Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

16 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 3

 Zima 1456

Diego nie widział jeszcze tej części lasu. Rozpoznałby znajomą drogę, ale ta do nich nie należała. Łowca nie zajmował się często zwiedzaniem okolicy swojego domu. Uznał, że nie znalazłby tu nic szczególnie ciekawego, ani wartego jego czasu.
– Znasz historię o władczyni wilków? – zapytał Drun.
– Nie – odparł Diego. – To jakaś legenda?
– Niektórzy twierdzą, że to prawdziwa historia.
– Chcesz mi ją opowiedzieć? – poprosił łowca.
– Huh, widać, że dopiero się uczysz. Więc... W czasach zanim człowiek udomowił zwierzęta, wilki miały swoją władczynię. Bezwzględną, pełną nienawiści do rodzaju ludzkiego. Rozkazała wilkom atakować każdego człowieka, którego napotkają. Miała być to zemsta za próbę oswojenia jej poddanych.
Diego słuchał z uwagą, ale nie odwracał wzroku od otoczenia, ani nie opuszczał łuku. Byłoby to nierozsądne, skoro jest tu jako eskorta. Niemniej jednak, łowca poczuł, że zachowuje się ciut niegrzecznie, nie patrząc na rozmówcę.
– I jak się kończy ta historia?
– Śmiercią władczyni wilków. Ludzie zdołali ją zabić. Wtedy jej poddani podzielili się na dwie grupy; psy i wilki. Jedna przyłączyła się do ludzi, a druga pozostała wierna wyrokom swojej pani.
– Czyli mówisz, że nadal atakują... – Diego zastanowił się nad swoim nastawieniem wobec wilków. Zrozumiał, iż nie widział w nich potworów. Postrzegał je jako zwykłe zwierzęta, a może nawet coś więcej. Może gdyby nie atakowały wszystkiego, co się rusza, dałoby się z nimi... dogadać? Hm, cóż za dziwna myśl. Skąd się ona wzięła?
Nagle coś zaszeleściło między drzewami. Drun i Diego stanęli w bezruchu.
– Co to było? – wydusił kupiec.
– Jeszcze nie wiem – odparł łowca.
– Co ci mówi instynkt? – zapytał Drun, chowając się za towarzyszem.
– Przepraszam? Jaki instynkt?
– To nie jest tak, że wy wszyscy łowcy macie instynkt, który was informuje o otoczeniu i zagrożeniach? – kontynuował handlarz.
– Um... Nie.
Wreszcie spośród roślinności wyłoniło się źródło wspomnianych dźwięków. Nie było mowy o pomyłce; był to wilk. Jednak zdziwił on Diego swoim wyglądem. Przypominał dzikie monstrum, a nie coś, z czym dałoby się dogadać. Spojrzenie puste, agresywne, pozbawione głębszych pragnień, wręcz bezmyślne. Wilk odsłonił kły i zjeżył kark. Oczywista reakcja na intruzów.
Diego poczuł się... zawiedziony. Może wcale nie miał na myśli wilków, kiedy w jego głowie pojawił się wizerunek inteligentnych, łagodnych stworzeń. Może pomylił nazwy, może amnezja pomieszała mu w głowie pewne pojęcia...
<C.D.N.>

Od Pedra "W trasie" cz. 1

 Jesień 1456

Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Trójka podróżników znajdowała się daleko od wszelkich terenów zabudowanych, więc nie pozostało im nic innego jak rozbicie obozu na łące.
Carlos, zamiast pomagać, zaczął stroić lutnię. Wydobywał kolejno z każdej struny dźwięk i poprawiał jego brzmienie dostosowując napięcie. Robił to na słuch; zresztą jak zawsze, nie zostawiając wiele przypadkowi. Akurat w tej jednej rzeczy był dokładny.
W tym samym czasie Pedro dorzucał drwa do ognia. W niebo wzbiły się chmary iskier. Carlos podniósł wzrok znad instrumentu. Ze złośliwym uśmieszkiem brzdąknął lutnią, a iskry poleciały na kolana Pedra.
– Ej!
– To nie ja – powiedział Carlos z niewinną minką. Po tym, wrócił do poprawiania napięcia strun. Wuj Andre zachichotał.
Pedro strzepnął popielaty kurz z kolan.
– Też mi coś – mruknął jakby do siebie.
Zdjął okulary, żeby je przetrzeć. Wtedy kryształ na położonym nieopodal kosturze maga zabłysnął. Pedro natychmiast wyprostował się i zaczął wodzić wzrokiem po niemalże zupełnie ciemnej okolicy.
– Co się dzieje, synku? – zapytał wuj Andre.
– Pedro znów ma swój napad. Wrażliwość jelenia – zachichotał Carlos.
Pedro jednym ruchem podniósł kostur, a drugim przywołał na siebie brakujące elementy zbroi (poza hełmem bo tego nie zwykł w ogóle nosić). Carlosowi zrzedła mina na ten widok. Zrozumiał, że braciszek naprawdę szykuje się do walki.
– Pedro? – zapytał wuj.
– Cisza – zarządził mag. Wpatrywał się w jakiś punkt na łące w oddali. Coś tam było. Cień na tle nocnego nieba. – Koszmar. Kryjcie się – oznajmił Pedro.
– Smith nie chowa się przed zagrożeniem – Andre wstał z miejsca i wyjął z pochew dwa długie noże. Wypiął dumnie pierś.
– Może powtórzę... KOSZMAR. Klasa co najmniej dziesiąta.
– Jesteś pewien, że chcesz iść tam sam? – spytał. – Carlos, ty drżysz! – dodał, spoglądając na drugiego "bratanka".
– Co? W-wydaje ci się, wuju.
Pedro ruszył naprzód.
– Zostańcie tu i weźcie z ognia po pochodni. Powinny odstraszyć potwora. Gdyby to nic nie dało uciekajcie w dwie różne strony – poinstruował bliskich na odchodnym.
Mag zaczął gromadzić w krysztale kostura energię. Kamień lśnił coraz jaśniej. Teraz nie było już mowy, że Koszmar przegapi sylwetkę Pedra. I o to właśnie chodziło. Mag wiedział, że wuj Andre był gotów stanąć do walki z potworem, ale w jego ocenie mężczyzna nie miał dość doświadczenia, by podołać zadaniu. Nie mówiąc już o ubywających z wiekiem siłach. A Carlos... cóż, Carlos jako początkujący łowca również nie powinien zbliżać się do Koszmara ani vice versa.
Pedro osobiście zadba by tak było.
Wreszcie mag był w stanie wyraźniej dojrzeć potwora. Przypominał on coś między przerośniętym humanoidem a żubrem. Miał za to głowę przypominającą futrzastego krokodyla.
Koszmar ruszył w kierunku Pedra. Najpierw powoli, by wkrótce przyspieszyć do galopu. Mag skupił w sobie wszystkie siły i wypuścił w stronę monstrum czar zamrażający. Bez żadnych wspomagaczy nie wystarczyłoby mu energii na unieruchomienie całego potwora, więc wymierzył w jego łapy. Żubr chciał skoczyć w stronę maga i zadać śmiertelny cios, ale nie zdołał oderwać się od ziemi. Koszmar warknął głośno i szarpnął. Wyłamał z lodu jedną łapo-dłoń. Miał jednak poważny problem z pozostałymi.
Nie pozostało wiele czasu, trzeba zadać teraz cios w...
– Ataaaaaaaak! – krzyknął nagle ktoś za Pedrem. Chwilę potem obok maga przebiegł Carlos. Wykonał niedokładny gest rękami, ale mimo tego wypuścił z nich jęzor ognia. Nie byłby to głupi ruch, w końcu koszmary są wrażliwe na ogień. Gorzej, że młodszy z braci nie patrzył gdzie celuje i płomienie ledwo liznęły łapy koszmara.
– Carlos! – krzyknął Pedro. Złapał Carlosa za ramię i odciągnął od potwora.
– Pomagam! – ucieszył się młodszy. Zaraz po tym stwierdzeniu Pedro musiał odciągnąć go jeszcze dalej, by nie trafiły go szpony monstrum.
Na tym etapie Pedra nie zdziwił fakt, że monstrum było już wolne. Coś lub KTOŚ roztopił lód na jego łapach.
– Kazałem wam nie podchodzić!
– Ja się nie boję! Będą opiewać w pieśniach moją odwagę... – zaczął Carlos. Przerwało mu mocne huknięcie; Pedro odparowywał magiczną energią kolejny cios.
– Tak, szczególnie, jeśli coś ci się stanie, nieprawdaż?! – warknął starszy.
Koszmar rozdziawił krokodyle szczęki i przechylając głowę ruszył na Pedra, który stał między nim, a Carlosem. Mag w odpowiedzi włożył w te kleszcze swoj kostur skutecznie uniemożliwiając ich zamknięcie. Potem znów użył zaklęcia przywołującego mróz i unieruchomił tak cały łeb koszmara.
– Tu nie chodzi o "odwagę"! – rzucił Pedro. Po tym, wydobył kostur z rozdziawionej paszczy oszołomionego koszmara, użył go żeby utworzyć w swojej dłoni gruby i ostry jak brzytwa lodowy szpikulec. Następnie rzucił go po łuku prosto w kark koszmara. Pocisk wbił się ponad metr wgłąb czarnego cielska; jego czubek przedostał się na drugą stronę szyi. Koszmar zadygotał i upadł, krusząc lód na swojej paszczy o kamienie. Carlos wzdrygnął się, kiedy monstrum opadło na ziemię. Pedro podszedł do brata z delikatnie mówiąc, niezadowoloną miną.
– Jedną rzeczą jest nauka poprzez praktykę, a drugą bezmyślne pakowanie się w sam środek poważnego zagrożenia – mruknął twardo. – To był Koszmar klasy jedenastej. Czy ty masz świadomość, co mogło się stać?
– Braciszku, przecież nic się nie stało.
– Pedro, Pedro, nie traktuj go tak surowo... – mruknął wuj Andre podchodząc do przybranych bratanków.
– Czas najwyższy żeby ktoś potraktował go sprawiedliwie! – rzucił w odpowiedzi Pedro.
Nagle jego kostur znów zabłysnął. Mag nie dezaktywował jeszcze zaklęcia wykrywającego różnego rodzaju potwory i inne zagrożenia.
– Och, więc tobie się wydaje, że... – zaczął Carlos, marszcząc czoło. Przerwał jednak tę myśl widząc, że jego brat odwraca wzrok. – Halo! Mówię do ciebie!
Pedro ruszył na wzniesienie, zza którego wcześniej wyłonił się Koszmar. Przedzierając się przez wysoką trawę dotarł na jego czubek. Wpatrywał się tam w coś przez chwilę.
– Wracajcie do obozu – Po tych słowach zbiegł za wzniesienie.
– "Wracajcie do obozu" – spapugował go Carlos. – Wujku, idziemy.
Wuj Andre podążył ze swoim ulubieńcem śladami Pedra. Co takiego mógł on znaleźć, co...
– Uwaga! – krzyknął starszy z mężczyzn.
Obaj natychmiast wycofali się. Między nich wpadł kolejny Koszmar, przewracając obu na ziemię. Zwierz pozbawiony oczu z pyskiem podobnym do psa, ale z kopytami konia. Gdyby zamiast nich miał pazury, ktoś mógłby zostać pozbawiony kończyny.
Koszmar parsknął i warknął. Odwrócił głowę w kierunku Carlosa. Już miał atakować, kiedy o jego głowę rozbił się lodowy szpikulec. Po chwili nadleciał kolejny, przebijając mu szyję. Potwór chwilę jeszcze próbował łapać ostatnie oddechy, ale wkrótce również padł na ziemię.
– Kolejny? – zdziwił się Andre.
– N-nie wiem – odparł Carlos, podnosząc się z ziemi. Syknął, pocierając obolałe ramię.
– Co wy wyprawiacie – krzyknął szeptem Pedro. – Tu się roi od Koszmarów!
– Raczysz wyjaśnić, dlaczego? – mruknął wuj.
– Skoro tak bardzo chcecie zobaczyć, śmiało, zapraszam – fuknął starszy z braci.
Carlos niepewnie wystawił głowę zza wzniesienia, na którym się znajdowali. Wuj Andre nieco śmielej wszedł wyżej, by rozejrzeć się po okolicy. Zmrużył oczy, którym nadal ciężko było funkcjonować w ciemności. Pedro westchnął, stąd niewiele zobaczą o tej porze, ale niebezpiecznym było sprowadzać ich tam na dół. Podniósł kostur, gromadząc chmury nad nimi. Przesłał między cumulusami dwa pioruny, żeby chociaż przez chwilę rozświetlić ten teren. Rozległy się dwa grzmoty i ziemię na krótką chwilę spowił blask błyskawic. Wuj Andre otworzył szerzej oczy.
– Czy to... Skąd tu... – wydusił.
– Ja nic nie widziałem! – poskarżył się Carlos. – Zrób to jeszcze raz.
– Lepiej dla ciebie, że nie widziałeś – powiedział słabym głosem wuj, odciągając Carlosa z powrotem w stronę obozu.
– Nic dziwnego, że zebrały się tutaj Koszmary – powiedział Pedro. – Zwierzchnicy nawet nie próbowali sprzątnąć tylu ciał...
Andre potarł ręką czoło.
– Idziemy dalej na zachód – zarządził mag. – To nie jest miejsce na postój, a tym bardziej na nocleg. Lada chwila zbierze się tutaj więcej potworów.
Powiał wiatr ze wschodu. Przyniósł ze sobą drażniący nozdrza odór śmierci. Carlos zasłonił sobie nos swoim płaszczem.
– Zbieramy rzeczy i idziemy dalej – powiedział Pedro.
Kryształ znów zabłysnął. W oddali dało się słyszeć złowrogie pomruki.
– Ale chyba nie obejdzie się bez walki.
Wuj Andre drżącą ręką podniósł nóż. Carlos stanął bliżej Pedra. Ten przygotował kolejny ostro zakończony szpikulec ze zbitego lodu.
– Jak dużo ich tu jest? – jęknął najmłodszy uczestnik wyprawy.
– Tyle, ile liczy lokalna kolonia. Ten pierwszy pewnie był zwiadowcą.
<C.D.N.>

Od Diego „Śnieżna postać” cz. 23

 Zima 1456

– To była najlepsza bajka na świecie! – ucieszyła się Lucy.
– Wszystko fajnie się kończy... ale... – zaczął Rick.
Diego zapalił jedną z większych latarni, by rozbić półmrok panujący w izbie. Nie będzie już pokazywał cieni tego wieczora, więc nie musi się ograniczać do jednego źródła światła.
– Naprawdę istnieją dobre smoki?
Kuglarz zastygł w bezruchu; tuż przed zapaleniem kolejnej latarni. Trwał w tej samej pozycji, dopóki płomyk na podpałce nie sparzył go w opuszki palców. Diego syknął i upuścił patyk. Kawałek drewna jakby specjalnie zgasł w locie, by wylądować na dywanie bez stwarzania zagrożenia. Diego wziął w usta zraniony palec.
Smoki? Dobre smoki? Ze słów chłopca wynikało, że ten epitet zwykle nie towarzyszył wspomnianym gadom. Ale kuglarz-łowca zdał sobie sprawę, iż dla niego była to całkiem zwyczajna fraza. Czy u smoków, jak u humanoidów, nie zależało wszystko od charakteru? Czyżby... Diego znał jakieś „dobre smoki”?
– Tak, istnieją. Gdzieś na pewno – powiedział wreszcie opiekun. Nie pamiętał wszystkich szczegółów, ale był pewien swojej odpowiedzi. Wtedy rozległo się bicie zegara. Diego spojrzał na tarczę wskazującą czas.
– No, dzieciaki... do łóżek – zarządził.
– Nieee – jęknął Rick. – Opowiedz coś jeszcze.
– Jeszcze jedną bajkę – dodała Lucy.
– Nie, nie. Już wybiła dziewiąta. Nie ma mowy o dłuższym siedzeniu. Do pokoju marsz! – Diego zaklaskał w dłonie, żeby popędzić podopiecznych.
Dzieci niechętnie skierowały się do wyraźnie wyznaczonego przez opiekuna miejsca. Rick jeszcze odwrócił głowę, by spojrzeć na Diego; spróbować jakoś na niego oddziałać. Mężczyzna musiał odwrócić wzrok od tych błagalnych oczu. Otrzymał od rodziców dzieci dokładne instrukcje. Czas spać.
Kiedy Diego już miał pewność, że Rick i Lucy zostaną grzecznie w łóżkach, zamknął drzwi ich pokoju i udał się do głównego pomieszczenia. Zebrał zabawki pozostawione na środku dywanu; co wiedział, gdzie odłożyć, tam odłożył. Pozostałe przedmioty poukładał pod ścianą, żeby nie walały się pod nogami.
Teraz pozostało tylko czekać aż wrócą rodzice jego podopiecznych.
<C.D.N.>

15 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 2

 Zima 1456

Diego nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak szybkie było jego codzienne tempo chodu. Dopiero kiedy musiał iść równo z Drunem, dostrzegł różnicę między sobą, a pospolitym mieszczaninem. A nie mógł wyjść naprzód; do wspomnianego mężczyzny należało wskazywanie odpowiedniej drogi.
Jak wkroczyli do lasu, Diego wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na cięciwę, żeby w razie potrzeby być przygotowanym. Towarzyszący mu mężczyzna nie miał żadnej broni.
– Jestem handlarzem, nie wojownikiem – tłumaczył się.
Diego uznał w myślach, że to trochę nielogiczne biorąc pod uwagę, w jakim środowisku przyszło im żyć, ale nic nie powiedział. Nie chciał urazić jego uczuć. Zwłaszcza, że Diego brał za tę eskapadę pieniądze.
– Więc... – mruknął Drun, podtrzymując rozmowę – Dlaczego nosisz maskę?
– Zdaje się nosiłem ją zawsze – odparł Diego.
– „Zdaje się”?
– Nie pamiętam, dlaczego ją noszę. Straciłem pamięć jakiś czas temu – powiedział szczerze łowca.
– Ot, ciekawa historia – podsumował Drun.
Pomagając sobie ręką, Diego przeskoczył nad pniem powalonego drzewa. Jego towarzysz musiał obejść przeszkodę; widać było po nim, że nie jest w połowie tak sprawny jak łowca. Nawet pomimo obrania łatwiejszej ścieżki, potknął się o wystający korzeń. Diego złapał go za ramię, żeby się nie przewrócił.
– Teraz koło tego dębu skręcałem w lewo – zakomunikował Drun.
– Czyli idziemy w przeciwnym kierunku; nie w stronę mojego domu.
Mieszczanin spojrzał na Diego.
– Mieszkasz w lesie? Oszalałeś? – rzucił.
Zamaskowany mężczyzna rozłożył ręce. Dla niego nie było w tym nic dziwnego.
– Nie jestem jedynym łowcą mieszkającym poza miastem. Jest jeszcze Conna, Feri...
– Te imiona nic mi nie mówią... – mruknął Drun.
<C.D.N.>

Od Regisa "Ciężka Noc"

 Jesień 1457 

Stał po środku lasu, było późne popołudnie. Klinga w rękach odbijała blednące dzienne światło w kolorze płomieni. Było zimno. Jak na środek jesieni, nawet w na tych terenach było wyjątkowo mroźnie. Słyszał wokół siebie warczenie, wilki. Cztery leżały już rozpłatane na ziemi. Krew wypływająca z ich ciał powoli barwiła podłoże. Z za jego pleców wyskoczył jeden. Szybki ruch ręki i stwór został odepchnięty czarem. Bestia znowu skoczyła i równie szybko padła na ziemię przebita zimną stalą. Gdy łowca wyciągał broń drugi wilk zaatakował. Złapał go za ramię. Pomimo zbroi poczuł atak. Próba zrzucenia skończyła się fiaskiem, stwór trzymał za mocno. Ostatni który czaił się na niego pojawił się przed nim. Próba uniku w bok nie udała się w pełni przez wroga dalej trzymającego za rękę. Wyciągnął nóż i wbił go w oczodół drapieżnika docierając do puszki mózgowej. Uścisk szczęk poluzował się a sam osunął się martwy. Regis był zły, dał się podejść. Wyprostował się i spojrzał w oczy ostatniemu wrogowi. Wilk biegł w jego stronę, pysk wyrażał wściekłość, lecz nie on był wtedy najgroźniejszym osobnikiem. Myśliwy miał dość zabawy. Wyprostował rękę w kierunku przeciwnika, drugą trzymał srebrzysty kamień z widoczna runą. Krótka fraza i w kierunku stwora rozjaśniał błysk. Krótki huk przeszył powietrze. Walka skończona, przeciwnik padł porażony mocą niewielkiej błyskawicy. 

Było już ciemno, gdy ostatnie zwłoki ładował na wóz. Pozostawiony na skraju lasu pojazd pożyczony został od sąsiadów. Warto było narobić sobie przysług, zresztą wilki były problemem wszystkich, więc nie było problemu z zyskaniem potrzebnych rzeczy.  

Dezaktywował zaklęcie bariery wierzchowca, która miała chronić go na czas walki z bestiami. Mieli do przejechania spory kawałek, a noc robiła się coraz mroźniejsza. Jechał powoli. Nie było już się czego obawiać, a wierzchowiec do najsilniejszych nie należał. Kierował się najpierw do domu na skraju miasta. Umówił się z jej mieszkańcem, że sprzeda mu upolowane wilki poza jednym, którego wykorzysta na własny użytek. Noc szybko czerniała przykrywając mrokiem wszystko wokoło, jedynie mała lampka powozu i łuna znad miasta dawały blask i pozwalały zorientować się w położeniu. Jechał tak dłuższą chwilę. Wpatrywał się w czarne zachmurzone niebo. Po pewnym czasie dostrzec można było nieśmiale zerkającą wśród nich tarczę księżyca. Srebrny krąg lśnił na tle bezkresnego mroku. Zaczął czyścić oręż. Co jakiś czas srebrzyste światło odbijało się w klindze. Po doprowadzeniu miecza do odpowiedniego stanu wziął latarnię do ręki i odwrócił się, spojrzał na truchła jeszcze niedawno przeraźliwych bestii których bała się okolica, a teraz. Sterta mięsa skór i kości. Wrócił na poprzednią pozycję 

- Jak tak dalej pójdzie to dla innych łowców zabraknie pracy. Sam wszystko wytłukę. - Powiedział do siebie z lekkim uśmiechem. 

Po dojechaniu do pierwszego z celów podróży szybko rozliczył się z kupującym. Po wyładowaniu sześciu ciał wrócił na powóz cięższy o spory mieszek monet. Nie wiedział skąd ta osoba tyle ich miała ani co zrobi z wilkami, niezbyt go to jednak interesowało. Biznes to biznes. Dobrze płacił, nie awanturował się, to się liczyło. Po jakimś czasie dotarł i do izby właściciela wozu. Po krótkiej rozmowie zarzucił należące do niego ciało bestii na plecy i ruszył w stronę swojego domu. Truchło nie było lekkie, łowca jednak nie przejmował się tym. Lata wędrówek wyrobiły my wytrzymałość, a tu miał jeszcze tylko pół godziny drogi. Przyczepiony do przedniej części zbroi jaśniejący delikatnym światłem kryształ ukazywał polną drogę. Szedł prosto bez zbędnych przystanków, chciał zrzucić z siebie ciało ofiary, które powoli traciło pierwotna temperaturę.  

Wreszcie dotarł. Przekręcił klucz w zamku po czym wszedł do środka. Ława była już przygotowana do rozpracowywania wilka. Położył stwora po czym pozapalał lampy i rozniecił ogień w kominku. Odłożył niepotrzebny w danej chwili ekwipunek i przebrał się w strój przeznaczony do tego typu czynności. Zaczął rozpracowywać zdobycz. Po prawie trzech godzinach pracy oddzielił od siebie skórę, mięso, tłuszcz, wnętrzności i kości. Skórę, wnętrzności w naczyniach i czaszkę zwierza zaniósł do schowka. Ciepło wnętrza przyśpieszyło by procesy rozkładu, a dzięki zimnie dalsze z nimi prace mogły poczekać do jutra, gdy planował udać się do garbarni. Kości wyniósł przed dom, jutro pomyśli co z nimi zrobić. Mięso porozdzielał. Część wsadził to wcześniej przygotowanych naczyń, inne natarł przyprawami i zaniósł do wędzenia. Tłuszcz przełożył do glinianych dzbanów, szczelnie zatkał i zaniósł do piwnicy. Posprzątał po wszystkim i po długim dniu mógł wreszcie odpocząć. Zagotował wodę i zaparzył sobie mięty. Siadł na krześle i oparł się o stół. Powoli popijając napój rozglądał się po domostwie. Pomimo minięcia miesięcy od kiedy w nim zamieszkał, dalej czuł uczucie czegoś nowego. Pierwszy raz w życiu miał tak naprawdę do czego wracać. Ciepłe domowe cztery kąty zawsze były poza jego możliwościami, tymczasem dziś miał je na własność. Nie dawała mu jednak spokoju myśl, czy aby na pewno to jest to czego chce. Całe życie pod niebem, a teraz sam się zamyka. Nie był pewny co o tym myśleć. Godzina była jednak późna, zdecydował się wiec ukrócić ten wewnętrzny dialog i szykować do snu. Zagrzał wody na szybki prysznic i umył się. Przebrał się w grubą koszule nocną i podobne jej spodnie po czym ruszył w kierunku sypialni. Znajdowała się ona po prawej stronie krótkiego korytarza na pierwszym piętrze domu. Pokój nie był największym jaki można było znaleźć w budynku, ale taki mu starczał. Łóżko, krzesło i półka na szpargały były jedynymi meblami pomieszczenia. Poza nimi można było znaleźć jeszcze tylko okno ukazujące widok sprzed domu.  

Położył się na łożu i przykrył kocem, który zawsze tam leżał. Nie lubił pościeli, dlatego koc był gruby, idealny na chłodne miesiące. Zgasił lampę, która zabrał ze sobą z dołu, po czym zamknął oczy z nadzieją na szybki sen, ten jednak długo nie przychodził.  

Leżał długo nie mogąc zmrużyć oka. Nie wiedział czemu sen nie może go ukoić. Po całym dniu powinien być umordowany, mimo to nic. Był w tym stanie przez dłuższy czas, aż wreszcie się udało. Nie był pewny, dlaczego, może w końcu zmęczenie, a może znudzenie, to już nie miało dla niego znaczenia. Sen jednak nie był błogi. To co przyszło do niego w trakcie nocy nie należało do przyjemnych. Koszmary dni minionych wróciły. Przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Obudził się w środku nocy oblany potem. Wstał i poszedł na dół. Zapalił lampy by rozświetlić ciemne wnętrze domostwa. Noc nie chyliła się jeszcze ku końcowi. Znowu zrobił sobie mięte i siadł przy ławie. 

- Znowu to samo - powiedział opierając bladą twarz o rękę - wcześnie zacząłem ten dzień - wyszeptał cicho z ironicznym uśmiechem pochylając głowę i spoglądając na dno kubka, w który poruszona ciecz zaczęła robić delikatne okręgi. 

Od Diego „Śnieżna postać” cz. 22

 Zima 1456

– Ani jedno, ani drugie – Diego pokręcił głową. Złożył palce w nowy kształt. – To były... GOBLINY!
Lucy pisnęła i schowała się za brata. Ten otworzył lekko usta, wpatrując się na przerażający cień na ścianie. Kuglarz osiągnął to, na co liczył; dzieci czekały z zapartym tchem na dalszą część historii.
Diego opowiedział, jak smok użył swojego instynktu żeby odnaleźć leże goblinów. Potem, rycerz dostał się niepostrzeżenie do wnętrza kolonii; udał jednego z nich i w odpowiednim przebraniu przemknął między strażnikami. Dotarł tym sposobem do króla goblinów. Odnalazł tam wszystkie skradzione skarby i zwierzynę. Ale nie wystarczyło odzyskać te przedmioty, trzeba było jakoś rozprawić się z samymi potworami.
– Wtedy rycerz dał sygnał smokowi. Złożył ręce i zagwizdał. O tak – Diego ułożył odpowiednio dłonie i dmuchnął w powstały instrument. Po pokoju rozniósł się niski, ale donośny gwizd.
– I jak smok dostał się tam pod ziemię? – zapytał Rick, kiedy podziw wobec powstałego dźwięku już opadł.
– Użył swojej siły i płomienistego oddechu, żeby rozbić skałę nad komnatą króla. Wpadł do środka z wielkim hukiem – Diego za pomocą cienia na ścianie zaprezentował wybuch. Jednocześnie całkiem umiejętnie naśladował odgłos eksplozji i trzasku skał. – Wtedy król goblinów zawołał na pomoc całą kolonię. Rozpoczęła się zaciekła walka.
– O nie! – zawołała Lucy.
– Rycerz i smok ramię w ramię dzielnie walczyli z goblinami. Nie dali do siebie się nawet zbliżyć. Ich współpraca dała im wielką przewagę nad wrogiem. Smok ział ogniem, uderzał pazurami, kłapał szczękami. – Diego dyskretnie spojrzał na swoją ściągawkę. – Rycerz dzielnie władał mieczem i tarczą, pomagając sobie magicznymi przedmiotami, które wcześniej ukradł król goblinów.
– Jakie to były przedmioty? – zapytał Rick.
Diego chwilę nic nie odpowiadał. Nie uwzględnił w swoim planie odpowiedzi na pytanie o takie konkrety. Dopiero po kilkunastu sekundach w jego głowie zawitała świeża wena i pomysły.
– Miał naszyjnik wspomagający energię i pierścień dający nadludzką siłę. Jeden cios wystarczył by powalić dziesięć potworów! – Diego wyciągnął przed siebie pięść, udając, że to on coś uderza.
– Łaaał! – powiedziało zgodnie rodzeństwo.
– Lecz nagle z jednego z tuneli wyskoczył nowy goblin. Akurat, kiedy rycerz był odwrócony doń plecami. Potwór schwycił śmiałka i powalił go na ziemię – Diego uniósł dłonie, spiął palce, udał, że oplata coś dłońmi. Skierował pięść ku ziemi, jakby to on kogoś dramatycznie przewracał.
Dzieci otworzyły szerzej oczy. To nagłe przechylenie szali zwycięstwa bardzo je poruszyło.
– Smok chciał mu pomóc, ale chwila nieuwagi wystarczyła, by gobliny zaatakowały i jego. Oblazły gada jak stado mrówek.
Lucy znów pisnęła. Przytuliła się do swojej maskotki, a następnie do siedzącego obok brata.
– Co było dalej? Diego, co było dalej? – wydusił Rick.
– Dało się słyszeć tylko mamrotanie potworów i zduszone krzyki nowych przyjaciół. Myśleli, że to koniec. Ale wtedy rycerz dosięgnął, zupełnie przypadkiem, ostatniej broni, którą skradły gobliny - kosturu starego, potężnego maga. Monstra były za głupie, żeby wiedzieć, do czego służył i jak go użyć. Tym różniły się od rycerza, który tak naprawdę sam miał w sobie krew magów...
Dzieci przysunęły się bliżej opiekuna. Nie było mowy o odwróceniu od niego wzroku choćby na chwilę.
– Pomieszczenie wypełnił biały rozbłysk. Kiedy zniknął, zabrał ze sobą również gobliny. Towarzysze broni i nowi przyjaciele wrócili do miasta z wszystkimi łupami jako zwycięscy; jako bohaterowie. Smok już nigdy nie został niesprawiedliwie posądzony o nikczemne działania przeciw mieszkańcom okolicy, a rycerz poświęcił następne lata na zgłębienie tajemnicy swojego pochodzenia. I tak zakończyła się ta przygoda.
<C.D.N.>

14 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 1

 Zima 1456

Diego wracał z kolejnej zmiany w roli opiekuna. Dziś wyszedł całkiem wcześnie; ojciec jego podopiecznych wrócił szybciej. Nie wiązało się to jednak z obniżeniem opłaty; gospodarz dotrzymał słowa i wręczył Diego tyle Ora, ile miał otrzymać za ten dzień.
Diego ruszył ulicami Rivot. Jego plan dnia zakładał, że opieka nad Rickiem i Lucy potrwa znacznie dłużej. Pomyślał, że w tej sytuacji wstąpi do jednego ze sklepów i dokupi składników na farbę do swojej maski. Miał jej jeszcze dość na kilka warstw, ale zrobienie zapasów nie zaszkodzi. Po powrocie do domu wyrobi barwnik, będzie to dobre spożytkowanie czasu.
Wchodząc w nową uliczkę Diego natknął się na dyskutujących mieszczan. Czy chciał, czy nie, usłyszał, o czym rozprawiali. 
– Nie ma mowy żebym tam wrócił sam. Od tamtej pory boję się wchodzić do lasu – powiedział niski mężczyzna do swojego znajomego.
– Nie mów, że boisz się Leszego – zaśmiał się jego kolega. – Albo Dooma.
– Boję się wilków. Ledwo uszedłem z życiem! Ale musiałem zostawić mój wóz.
– Przepraszam, wilki sprawiają problemy? – pozwolił sobie wtrącić się Diego.
– Wściekłe szare potwory! Zębata karykatura psowatego! – rzucił ze złością niski jegomość. – Ile pieniędzy przez nie straciłem!
– Może wóz nadal tam jest? – mruknął kuglarz-łowca. – Według mnie jest na to realna szansa. Co w nim pan przewoził?
– Ha, nie powiem ci, cwaniaczku. Myślisz, że...
– Drun, myślę, że on chce ci pomóc – zaznaczył kolega mieszczanina.
– Jestem łowcą – powiedział Diego. – Po to tu jestem.
– Ty? Łowcą? – zdziwił się Drun. Przejechał wzrokiem po niepozornej sylwetce.
– Dopiero się uczę – przyznał szczerze kuglarz-łowca. – Ale z wilkami na pewno sobie poradzę. – Zdjął z ramienia łuk. – Mógłbym eskortować pana w drodze przez las. Może odszukamy pana dobytek.
– Hm, skoro tak... Możemy ruszyć choćby zaraz.
– Chwila, łowca na pewno nie zrobi tego za darmo. Masz mu czym zapłacić? – wtrącił znajomy Druna.
Niski mieszczanin sięgnął do swoich manatków i wyciągnął stamtąd sakiewkę.
– To będzie zaliczka. Zapłacę ci więcej, jeśli odzyskamy mój wóz.
Diego uśmiechnął się do siebie. To będzie nawet lepsze spożytkowanie zyskanego czasu. 
<C.D.N.>