Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

18 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 5

 Zima 1456

Diego wraz z Drunem ruszyli dalej przez las. Cały czas kążyli jeden obok drugiego; w końcu tylko łowca miał ze sobą gotową do wystrzału broń. Tylko on w ogóle miał broń. Przystawali na każdy odgłos i jakikolwiek kształt, który mógłby być kolejnym zwierzęciem.
– Jak na łowcę, jakoś mało bezpiecznie się czuję pod twoją opieką – rzucił Drun.
– Mówiłem, że dopiero się uczę – mruknął Diego. – Niczego przed panem nie ukrywałem.
– A przyjąłeś zaliczkę. To było twoje zapewnienie, że sobie poradzisz – kontynuował kupiec.
– Przepraszam, przecież zabiłem tamtego wilka. Nie wiem o co panu chodzi.
– Też mi się trafił łowca... – wymamrotał Drun.
Diego westchnął; nic już nie powiedział. Poczuł się trochę winny przez fakt, że nie spełnia oczekiwań zleceniodawcy.
Po jakimś czasie obaj ujrzeli za drzewami jakiś nowy kształt. Był z o wiele ciemniejszy, niż bure pnie i niższy od nich.
– Mój wóz! – prawie wykrzyknął Drun.
– Ciszej – Diego uniósł dłonie, żeby uspokoić nieco kupca. – Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni.
Handlarz rozejrzał się, ale tylko pobieżnie. Wybiegł w stronę swojego dobytku i z radością wymalowaną na twarzy dopadł wozu. Diego po cichu, z wciąż napiętym łukiem, dołączył do towarzysza. Dopiero teraz mógł poznać, co tak właściwie przewoził tędy Drun. Wyglądało to na jakieś krzywo wykute rupiecie; tu nożyce, tam jakiś ostro zakończony pręt... Niektórzy po prostu nazwaliby te rzeczy śmieciami.
– Po to chciał pan wracać taki kawał drogi? – zdziwił się łowca.
– Um... Tak. To... rodzinne pamiątki – wyjaśnił z wahaniem w głosie Drun.
Diego przyjrzał się badawczo wozowi. Jedyne co zwróciło jego uwagę, to to, jak nieporęcznie był skonstruowany. Miał bardzo grubą podstawę, co pewnie utrudniało transport.
Drun złapał uchwyty wozu. Był to ten typ, który ciągnie się w pojedynkę, ale Diego i tak postanowił pomóc. Przewiesił łuk przez ramię i powiedział:
– Ja mogę go pchać, będzie wtedy szybciej.
Drun skinął głową, choć zrobił to niechętnie. Diego oparł dłonie na tyle wozu, ale wtem poczuł pewien charakterystyczny zapach.
– Co jest? Miałeś pchać – Drun spostrzegł, że Diego nie przykłada do zadania dużo siły. Łowca był rozkojarzony.
– Czuję... urynę wilka – powiedział wreszcie zamaskowany mężczyzna.
– Co..?
– Wilki oznaczyły pana wóz. Na pewno są blisko – podsumował Diego. Zdjął dłonie z drewna i napiął z powrotem łuk. – Będzie musiał pan ciągnąć go sam – Obrócił się parę razy celując strzałą w okoliczne krzewy.
– Aha! Czyli twój instynkt faktycznie działa!
– Nie, mówiłem panu, ja nie mam żadnego... – zaczął się tłumaczyć Diego. Spuścił przez to gardę; opuścił nieznacznie łuk i delikatnie zmniejszył napięcie cięciwy.
Zrobił to w złym momencie.
<C.D.N.>

Od Diego „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 1 (cd. Pedro)

 Zima 1456

Diego obudziło w środku nocy kłucie w gardle. Zerwał się z miejsca i zaczął kasłać. Czuł się, jakby coś go uwierało w tchawicę i na pewno nie była to ślina. Na szczęście kilka sekund siłowania się z własnym organizmem wystarczyło, by nieprzyjemne uczucie zniknęło.
No ładnie... pewnie to spanie pod samą kurtką w roli kołdry odbiło się na jego zdrowiu. Od kilku dni kuglarz nie musiał już walczyć z Tingiem o okrycia, ale może w przeszłości coś przez to zamieszanie złapał.
Co się miało stać już się stało.

 Lato 1457

Słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie złociste promienie oświetlały jeszcze dachy budynków. Diego stanął jeszcze raz na rękach, potem na tylko jednej. Publika zamruczała z podziwem. Mężczyzna podskoczył z tej pozycji i wykonał salto, by powrócić do podobnego ułożenia ciała. Ostatni spektatorzy zaklaskali. W sakiewce kuglarza brzdęknęło kilka dodatkowych Ora.
– Dziękuję wam bardzo. Jutro też tu wrócę – oznajmił Diego, stając już na dwóch nogach jak normalny człowiek. Po tych słowach, ukłonił się nisko, zdejmując z głowy czapkę. Wybrzmiały ponownie oklaski.
Nagle Diego poczuł ścisk w gardle. Zakrztusił się. Jednocześnie poczuł swego rodzaju mrowienie przechodzące od czubka głowy po stopy. To wszystko trwało jednak tylko kilka sekund. Po tym, samopoczucie kuglarza wróciło do normy. Diego zignorował więc to zjawisko, zebrał swoje rekwizyty, zarobione pieniądze i wybrał się do domu.
<Pedro?>

17 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 4

 Zima 1456

Wilk podszedł bliżej podróżników. Wydał z siebie donośne warknięcie.
– Na co czekasz?! Zrób coś! Jesteś łowcą do diaska! – rzucił Drun.
Diego naciągnął cięciwę. Wycofał się kilka kroków, by utrzymać bezpieczny dystans między nimi, a zwierzęciem. Wilk znowu warknął. Następnie, kłapnął zębami. Zdaje się, że to było ostatnie ostrzeżenie przed prawdziwym atakiem.
Łowca wreszcie wypuścił strzałę. Pocisk omsknął się i zamiast trafić napastnika w głowę, utknął w jego grzbiecie. Zwierzę oszołomione nagłą iskrą bólu skoczyło w stronę Diego. Łowca szybko uniknął ataku, ciągnąc Druna za sobą, by ten czasem nie oberwał rykoszetem. Wilk wbił pazury w ziemię i odwrócił się. Wtedy dostał drugą strzałą; tym razem już celniej. Pocisk przebił jego czaszkę. Zwierzę osunęło się na ziemię. Drun wychylił się niepewnie zza pleców Diego, by spojrzeć na drapieżnika.
– Paskudne, śmierdzące... – mruknął.
Łowca nie podzielał opinii towarzysza, a na pewno nie do takiego stopnia. Nie powiedział jednak nic, nieuprzejmym byłoby się teraz sprzeczać ze zleceniodawcą. Zwłaszcza, że na tym etapie Diego już sam nie wiedział, czym dla niego były wilki. Traktował je jako rozumne stworzenia, czy jako agresywne, dzikie zwierzęta? Ten, którego napotkali, raczej wpisywał się w drugą kategorię.
Na wszelki wypadek Diego wyjął z kołczanu jeszcze jedną strzałę. Miał przeczucie, że ów zwierz nie będzie jedynym, na którego trafią. Gdzieś tutaj może się czaić cała wataha.
<C.D.N.>

Od Pedra "W trasie" cz. 2

 Jesień 1456

Słońce chyliło się ku zachodowi. Po całym dniu jazdy, a potem, odkąd wkroczyli w tereny lasów, marszu, podróżnicy zasłużyli na odpoczynek. Rozbili obóz na skraju boru i jak co dzień, rozpalili ogień. Pedro dołączył do wuja i brata dopiero jak upewnił się, że konie im nie uciekną.
– Co powiecie na to, że gdybym mógł, to bym wytresował i dosiadł smoka! – Carlos Przejechał palcami po lutni. – Ja i mój smok, podbijający cały świat...
– Słyszałeś ty kiedy historię o "dobrym smoku"? – mruknął Pedro. – Zejdź na ziemię, jeśli istnieją, bądź istniały nie bez powodu zawsze są tą złą siłą, która atakuje i niszczy i musi zostać zgładzona.
– Wierzę, że to tylko naleciałości związane z pewnymi niedopowiedzeniami – wyrecytował Carlos. – Jak z wampirami. Nie są złe per se, a jednak wielu ludzi w to wierzy. Cóż za smutny los... – Wyjął z kapelusza pióro i zaczął coś pisać. – "O losie odrzuconych" brzmi jak dobry tytuł!
– Uwierz, tytuł nie świadczy jeszcze o jakości tworu – rzucił jego brat.
– Huh! Tytuł musi być dobry, to pierwsze co pozna czytelnik, pierwsze co pozna odbiorca! To nawet ważniejsze od pierwszych słów samej treści.
– Śmiem się nie zgodzić – Pedro oparł dłonie na kolanach skrzyżowanych nóg. – Tytuł ma przykuwać uwagę, ale nie decyduje się po samym tytule, czy będzie się czytało całość.
– Ja tam zwracam uwagę głównie na tytuły. No i... ilustracje. Ilustracje to podstawa – zapewnił Carlos. – Piękne kolory rozbijają monotonię tekstu... Dlatego zawsze jak się podpisuję dorysowuję małego słowika!
– Ilustracje? Przydatne są tylko w zielnikach i w niczym poza tym. Odwracają uwagę, odbierają możliwość interpretacji opisu. Stawiają cię przed faktem dokonanym, odwalają robotę za ciebie.
– Rety, Pedro naprawdę jesteś przeciwnikiem ilustracji w książkach – zaśmiał się wuj Andre, grzebiąc patykiem w ogniu. – Nigdy nie widziałem, żeby ktoś podchodził do tego tematu z taką powagą.
– Śmiało, powiedz mi, że to nieważne – wyzwał Pedro. – Powiedz mi, że nie ważne jest utrzymanie uwagi czytającego. Jeśli książka nie potrafi się obronić bez ilustracji, nie jest książką tylko opowiadaniem dla dzieci.
– Nie ubliżaj inteligencji dzieci, są bystrzejsze i sprytniejsze, niż ci się wydaje – zauważył wuj.
– A więc uważasz, że dziecko potrafi skupić się na książce bez obrazków? – Pedro złożył razem palce dłoni.
– Tak uważam – potwierdził Andre.
– Więc popierasz mój argument. Obrazki są zbędne.
– Nie, bo... Um... – zająknął się przybrany wuj braci. – Słuchaj, są sytuacje kiedy obrazki są potrzebne i kiedy są niepotrzebne. To zawsze miły dodatek, ale...
– Nieraz tylko sztucznie zawyżają liczbę stron – mruknął Pedro z irytacją w głosie. – Obiecują ci powieść na sto stron, a tak naprawdę otrzymujesz ich tylko osiemdziesiąt.
– Wracając do tematu smoków... – wtrącił Carlos. – Gdybym miał wybierać kolor, wybrałbym niebieski odcień łusek. Albo błękit nieba, albo toń morską. Nic pomiędzy.
– Dobry wybór – wuj Andre sięgnął po bukłak. Pociągnął zeń łyk i zaproponował braciom. Carlos z wielką chęcią przyjął sfermentowany napój. Pedro pokazał dłonią, że nie chce wina. Wolał pozostać czujny, mimo wszystko byli w dziczy a kostur może nie wyłapać każdego rodzaju zagrożenia; zaklęcie było niedoskonałe.
– Smoka się nie boisz, a wyverny już tak? – mruknął Pedro, złośliwie podnosząc jedną brew.
– Wyverna to nie smok! To wredna gadzina! – prawie wykrzyknął Carlos. Pociągnął jeszcze jeden łyk napoju. – Nie bez powodu każda historia z wyverną kończy się tak, jak się kończy.
– To w końcu wierzysz tym historiom z przeszłości, czy nie? – Pedro przewrócił oczami. – Zdecyduj się.
– Wierzę niektórym. Tym, którym warto wierzyć – Carlos podniósł dumnie głowę.
– A po czym to poznajesz, co?
– Na pewno nie po twoich rekomendacjach – rzucił młodszy z braci.
– Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek polecał ci cokolwiek, co podchodzi pod fikcje – powiedział Pedro. – Starczy, że bez przerwy sam ją pisujesz.
– Moja poezja to nie fikcja! – oburzył się Carlos. – To wszystko jest ugruntowane w emocjach; one są tu na pierwszym planie, nie ma nic realniejszego od nich! Emocje to potęga przekazu!
– Twoje zaklęcia byłyby silniejsze. Gdybyś tylko choć raz się postarał i wziął do roboty.
– Czego się go tak czepiasz? – wtrącił znów wuj. – Kto powiedział, że on chce być magiem? Albo łowcą?
– Bycia magiem się nie wybiera. Albo się z tym rodzisz albo nie – rzucił sucho Pedro. – A łowcą to sam chciał zostać.
– Dodatkowo – zaznaczył Carlos. – Liczyłem, że będzie to źródło inspiracji, a nie pretekst do wysłuchiwania kolejnych twoich wykładów.
– To kim jesteś na pełen etat, hm? – Pedro spojrzał na młodszego.
– Śpiewakiem poetą. To chyba oczywiste, braciszku.
– I jak dobrze tym zarabiasz na życie? – kontynuował starszy mag.
– Lepiej od ciebie. „Patrzcie, jestem Pedro i ganiam za potworami żeby dostać złamanego Ora” – Carlos wyciągnął dłoń, żeby zabrać bratu okulary, które byłyby idealnym dodatkiem do tej parodii. Pedro złapał go za rękę.
– Za większe płacą nawet w Fenach.
– Cieszy mnie twoje szczęście – Carlos wyszczerzył zęby. – Pozwól mnie cieszyć się również moim szczęściem.
– Nie będziesz szczęśliwy, jeśli będziesz dalej marnował swój potencjał – oznajmił Pedro.
– Znowu ta gadka o „potencjale”... Nie masz czegoś innego? To się robi nudne.
– Pedro, pozwoliłbyś mu wybrać jego własną ścieżkę – mruknął wuj Andre. – Nie chce to nie, co ci to przeszkadza.
– Carlos marnuje się – Pedro wskazał na wspomnianego osobnika. – Zmarnowanie takiego talentu to największa zbrodnia przeciwko naszemu rodzajowi magii.
– Nienapisanie tych wszystkich pieśni, które mam w głowie, byłoby gorszą zbrodnią! – zaznaczył donośnym głosem Carlos.
<C.D.N.>

Od Diego „Śnieżna postać” cz. 24

 Zima 1456

Diego skończył toczyć ostatnią kulę śniegu. Przyklepał ją dłońmi, by mieć pewność, że się nie rozpadnie. Następnie zaczął układać śnieżną wieżę, która lada chwila stanie się bałwanem. Kuglarz dodał ramiona z grubych gałęzi i twarz z kamieni. Pozostawała jeszcze kwestia dania tej figurze jakiegoś nakrycia głowy. Diego postanowił zdjąć swoją czapkę i na chwilę umieścić ją na bałwanie. Ot; dla żartu. W końcu żarty i wygłupy to specjalność kuglarza.
Diego zastanawiał się, czy zostawić bałwana pod swoim domem, czy może będzie to zbyt... dziecinne. Ale z drugiej strony, może ta figura odstraszy pomniejsze zwierzęta, które mogłyby się tu przyplątać. Albo ptaki, które lubią ćwierkać jeszcze przed wschodem słońca. Może bałwan zadziała jak strach na wróble?
Chociaż... to dom Diego. Czy w ogóle potrzebne jest usprawiedliwienie dla obecności bałwana? Jeśli jest to coś, co przypomina mu chociaż ułamek przeszłości, jest wart zachowania.
Diego zdjął z głowy bałwana swoją czapkę. Lepiej mu będzie w starym garnku. Chyba w domu kuglarza był jakiś dziurawy, który nada się tu idealnie.
Mężczyzna wspiął się po drabince na ganek swojego domku na drzewie. Spojrzał na bałwana z góry. Wytężył umysł, próbując skojarzyć, co przypominała mu ta postać. No dalej, na pewno istnieje coś z tym związanego.
Nagle jakby z umysłu Diego spadła jakaś osłona, a przynajmniej jej część. Diego usłyszał w głowie odgłos śmiechów. Tak, śmiechów jego przyjaciół.
– D.J., zrób nam zdjęcie!
Następnie przypomniał sobie zimną śnieżkę, która uderzyła go tego dnia w plecy.
<C.D.N.>

16 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 3

 Zima 1456

Diego nie widział jeszcze tej części lasu. Rozpoznałby znajomą drogę, ale ta do nich nie należała. Łowca nie zajmował się często zwiedzaniem okolicy swojego domu. Uznał, że nie znalazłby tu nic szczególnie ciekawego, ani wartego jego czasu.
– Znasz historię o władczyni wilków? – zapytał Drun.
– Nie – odparł Diego. – To jakaś legenda?
– Niektórzy twierdzą, że to prawdziwa historia.
– Chcesz mi ją opowiedzieć? – poprosił łowca.
– Huh, widać, że dopiero się uczysz. Więc... W czasach zanim człowiek udomowił zwierzęta, wilki miały swoją władczynię. Bezwzględną, pełną nienawiści do rodzaju ludzkiego. Rozkazała wilkom atakować każdego człowieka, którego napotkają. Miała być to zemsta za próbę oswojenia jej poddanych.
Diego słuchał z uwagą, ale nie odwracał wzroku od otoczenia, ani nie opuszczał łuku. Byłoby to nierozsądne, skoro jest tu jako eskorta. Niemniej jednak, łowca poczuł, że zachowuje się ciut niegrzecznie, nie patrząc na rozmówcę.
– I jak się kończy ta historia?
– Śmiercią władczyni wilków. Ludzie zdołali ją zabić. Wtedy jej poddani podzielili się na dwie grupy; psy i wilki. Jedna przyłączyła się do ludzi, a druga pozostała wierna wyrokom swojej pani.
– Czyli mówisz, że nadal atakują... – Diego zastanowił się nad swoim nastawieniem wobec wilków. Zrozumiał, iż nie widział w nich potworów. Postrzegał je jako zwykłe zwierzęta, a może nawet coś więcej. Może gdyby nie atakowały wszystkiego, co się rusza, dałoby się z nimi... dogadać? Hm, cóż za dziwna myśl. Skąd się ona wzięła?
Nagle coś zaszeleściło między drzewami. Drun i Diego stanęli w bezruchu.
– Co to było? – wydusił kupiec.
– Jeszcze nie wiem – odparł łowca.
– Co ci mówi instynkt? – zapytał Drun, chowając się za towarzyszem.
– Przepraszam? Jaki instynkt?
– To nie jest tak, że wy wszyscy łowcy macie instynkt, który was informuje o otoczeniu i zagrożeniach? – kontynuował handlarz.
– Um... Nie.
Wreszcie spośród roślinności wyłoniło się źródło wspomnianych dźwięków. Nie było mowy o pomyłce; był to wilk. Jednak zdziwił on Diego swoim wyglądem. Przypominał dzikie monstrum, a nie coś, z czym dałoby się dogadać. Spojrzenie puste, agresywne, pozbawione głębszych pragnień, wręcz bezmyślne. Wilk odsłonił kły i zjeżył kark. Oczywista reakcja na intruzów.
Diego poczuł się... zawiedziony. Może wcale nie miał na myśli wilków, kiedy w jego głowie pojawił się wizerunek inteligentnych, łagodnych stworzeń. Może pomylił nazwy, może amnezja pomieszała mu w głowie pewne pojęcia...
<C.D.N.>

Od Pedra "W trasie" cz. 1

 Jesień 1456

Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Trójka podróżników znajdowała się daleko od wszelkich terenów zabudowanych, więc nie pozostało im nic innego jak rozbicie obozu na łące.
Carlos, zamiast pomagać, zaczął stroić lutnię. Wydobywał kolejno z każdej struny dźwięk i poprawiał jego brzmienie dostosowując napięcie. Robił to na słuch; zresztą jak zawsze, nie zostawiając wiele przypadkowi. Akurat w tej jednej rzeczy był dokładny.
W tym samym czasie Pedro dorzucał drwa do ognia. W niebo wzbiły się chmary iskier. Carlos podniósł wzrok znad instrumentu. Ze złośliwym uśmieszkiem brzdąknął lutnią, a iskry poleciały na kolana Pedra.
– Ej!
– To nie ja – powiedział Carlos z niewinną minką. Po tym, wrócił do poprawiania napięcia strun. Wuj Andre zachichotał.
Pedro strzepnął popielaty kurz z kolan.
– Też mi coś – mruknął jakby do siebie.
Zdjął okulary, żeby je przetrzeć. Wtedy kryształ na położonym nieopodal kosturze maga zabłysnął. Pedro natychmiast wyprostował się i zaczął wodzić wzrokiem po niemalże zupełnie ciemnej okolicy.
– Co się dzieje, synku? – zapytał wuj Andre.
– Pedro znów ma swój napad. Wrażliwość jelenia – zachichotał Carlos.
Pedro jednym ruchem podniósł kostur, a drugim przywołał na siebie brakujące elementy zbroi (poza hełmem bo tego nie zwykł w ogóle nosić). Carlosowi zrzedła mina na ten widok. Zrozumiał, że braciszek naprawdę szykuje się do walki.
– Pedro? – zapytał wuj.
– Cisza – zarządził mag. Wpatrywał się w jakiś punkt na łące w oddali. Coś tam było. Cień na tle nocnego nieba. – Koszmar. Kryjcie się – oznajmił Pedro.
– Smith nie chowa się przed zagrożeniem – Andre wstał z miejsca i wyjął z pochew dwa długie noże. Wypiął dumnie pierś.
– Może powtórzę... KOSZMAR. Klasa co najmniej dziesiąta.
– Jesteś pewien, że chcesz iść tam sam? – spytał. – Carlos, ty drżysz! – dodał, spoglądając na drugiego "bratanka".
– Co? W-wydaje ci się, wuju.
Pedro ruszył naprzód.
– Zostańcie tu i weźcie z ognia po pochodni. Powinny odstraszyć potwora. Gdyby to nic nie dało uciekajcie w dwie różne strony – poinstruował bliskich na odchodnym.
Mag zaczął gromadzić w krysztale kostura energię. Kamień lśnił coraz jaśniej. Teraz nie było już mowy, że Koszmar przegapi sylwetkę Pedra. I o to właśnie chodziło. Mag wiedział, że wuj Andre był gotów stanąć do walki z potworem, ale w jego ocenie mężczyzna nie miał dość doświadczenia, by podołać zadaniu. Nie mówiąc już o ubywających z wiekiem siłach. A Carlos... cóż, Carlos jako początkujący łowca również nie powinien zbliżać się do Koszmara ani vice versa.
Pedro osobiście zadba by tak było.
Wreszcie mag był w stanie wyraźniej dojrzeć potwora. Przypominał on coś między przerośniętym humanoidem a żubrem. Miał za to głowę przypominającą futrzastego krokodyla.
Koszmar ruszył w kierunku Pedra. Najpierw powoli, by wkrótce przyspieszyć do galopu. Mag skupił w sobie wszystkie siły i wypuścił w stronę monstrum czar zamrażający. Bez żadnych wspomagaczy nie wystarczyłoby mu energii na unieruchomienie całego potwora, więc wymierzył w jego łapy. Żubr chciał skoczyć w stronę maga i zadać śmiertelny cios, ale nie zdołał oderwać się od ziemi. Koszmar warknął głośno i szarpnął. Wyłamał z lodu jedną łapo-dłoń. Miał jednak poważny problem z pozostałymi.
Nie pozostało wiele czasu, trzeba zadać teraz cios w...
– Ataaaaaaaak! – krzyknął nagle ktoś za Pedrem. Chwilę potem obok maga przebiegł Carlos. Wykonał niedokładny gest rękami, ale mimo tego wypuścił z nich jęzor ognia. Nie byłby to głupi ruch, w końcu koszmary są wrażliwe na ogień. Gorzej, że młodszy z braci nie patrzył gdzie celuje i płomienie ledwo liznęły łapy koszmara.
– Carlos! – krzyknął Pedro. Złapał Carlosa za ramię i odciągnął od potwora.
– Pomagam! – ucieszył się młodszy. Zaraz po tym stwierdzeniu Pedro musiał odciągnąć go jeszcze dalej, by nie trafiły go szpony monstrum.
Na tym etapie Pedra nie zdziwił fakt, że monstrum było już wolne. Coś lub KTOŚ roztopił lód na jego łapach.
– Kazałem wam nie podchodzić!
– Ja się nie boję! Będą opiewać w pieśniach moją odwagę... – zaczął Carlos. Przerwało mu mocne huknięcie; Pedro odparowywał magiczną energią kolejny cios.
– Tak, szczególnie, jeśli coś ci się stanie, nieprawdaż?! – warknął starszy.
Koszmar rozdziawił krokodyle szczęki i przechylając głowę ruszył na Pedra, który stał między nim, a Carlosem. Mag w odpowiedzi włożył w te kleszcze swoj kostur skutecznie uniemożliwiając ich zamknięcie. Potem znów użył zaklęcia przywołującego mróz i unieruchomił tak cały łeb koszmara.
– Tu nie chodzi o "odwagę"! – rzucił Pedro. Po tym, wydobył kostur z rozdziawionej paszczy oszołomionego koszmara, użył go żeby utworzyć w swojej dłoni gruby i ostry jak brzytwa lodowy szpikulec. Następnie rzucił go po łuku prosto w kark koszmara. Pocisk wbił się ponad metr wgłąb czarnego cielska; jego czubek przedostał się na drugą stronę szyi. Koszmar zadygotał i upadł, krusząc lód na swojej paszczy o kamienie. Carlos wzdrygnął się, kiedy monstrum opadło na ziemię. Pedro podszedł do brata z delikatnie mówiąc, niezadowoloną miną.
– Jedną rzeczą jest nauka poprzez praktykę, a drugą bezmyślne pakowanie się w sam środek poważnego zagrożenia – mruknął twardo. – To był Koszmar klasy jedenastej. Czy ty masz świadomość, co mogło się stać?
– Braciszku, przecież nic się nie stało.
– Pedro, Pedro, nie traktuj go tak surowo... – mruknął wuj Andre podchodząc do przybranych bratanków.
– Czas najwyższy żeby ktoś potraktował go sprawiedliwie! – rzucił w odpowiedzi Pedro.
Nagle jego kostur znów zabłysnął. Mag nie dezaktywował jeszcze zaklęcia wykrywającego różnego rodzaju potwory i inne zagrożenia.
– Och, więc tobie się wydaje, że... – zaczął Carlos, marszcząc czoło. Przerwał jednak tę myśl widząc, że jego brat odwraca wzrok. – Halo! Mówię do ciebie!
Pedro ruszył na wzniesienie, zza którego wcześniej wyłonił się Koszmar. Przedzierając się przez wysoką trawę dotarł na jego czubek. Wpatrywał się tam w coś przez chwilę.
– Wracajcie do obozu – Po tych słowach zbiegł za wzniesienie.
– "Wracajcie do obozu" – spapugował go Carlos. – Wujku, idziemy.
Wuj Andre podążył ze swoim ulubieńcem śladami Pedra. Co takiego mógł on znaleźć, co...
– Uwaga! – krzyknął starszy z mężczyzn.
Obaj natychmiast wycofali się. Między nich wpadł kolejny Koszmar, przewracając obu na ziemię. Zwierz pozbawiony oczu z pyskiem podobnym do psa, ale z kopytami konia. Gdyby zamiast nich miał pazury, ktoś mógłby zostać pozbawiony kończyny.
Koszmar parsknął i warknął. Odwrócił głowę w kierunku Carlosa. Już miał atakować, kiedy o jego głowę rozbił się lodowy szpikulec. Po chwili nadleciał kolejny, przebijając mu szyję. Potwór chwilę jeszcze próbował łapać ostatnie oddechy, ale wkrótce również padł na ziemię.
– Kolejny? – zdziwił się Andre.
– N-nie wiem – odparł Carlos, podnosząc się z ziemi. Syknął, pocierając obolałe ramię.
– Co wy wyprawiacie – krzyknął szeptem Pedro. – Tu się roi od Koszmarów!
– Raczysz wyjaśnić, dlaczego? – mruknął wuj.
– Skoro tak bardzo chcecie zobaczyć, śmiało, zapraszam – fuknął starszy z braci.
Carlos niepewnie wystawił głowę zza wzniesienia, na którym się znajdowali. Wuj Andre nieco śmielej wszedł wyżej, by rozejrzeć się po okolicy. Zmrużył oczy, którym nadal ciężko było funkcjonować w ciemności. Pedro westchnął, stąd niewiele zobaczą o tej porze, ale niebezpiecznym było sprowadzać ich tam na dół. Podniósł kostur, gromadząc chmury nad nimi. Przesłał między cumulusami dwa pioruny, żeby chociaż przez chwilę rozświetlić ten teren. Rozległy się dwa grzmoty i ziemię na krótką chwilę spowił blask błyskawic. Wuj Andre otworzył szerzej oczy.
– Czy to... Skąd tu... – wydusił.
– Ja nic nie widziałem! – poskarżył się Carlos. – Zrób to jeszcze raz.
– Lepiej dla ciebie, że nie widziałeś – powiedział słabym głosem wuj, odciągając Carlosa z powrotem w stronę obozu.
– Nic dziwnego, że zebrały się tutaj Koszmary – powiedział Pedro. – Zwierzchnicy nawet nie próbowali sprzątnąć tylu ciał...
Andre potarł ręką czoło.
– Idziemy dalej na zachód – zarządził mag. – To nie jest miejsce na postój, a tym bardziej na nocleg. Lada chwila zbierze się tutaj więcej potworów.
Powiał wiatr ze wschodu. Przyniósł ze sobą drażniący nozdrza odór śmierci. Carlos zasłonił sobie nos swoim płaszczem.
– Zbieramy rzeczy i idziemy dalej – powiedział Pedro.
Kryształ znów zabłysnął. W oddali dało się słyszeć złowrogie pomruki.
– Ale chyba nie obejdzie się bez walki.
Wuj Andre drżącą ręką podniósł nóż. Carlos stanął bliżej Pedra. Ten przygotował kolejny ostro zakończony szpikulec ze zbitego lodu.
– Jak dużo ich tu jest? – jęknął najmłodszy uczestnik wyprawy.
– Tyle, ile liczy lokalna kolonia. Ten pierwszy pewnie był zwiadowcą.
<C.D.N.>