Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

15 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 2

 Zima 1456

Diego nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak szybkie było jego codzienne tempo chodu. Dopiero kiedy musiał iść równo z Drunem, dostrzegł różnicę między sobą, a pospolitym mieszczaninem. A nie mógł wyjść naprzód; do wspomnianego mężczyzny należało wskazywanie odpowiedniej drogi.
Jak wkroczyli do lasu, Diego wyjął z kołczanu strzałę i nałożył ją na cięciwę, żeby w razie potrzeby być przygotowanym. Towarzyszący mu mężczyzna nie miał żadnej broni.
– Jestem handlarzem, nie wojownikiem – tłumaczył się.
Diego uznał w myślach, że to trochę nielogiczne biorąc pod uwagę, w jakim środowisku przyszło im żyć, ale nic nie powiedział. Nie chciał urazić jego uczuć. Zwłaszcza, że Diego brał za tę eskapadę pieniądze.
– Więc... – mruknął Drun, podtrzymując rozmowę – Dlaczego nosisz maskę?
– Zdaje się nosiłem ją zawsze – odparł Diego.
– „Zdaje się”?
– Nie pamiętam, dlaczego ją noszę. Straciłem pamięć jakiś czas temu – powiedział szczerze łowca.
– Ot, ciekawa historia – podsumował Drun.
Pomagając sobie ręką, Diego przeskoczył nad pniem powalonego drzewa. Jego towarzysz musiał obejść przeszkodę; widać było po nim, że nie jest w połowie tak sprawny jak łowca. Nawet pomimo obrania łatwiejszej ścieżki, potknął się o wystający korzeń. Diego złapał go za ramię, żeby się nie przewrócił.
– Teraz koło tego dębu skręcałem w lewo – zakomunikował Drun.
– Czyli idziemy w przeciwnym kierunku; nie w stronę mojego domu.
Mieszczanin spojrzał na Diego.
– Mieszkasz w lesie? Oszalałeś? – rzucił.
Zamaskowany mężczyzna rozłożył ręce. Dla niego nie było w tym nic dziwnego.
– Nie jestem jedynym łowcą mieszkającym poza miastem. Jest jeszcze Conna, Feri...
– Te imiona nic mi nie mówią... – mruknął Drun.
<C.D.N.>

Od Regisa "Ciężka Noc"

 Jesień 1457 

Stał po środku lasu, było późne popołudnie. Klinga w rękach odbijała blednące dzienne światło w kolorze płomieni. Było zimno. Jak na środek jesieni, nawet w na tych terenach było wyjątkowo mroźnie. Słyszał wokół siebie warczenie, wilki. Cztery leżały już rozpłatane na ziemi. Krew wypływająca z ich ciał powoli barwiła podłoże. Z za jego pleców wyskoczył jeden. Szybki ruch ręki i stwór został odepchnięty czarem. Bestia znowu skoczyła i równie szybko padła na ziemię przebita zimną stalą. Gdy łowca wyciągał broń drugi wilk zaatakował. Złapał go za ramię. Pomimo zbroi poczuł atak. Próba zrzucenia skończyła się fiaskiem, stwór trzymał za mocno. Ostatni który czaił się na niego pojawił się przed nim. Próba uniku w bok nie udała się w pełni przez wroga dalej trzymającego za rękę. Wyciągnął nóż i wbił go w oczodół drapieżnika docierając do puszki mózgowej. Uścisk szczęk poluzował się a sam osunął się martwy. Regis był zły, dał się podejść. Wyprostował się i spojrzał w oczy ostatniemu wrogowi. Wilk biegł w jego stronę, pysk wyrażał wściekłość, lecz nie on był wtedy najgroźniejszym osobnikiem. Myśliwy miał dość zabawy. Wyprostował rękę w kierunku przeciwnika, drugą trzymał srebrzysty kamień z widoczna runą. Krótka fraza i w kierunku stwora rozjaśniał błysk. Krótki huk przeszył powietrze. Walka skończona, przeciwnik padł porażony mocą niewielkiej błyskawicy. 

Było już ciemno, gdy ostatnie zwłoki ładował na wóz. Pozostawiony na skraju lasu pojazd pożyczony został od sąsiadów. Warto było narobić sobie przysług, zresztą wilki były problemem wszystkich, więc nie było problemu z zyskaniem potrzebnych rzeczy.  

Dezaktywował zaklęcie bariery wierzchowca, która miała chronić go na czas walki z bestiami. Mieli do przejechania spory kawałek, a noc robiła się coraz mroźniejsza. Jechał powoli. Nie było już się czego obawiać, a wierzchowiec do najsilniejszych nie należał. Kierował się najpierw do domu na skraju miasta. Umówił się z jej mieszkańcem, że sprzeda mu upolowane wilki poza jednym, którego wykorzysta na własny użytek. Noc szybko czerniała przykrywając mrokiem wszystko wokoło, jedynie mała lampka powozu i łuna znad miasta dawały blask i pozwalały zorientować się w położeniu. Jechał tak dłuższą chwilę. Wpatrywał się w czarne zachmurzone niebo. Po pewnym czasie dostrzec można było nieśmiale zerkającą wśród nich tarczę księżyca. Srebrny krąg lśnił na tle bezkresnego mroku. Zaczął czyścić oręż. Co jakiś czas srebrzyste światło odbijało się w klindze. Po doprowadzeniu miecza do odpowiedniego stanu wziął latarnię do ręki i odwrócił się, spojrzał na truchła jeszcze niedawno przeraźliwych bestii których bała się okolica, a teraz. Sterta mięsa skór i kości. Wrócił na poprzednią pozycję 

- Jak tak dalej pójdzie to dla innych łowców zabraknie pracy. Sam wszystko wytłukę. - Powiedział do siebie z lekkim uśmiechem. 

Po dojechaniu do pierwszego z celów podróży szybko rozliczył się z kupującym. Po wyładowaniu sześciu ciał wrócił na powóz cięższy o spory mieszek monet. Nie wiedział skąd ta osoba tyle ich miała ani co zrobi z wilkami, niezbyt go to jednak interesowało. Biznes to biznes. Dobrze płacił, nie awanturował się, to się liczyło. Po jakimś czasie dotarł i do izby właściciela wozu. Po krótkiej rozmowie zarzucił należące do niego ciało bestii na plecy i ruszył w stronę swojego domu. Truchło nie było lekkie, łowca jednak nie przejmował się tym. Lata wędrówek wyrobiły my wytrzymałość, a tu miał jeszcze tylko pół godziny drogi. Przyczepiony do przedniej części zbroi jaśniejący delikatnym światłem kryształ ukazywał polną drogę. Szedł prosto bez zbędnych przystanków, chciał zrzucić z siebie ciało ofiary, które powoli traciło pierwotna temperaturę.  

Wreszcie dotarł. Przekręcił klucz w zamku po czym wszedł do środka. Ława była już przygotowana do rozpracowywania wilka. Położył stwora po czym pozapalał lampy i rozniecił ogień w kominku. Odłożył niepotrzebny w danej chwili ekwipunek i przebrał się w strój przeznaczony do tego typu czynności. Zaczął rozpracowywać zdobycz. Po prawie trzech godzinach pracy oddzielił od siebie skórę, mięso, tłuszcz, wnętrzności i kości. Skórę, wnętrzności w naczyniach i czaszkę zwierza zaniósł do schowka. Ciepło wnętrza przyśpieszyło by procesy rozkładu, a dzięki zimnie dalsze z nimi prace mogły poczekać do jutra, gdy planował udać się do garbarni. Kości wyniósł przed dom, jutro pomyśli co z nimi zrobić. Mięso porozdzielał. Część wsadził to wcześniej przygotowanych naczyń, inne natarł przyprawami i zaniósł do wędzenia. Tłuszcz przełożył do glinianych dzbanów, szczelnie zatkał i zaniósł do piwnicy. Posprzątał po wszystkim i po długim dniu mógł wreszcie odpocząć. Zagotował wodę i zaparzył sobie mięty. Siadł na krześle i oparł się o stół. Powoli popijając napój rozglądał się po domostwie. Pomimo minięcia miesięcy od kiedy w nim zamieszkał, dalej czuł uczucie czegoś nowego. Pierwszy raz w życiu miał tak naprawdę do czego wracać. Ciepłe domowe cztery kąty zawsze były poza jego możliwościami, tymczasem dziś miał je na własność. Nie dawała mu jednak spokoju myśl, czy aby na pewno to jest to czego chce. Całe życie pod niebem, a teraz sam się zamyka. Nie był pewny co o tym myśleć. Godzina była jednak późna, zdecydował się wiec ukrócić ten wewnętrzny dialog i szykować do snu. Zagrzał wody na szybki prysznic i umył się. Przebrał się w grubą koszule nocną i podobne jej spodnie po czym ruszył w kierunku sypialni. Znajdowała się ona po prawej stronie krótkiego korytarza na pierwszym piętrze domu. Pokój nie był największym jaki można było znaleźć w budynku, ale taki mu starczał. Łóżko, krzesło i półka na szpargały były jedynymi meblami pomieszczenia. Poza nimi można było znaleźć jeszcze tylko okno ukazujące widok sprzed domu.  

Położył się na łożu i przykrył kocem, który zawsze tam leżał. Nie lubił pościeli, dlatego koc był gruby, idealny na chłodne miesiące. Zgasił lampę, która zabrał ze sobą z dołu, po czym zamknął oczy z nadzieją na szybki sen, ten jednak długo nie przychodził.  

Leżał długo nie mogąc zmrużyć oka. Nie wiedział czemu sen nie może go ukoić. Po całym dniu powinien być umordowany, mimo to nic. Był w tym stanie przez dłuższy czas, aż wreszcie się udało. Nie był pewny, dlaczego, może w końcu zmęczenie, a może znudzenie, to już nie miało dla niego znaczenia. Sen jednak nie był błogi. To co przyszło do niego w trakcie nocy nie należało do przyjemnych. Koszmary dni minionych wróciły. Przeszłość nie dawała o sobie zapomnieć. Obudził się w środku nocy oblany potem. Wstał i poszedł na dół. Zapalił lampy by rozświetlić ciemne wnętrze domostwa. Noc nie chyliła się jeszcze ku końcowi. Znowu zrobił sobie mięte i siadł przy ławie. 

- Znowu to samo - powiedział opierając bladą twarz o rękę - wcześnie zacząłem ten dzień - wyszeptał cicho z ironicznym uśmiechem pochylając głowę i spoglądając na dno kubka, w który poruszona ciecz zaczęła robić delikatne okręgi. 

Od Diego „Śnieżna postać” cz. 22

 Zima 1456

– Ani jedno, ani drugie – Diego pokręcił głową. Złożył palce w nowy kształt. – To były... GOBLINY!
Lucy pisnęła i schowała się za brata. Ten otworzył lekko usta, wpatrując się na przerażający cień na ścianie. Kuglarz osiągnął to, na co liczył; dzieci czekały z zapartym tchem na dalszą część historii.
Diego opowiedział, jak smok użył swojego instynktu żeby odnaleźć leże goblinów. Potem, rycerz dostał się niepostrzeżenie do wnętrza kolonii; udał jednego z nich i w odpowiednim przebraniu przemknął między strażnikami. Dotarł tym sposobem do króla goblinów. Odnalazł tam wszystkie skradzione skarby i zwierzynę. Ale nie wystarczyło odzyskać te przedmioty, trzeba było jakoś rozprawić się z samymi potworami.
– Wtedy rycerz dał sygnał smokowi. Złożył ręce i zagwizdał. O tak – Diego ułożył odpowiednio dłonie i dmuchnął w powstały instrument. Po pokoju rozniósł się niski, ale donośny gwizd.
– I jak smok dostał się tam pod ziemię? – zapytał Rick, kiedy podziw wobec powstałego dźwięku już opadł.
– Użył swojej siły i płomienistego oddechu, żeby rozbić skałę nad komnatą króla. Wpadł do środka z wielkim hukiem – Diego za pomocą cienia na ścianie zaprezentował wybuch. Jednocześnie całkiem umiejętnie naśladował odgłos eksplozji i trzasku skał. – Wtedy król goblinów zawołał na pomoc całą kolonię. Rozpoczęła się zaciekła walka.
– O nie! – zawołała Lucy.
– Rycerz i smok ramię w ramię dzielnie walczyli z goblinami. Nie dali do siebie się nawet zbliżyć. Ich współpraca dała im wielką przewagę nad wrogiem. Smok ział ogniem, uderzał pazurami, kłapał szczękami. – Diego dyskretnie spojrzał na swoją ściągawkę. – Rycerz dzielnie władał mieczem i tarczą, pomagając sobie magicznymi przedmiotami, które wcześniej ukradł król goblinów.
– Jakie to były przedmioty? – zapytał Rick.
Diego chwilę nic nie odpowiadał. Nie uwzględnił w swoim planie odpowiedzi na pytanie o takie konkrety. Dopiero po kilkunastu sekundach w jego głowie zawitała świeża wena i pomysły.
– Miał naszyjnik wspomagający energię i pierścień dający nadludzką siłę. Jeden cios wystarczył by powalić dziesięć potworów! – Diego wyciągnął przed siebie pięść, udając, że to on coś uderza.
– Łaaał! – powiedziało zgodnie rodzeństwo.
– Lecz nagle z jednego z tuneli wyskoczył nowy goblin. Akurat, kiedy rycerz był odwrócony doń plecami. Potwór schwycił śmiałka i powalił go na ziemię – Diego uniósł dłonie, spiął palce, udał, że oplata coś dłońmi. Skierował pięść ku ziemi, jakby to on kogoś dramatycznie przewracał.
Dzieci otworzyły szerzej oczy. To nagłe przechylenie szali zwycięstwa bardzo je poruszyło.
– Smok chciał mu pomóc, ale chwila nieuwagi wystarczyła, by gobliny zaatakowały i jego. Oblazły gada jak stado mrówek.
Lucy znów pisnęła. Przytuliła się do swojej maskotki, a następnie do siedzącego obok brata.
– Co było dalej? Diego, co było dalej? – wydusił Rick.
– Dało się słyszeć tylko mamrotanie potworów i zduszone krzyki nowych przyjaciół. Myśleli, że to koniec. Ale wtedy rycerz dosięgnął, zupełnie przypadkiem, ostatniej broni, którą skradły gobliny - kosturu starego, potężnego maga. Monstra były za głupie, żeby wiedzieć, do czego służył i jak go użyć. Tym różniły się od rycerza, który tak naprawdę sam miał w sobie krew magów...
Dzieci przysunęły się bliżej opiekuna. Nie było mowy o odwróceniu od niego wzroku choćby na chwilę.
– Pomieszczenie wypełnił biały rozbłysk. Kiedy zniknął, zabrał ze sobą również gobliny. Towarzysze broni i nowi przyjaciele wrócili do miasta z wszystkimi łupami jako zwycięscy; jako bohaterowie. Smok już nigdy nie został niesprawiedliwie posądzony o nikczemne działania przeciw mieszkańcom okolicy, a rycerz poświęcił następne lata na zgłębienie tajemnicy swojego pochodzenia. I tak zakończyła się ta przygoda.
<C.D.N.>

14 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 1

 Zima 1456

Diego wracał z kolejnej zmiany w roli opiekuna. Dziś wyszedł całkiem wcześnie; ojciec jego podopiecznych wrócił szybciej. Nie wiązało się to jednak z obniżeniem opłaty; gospodarz dotrzymał słowa i wręczył Diego tyle Ora, ile miał otrzymać za ten dzień.
Diego ruszył ulicami Rivot. Jego plan dnia zakładał, że opieka nad Rickiem i Lucy potrwa znacznie dłużej. Pomyślał, że w tej sytuacji wstąpi do jednego ze sklepów i dokupi składników na farbę do swojej maski. Miał jej jeszcze dość na kilka warstw, ale zrobienie zapasów nie zaszkodzi. Po powrocie do domu wyrobi barwnik, będzie to dobre spożytkowanie czasu.
Wchodząc w nową uliczkę Diego natknął się na dyskutujących mieszczan. Czy chciał, czy nie, usłyszał, o czym rozprawiali. 
– Nie ma mowy żebym tam wrócił sam. Od tamtej pory boję się wchodzić do lasu – powiedział niski mężczyzna do swojego znajomego.
– Nie mów, że boisz się Leszego – zaśmiał się jego kolega. – Albo Dooma.
– Boję się wilków. Ledwo uszedłem z życiem! Ale musiałem zostawić mój wóz.
– Przepraszam, wilki sprawiają problemy? – pozwolił sobie wtrącić się Diego.
– Wściekłe szare potwory! Zębata karykatura psowatego! – rzucił ze złością niski jegomość. – Ile pieniędzy przez nie straciłem!
– Może wóz nadal tam jest? – mruknął kuglarz-łowca. – Według mnie jest na to realna szansa. Co w nim pan przewoził?
– Ha, nie powiem ci, cwaniaczku. Myślisz, że...
– Drun, myślę, że on chce ci pomóc – zaznaczył kolega mieszczanina.
– Jestem łowcą – powiedział Diego. – Po to tu jestem.
– Ty? Łowcą? – zdziwił się Drun. Przejechał wzrokiem po niepozornej sylwetce.
– Dopiero się uczę – przyznał szczerze kuglarz-łowca. – Ale z wilkami na pewno sobie poradzę. – Zdjął z ramienia łuk. – Mógłbym eskortować pana w drodze przez las. Może odszukamy pana dobytek.
– Hm, skoro tak... Możemy ruszyć choćby zaraz.
– Chwila, łowca na pewno nie zrobi tego za darmo. Masz mu czym zapłacić? – wtrącił znajomy Druna.
Niski mieszczanin sięgnął do swoich manatków i wyciągnął stamtąd sakiewkę.
– To będzie zaliczka. Zapłacę ci więcej, jeśli odzyskamy mój wóz.
Diego uśmiechnął się do siebie. To będzie nawet lepsze spożytkowanie zyskanego czasu. 
<C.D.N.>

Od Pedra „Wycieczka krajoznawcza” cz. 4 (cd. Carlos/Sigrid)

 Wiosna 1457

Bestia wyminęła braci i poszła w stronę wodopoju, gdzie wcześniej widzieli jakże inspirująco pijącego jelenia. Carlos oniemiał. Zwierzę leżało martwe.
– To miał być jakiś popis celności, centaurze? – rzucił Pedro.
– Stanęliście mi na linii strzału. Gdybym faktycznie chciała trafić któregoś z was już byście nie żyli.
Pedro wydobył „znikąd” (czyli z przestrzeni własnej) swój kostur. Jeśli to była groźba...
– Nie kombinuj, magiku – Bestia zjeżyła futro. – Powinieneś bardziej uważać, gdzie chodzisz ze swoim podopiecznym. Mogliście paść łupem innego, mniej sprawnego łowcy – Po tych słowach wyciągnęła nóż i nachyliła się nad jeleniem.
Pedro już był gotów ruszyć w dalszą drogę, ciągnąc Carlosa za sobą, ale młodszy z braci akurat wtedy znalazł w sobie dość siły, by się odezwać:
– Dlaczego to zrobiłaś? I ..i tak po prostu będziesz go siekać przy nas?
Bestia nie zareagowała. Nawet nie podniosła głowy. Pedro popchnął brata, by ten szedł dalej, ale młody mag zamiast tego jeszcze cofnął się.
– Ej mówię do ciebie! Jak mogłaś go tak po prostu zabić?!
Bestia warknęła ostrzegawczo na Carlosa. Pedro natychmiast skierował na nią kostur. Jeden gwałtowny ruch, ostrzegam cię.
– Takie życie, młody – podsumowała nieznajoma. – Albo jesteś zwierzyną, albo na nią polujesz. Wolisz umierać z głodu, żeby ten jeleń przeżył jeden dodatkowy dzień? Jutro mógł go zeżreć wilk albo harpia. – Wyprostowała się, by spojrzeć na młodszego maga z góry.
Pedro stanął między bratem, a bestią. Tym samym dyskretnie zasłonił przed Carlosem widok rozbebeszonego jelenia. Miał co prawda w planach odczulić go na takie widoki, ale wolał robić to bardziej stopniowo. Delikatniej, kroczek po kroczku; nie od razu na głęboką wodę.
<Carlos/Sigrid?>

Od Diego „Scurki” cz. 10 (cd. Saadiya)

 Jesień 1456

Wdech i wydech. Dasz sobie radę, Diego (jeśli to naprawdę twoje imię.) No dalej, pomyśl o czymś miłym...
Próżny trud. Ilekroć kuglarz przymykał oczy choćby na chwilę, znów widział przed sobą zwłoki. Ten paskudny widok powracał do niego uporczywie, chociaż mężczyzna starał się ze wszystkich sił go odegnać. Jak to możliwe, że będąc łowcą nigdy nie spotkał takiego obrazu? Czy może przyczyną jego reakcji była tylko i wyłącznie utrata pamięci? Może widział już truchło nie raz, ale amnezja zredukowała jego znieczulicę?
Nie, nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Trzeba pomóc ludziom. Trzeba zrobić to, co robi prawdziwy łowca. Jeśli Diego faktycznie nim był.
Dyia zastukał do drzwi chaty naprzeciwko. Dołożył wszelkich starań, by domownicy na pewno to usłyszeli. Drzwi po chwili odemknęły się; w progu stanęła młoda kobieta. Bestia-Łowca spróbował przedstawić siebie i towarzysza oraz wyjaśnić ich cel, ale wspomniana osoba weszła mu w słowo:
– Co chcecie? – Wytarła ścierką talerz, który zapewne przed chwilą myła.
– Grasują tu scury – wydusił Diego. – Musimy sprawdzić pani dom.
– Jakie znowu scury? Jeśli już, to...
– Droga pani, sprawa jest poważna – wyjaśnił kuglarz-łowca.
– W domu naprzeciwko już jest pierwsza ofiara – wtrącił Dyia.
Kobieta zaniemówiła. Upuściła talerz; naczynie roztrzaskało się na ziemi. Tymczasem Diego zrobił wszystko, by nie myśleć o widzianym wcześniej trupie. Ale wszyscy wiemy, jak to jest; im bardziej starasz się odwrócić od czegoś myśl, tym wyraźniejszy będzie ów obraz. Mężczyzna poczuł, że znów zbiera mu się na wymioty. Zasłonił usta dłonią.
Kobieta trwała ciszy jeszcze kilka dobrych chwil. Co więcej; nie zrobiła im miejsca w przejściu. Saadiya zastukał niecierpliwie butem o bruk. Cała trójka niezręcznie wpatrywała się w siebie. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby po prostu wproszenie się do domostwa, ale ani Diego ani Saadyia nie mieli na to ochoty. Obaj obawiali się, że to urazi właścicielkę.
– Możemy wejść, szanowna pani? – Diego, wreszcie czując, że jest mu trochę lepiej, przejął inicjatywę pociągnięcia wymiany zdań nieco dalej. Złożył razem dłonie, oczekując odpowiedzi.
– Wchodźcie – wydusiła kobieta. W jej oczach zabłysnęły łzy.
Łowcy wkroczyli do budynku. Przechodząc obok pani domu, Diego podniósł lekko czapkę i ukłonił się jej. Zrobił to jednak dość niezgrabnie, bo w pośpiechu.
Diya stanął na środku izby i omiótł wzrokiem wnętrze domu. Kuglarz-łowca zrobił mniej-więcej to samo, co on. Szukali jakichkolwiek śladów obecności i działalności gryzoni. Nic z tych rzeczy nie znajdowało się jednak na widoku.
– Spiżarnia – powiedział nagle Diya. – Gdzie macie spiżarnię? – powiedział do kobiety.
Pani domu wskazała ręką klapę pod schodami. Diego stał bliżej, więc to on podniósł drzwiczki. Saadiya od razu dobył sztyletu. Wtedy spod desek wyskoczyło kilka scurów. Bestia dopadła dwóch i ukróciła ich życie swoją bronią. Diego złapał w dłoń strzałę i wbił ją w kolejnego gryzonia. Obserwująca ich kobieta krzyknęła, albo raczej zapiszczała.
Kuglarz spojrzał na nieruchome cielsko przerośniętego gryzonia, którego właśnie zabił. Dlaczego ten widok go nie poruszał prawie wcale? Co takiego innego było w potworach, że ich śmierć nie przyprawiała go o mdłości?
Porównał to w myślach z jakże przerażającym widokiem z poprzedniej chałupy. Z muchami, smrodem, wnętrznościami na wierzchu... Czy to sprowadzało się tylko do tych elementów? Czy tylko one tak go poruszyły?
Muchy? W muchach nie było nic strasznego. Wnętrzności? Widział już je u zajęcy, jak po polowaniu oddzielał części jadalne od niejadalnych. Smród? Już gorzej cuchnął koszmar, który go o mało nie zabił krótko po „przebudzeniu”.
Nie, tu chodziło o coś innego. Diego wrócił myślami do poczucia, że nie powinien był czegoś zobaczyć. Chodziło tu o człowieka... Człowieka – rozumną istotę. Kogoś kto miał imię, charakter i bliskich... Tak. To było to.
Diego zacisnął ciaśniej pięść na strzale. Nie pozwoli by ucierpiało więcej istot rozumnych. Zrobi wszystko, co w jego mocy, by temu zapobiec. – Idziemy tam na dół – zarządził Diego.
– A te scury? – spytała właścicielka domu, mając na myśli już pokonane potwory.
– Do sprzątnięcia – odparł krótko kuglarz-łowca. – Ale to później. Pani niech się nie rusza. Proszę krzyczeć gdyby coś się działo.
Kobieta skinęła głową.
– Ma pani jakąś latarnię? – spytał Diya. Chwilę potem już trzymał w dłoni niezbędny przedmiot.
Diego naciągnął strzałę na cięciwę. Łowcy powoli zeszli po schodach do obszernej spiżarni. Zajmowała ona całą piwnicę; korytarz i małe pomieszczenie na jego końcu. Wszystko było wyłożone drewnianymi skrzyniami i półkami. Tak, jak łowcy się spodziewali; zamiast jedzenia leżały na nich obgryzione kostki i niejadalne resztki.
– Są tutaj... – powiedział Diya.
– Sherlock – zażartował Diego.
– Co?
– Wybacz... Tak mi się nasunęło. Próbuję myśleć o bardziej... pozytywnych rzeczach – mruknął kuglarz.
– Czekaj, co to za Sherlock? To jakiś zawód? – zapytała bestia.
– Nie wiesz kto to Sherlock Holmes? – zdziwił się Diego. – To legendarny detektyw.
Diya nagle skoczył i wbił sztylet w kolejnego scura. Diego nie byłby go w stanie dostrzec w tym półmroku. Instynkt bestii działał bez zarzutu.
– De-tek-tyw? – zapytał Diya, wracając do poprzedniego tematu.
Diego przystanął. Dotarli do końca korytarza.
– Wiesz... porozmawiamy o tym później – mruknął kuglarz-łowca.
Saadiya podniósł latarnię. Wtedy zrozumiał, co miał na myśli Diego. Dźwięki, które łowcy wcześniej wzięli za odgłosy z miasta, okazały się być radosnymi pomrukami scurów. Na półkach naprzeciwko polujących trwała prawdziwa scurza uczta. Można by powiedzieć nawet „biesiada”. Nie było deski, na której nie siedziałby gryzoń. Były w różnym wieku; łowcy dostrzegli również parę łysych scurząt. Niemal każdy stwór wyjadał w najlepsze jakąś część zapasów; niektóre nawet kłóciły się o nie i groziły sobie nawzajem pazurami. Kilka akurat przeskakiwało między półkami; poruszały się jeden za drugim jak zwiadowcy mrówek.
– Co robimy? – spytał Saadiya ledwo słyszalnym szeptem. – Atakujemy?
Diego zaczął analizować ich sytuację. Dwóch łowców naprzeciwko całej armii scurów. Mają do walki kilka sztyletów, łuk, kołczan pełen strzał, ewentualnie szpony bestii...
– Diego? Co robimy? – powtórzył Diya, nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi od towarzysza.
– Czekaj, myślę – Kuglarz-łowca wycofał się nieco uważając, by nie spłoszyć gryzoni.
Szczęście w nieszczęściu, były tak pochłonięte plądrowaniem, że nadal nie zwracały na nich uwagi.
– Powinniśmy odciąć im drogę ucieczki. Wiesz, zamknąć spiżarnię.
– To niewiele nam da – pokręcił głową Diya. – Na pewno dostały się tutaj inną drogą. W ten sposób tylko zamknęlibyśmy tu samych siebie...
Diego poprawił maskę. Dopiero po dodatkowej minucie namysłu zrozumiał, że bestia miała rację. Trzeba zacząć od czegoś innego.
<Saadiya?>

13 lip 2022

Od Regisa "Jedzenie i nowy znajomy" cz.1 (c.d Saadiya)

 Jesień 1457  

Chłodniejsze dni przyszły szybciej niż łowca zakładał, na jego szczęście prace wokół domu skończył na czas. Wszystko co mógł zrobić w tym sezonie zostało skończone, był więc w stanie przynajmniej w tej kwestii odpocząć. W zimniejszych miesiącach ilość zleceń na potwory może wzrosnąć. Jedzenia w naturze może brakować, a domostwa i ich magazyny to dla nich łakomy kąsek. Na razie miał jednak trochę czasu wolnego. 

Siedział przy stole popijając napar z rumianku i sprawdzając dochód z ostatniego okresu. Miał więcej niż początkowo przypuszczał. Robótki w okolicy dały rezultat. W trakcie liczenia skończył mu się napój. Idąc do kuchni przyszła mu do głowy pewna myśl. 

- Mieszkam tu jakiś czas, a jeszcze nie odwiedziłem Karczmy. Pora to zmienić. 

Była jeszcze młoda godzina, więc miał czas, a dzięki braku planów na dzisiejszy dzień, pomysł ten wydawał się jeszcze bardziej zachęcający. Poszedł do swojego pokoju, a po kilku chwilach zszedł na dół przebrany.  Zabrał jeszcze wiszącą koło wyjścia pelerynę i torbę leżącą na półce w przedpokoju. Przewiesił ją przez ramię i o leżącą na prawym biodrze oparł ramię. Zabrał część pieniędzy ze stołu i zapakował do sakiewki. Był gotów. Wyszedł z ciekawością co może go spotkać. 

Kierował się szlakami na obrzeżach, omijając centralne miasto. Wiele z tych dróżek prowadziło prosto do karczmy więc nie było mowy o zabłądzeniu. Droga nie była najkrótsza. Miał do przejścia spory kawałek porównując do innych miejsc w okolicy do których zdarzało mu się uczęszczać. Szedł spokojnie, nie spieszyło mu się, było w końcu wczesne popołudnie. Pogoda nie była najgorsza, zachmurzone niebo chroniło przed promieniami a lekki wiatr cały czas dmuchał przynosząc uczucie delikatnego chłodu. Chmury daleko na niebie zwiastowały jednak możliwy w późniejszych godzinach deszcz. 

- Barowa pogoda, co? - powiedział do siebie z lekkim uśmiechem. 

Idąc mógł widzieć miasto. Budynki stały majestatycznie. Pojedyncze przechodzące przez chmury promienie odbijały się od okien dając migoczące punkty zakłócające przyjemny dla oka szarawy pejzaż.  

Po pewnym czasie ujrzał na horyzoncie budynek karczmy. Szedł prosto patrząc na powiększający się powoli obraz budowli. Idąc tak zastanawiał się co zamówi. Pieczeń? Gulasz? Zapiekane ziemniaki? Jednego był pewny, od dawna nie napił się porządnego leżakowanego piwa z beczki. Nie przejmował się jednak trudnościami w decyzji. Słyszał wiele dobrego o karczmie, miejscowi często ją polecali, choć zaznaczali, że o ile samo miejsce nie ma wielu zastrzeżeń, ci którzy tam przychodzą nie są już tak pozytywni. Na szczęście łowca sam zaliczał się do grupy tych przyjemniaczków, więc raczej nie miał się czym martwić.  

Stanął przed drzwiami do gospody. Poruszył duże drewniane drzwi i wszedł do środka. Zapach jadła, napitku i różnego typu gości unosił się w powietrzu. Rozejrzał się, wnętrze nie należało do małych. Było przytulnie. Kierując się ku jednej z ław czuł przyjazną atmosferę. Pomimo wczesnej godziny jak na przychodzenie do tego typu przybytków, w środku znajdowało się już sporo osób.  

Siadł przy średniej ławie w koncie pomieszczenia. Mimo, iż nie była największa bez problemu zmieściło by się przy niej sześć szerokich osób, a przy dostawieniu krzeseł jeszcze do czterech więcej. Wolał siąść przy czymś mniejszym, ale w polu widzenia wszystkie takie były już zajęte. Duży mebel z ciemnego drewna mógł wytrzymać sutą zastawę, czy bawiących się na niej w pijańskim amoku gości. 

Siedział tak chwile rozglądając się po wnętrzu. Przyglądał się pozostałym gościom jak i samej karczmie. Ludzie i nie tylko siedzący w środku nie byli spięci, nie wyglądali na zmartwionych, byli tu odpocząć od trudów dnia codziennego. Kilka twarzy rozpoznawał, mieszczanie, sklepikarze, rolnicy. Dla niektórych pracował, innych mijał w sklepach czy na ulicy. Miejsce przyciągało osoby z całej okolicy. Dobre by odpocząć, dobre by kogoś spotkać i dobre by czegoś się dowiedzieć. W oczy od razu rzucała się duża lada, z za której co jakiś czas dostrzec można było obsługę lokalu. Widział bestię o kozich kształtach nosząca nowy napitek gościom. Wesoła, cały czas rozmawiała z gośćmi nie dając im chwili przerwy. Widać jednak było, że jest lubiana. Dostrzegł również starszą kobietę. Raz wyszła na moment z kuchni. Zgadywał, że właścicielka. Zwracano się do niej z uśmiechem, ale i szacunkiem. Wyglądała na dobrą kobietę, prowadziła jednak interes. Mimo dobrego wrażenia trzeba zachować czujność by nie powiedzieć za dużo i nie wplątać się w jej intrygi. Zauważył również inną bestię. Skrzydlata postać cały czas nosił maskę. Pomagał w roznoszeniu zamówień biesiadnikom. Przemieszczał się po całej widocznej części gospody. Widział w nim szansę. Gdy bestia przechodziła blisko ławy, zwrócił się do niej 

– Przepraszam, można coś zamówić? – spytał, mając nadzieję na owocną konwersację.

< Saadiya >