabilniejszego niż pokój w karczmie. Nie mogła znieść myśli, że po raz kolejny będzie musiała spać w tym okropnym łóżku, bez materaca z puchu małych jagniąt. Wzdrygając się na samą myśl otworzyła drzwi do Karczmy i tak jak rano, zupełnie ignorując całą resztę sali skierowała się prosto do lady.
– Wykonałam zadanie – jeszcze zanim stojąca po drugiej stronie kobieta zdążyła cokolwiek powiedzieć położyła na blacie kartkę ze zleceniem, którą dostała rano. Berthina uśmiechnęła się i wręczyła jej kolejną sakiewkę, znacznie cięższą niż ta, którą Shira wcześniej dostała od matki Mirandy.
– I jak? Było godne zawodowca? – dziewczyna prychnęła, jakby ktoś ją właśnie okropnie obraził.
– Proszę, nie żartuj sobie ze mnie. Gobliny to robota dla początkujących. Zadziwiające, ile ludzie za to zapłacili – skrzyżowała ręce na piersi, a właścicielka roześmiała się.
– Już dawno nie widziałam, żeby kogoś aż tak oderwało od rzeczywistości jak ciebie. Nie zapomnij uregulować opłat, skoro już chwilowo masz jakąkolwiek gotówkę – Shiranui uśmiechnęła się i wyjęła drugą sakiewkę, którą wcześniej dostała od na Złotej. Jak policzyła, powinno to spokojnie wystarczyć na dwa tygodnie co najmniej. Pieniądze z gildii zamierzała zakopać w kufrach na tyle głęboko, żeby w razie jakichkolwiek zachcianek nie chciało jej się ich wydobywać. Może też przy następnej wizycie w Brime udałoby jej się wysłać list do ojca z jakimś ckliwym opisem katastrofalnych warunków w jakich się znajduje. O ile nie przechwyciłaby go ta okropna elfka, to prawdopodobieństwo, że ojca ruszyłoby sumienie było całkiem spore. Na razie jednak z niechęcią wspinała się po schodach do swojego tymczasowego pokoju. Jeszcze tylko kilka nocy. Kilka nocy i znajdzie coś, gdzie będzie można się wyspać jak człowiek. No i przede wszystkim będzie to miejsce, gdzie będzie można wziąć normalną kąpiel.