Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

23 lip 2022

Od Dante "Przepraszam, można pokój dla dwojga?" cz.3 (c.d. Saadiya)

Lato 1457

Nie zdążył nawet zaprotestować, kiedy blondyn doprowadził go do jego pokoju. Cóż, na zimę zacznie pić wodę spod lodu, żeby jakoś się z tego wymigać. Byłaby wtopa, gdyby okazało się, że jego siostra śpiewa lepiej od niejednego barda. Miał już otwierać drzwi, ale przyszło mu coś na myśl. Wyciągnął z kieszeni spodni pięć fenów i wcisnął je do dłoni kelnera z uśmieszkiem.

- Co ja bym bez pana zrobił? Jestem dozgonnie wdzięczny za obsługę. Życzę panu spokojnej reszty dnia. - ostatni raz spojrzał na maskę chłopaka i odwróciwszy się wszedł do pokoju. Intrygował go ubiór kelnera. Nigdy się z takim nie spotkał. Oczywiście, widział festiwale z maskami, ale te były ubogo zdobione. Ta, którą nosił pracownik karczmy, na pewno nie została kupiona na festiwalu. Z daleka mógł dostrzec, że maska nie była wykonana z byle jakiego drewna, jeśli w ogóle. Kiedyś może osobiście zapyta uroczego barmana, bądź podpyta innych wynajmujących pokoje o tą tajemnicę.

Postanowił skupić się teraz na sobie. Przeczesał dłonią włosy, rozglądając się po pokoju. Przytulny wystrój, bardzo podobał się Dantemu. Miał duże łóżko z pięknie ozdobioną pościelą i szerokim oknem nad ramą, ogromną szafę na ubrania, no i biurko. Wpatrując się w okno chłopak zorientował się, że skóra zaczyna go już delikatnie piec. Przez to wszystko zapomniał, że słońce już wyglądało zza horyzontu, przez co mocniej grzało. Skrzywił się i podszedł do okna, aby pociągnąć za ciemne firany. Chłodny, ale jakże kojący cień otulił twarz bruneta, na co odetchnął z ulgą. Pozwolił sobie opaść na łóżko bezwładnie, pozwalając miękkiej pieżynie uśmierzyć ból styranych po długiej podróży mięśni. Tak dawno nie czuł takiej wygody, że prawie się rozpłakał. Niecodziennie ma się okazję wrócić do życia z dachem nad głową. Przeciągnął się raz, drugi, po czym poddał się w walce z ociężałymi powiekami. Krótka drzemka nie może mu zaszkodzić...

Dante przebudził się całkowicie rozluźniony, ze zdrętwiałą ręką i odciskami kołdry na policzku, bez orientacji gdzie jest i ile godzin przespał. Podniósł się na łokciach i uchylił nieco firankę sprawdzając, czy nie ma już przypadkiem nocy. Na szczęście aż tak późno nie było. Dopiero zachodziło słońce. Dante to miał szczęście. Przywitało go jeszcze pięknie malowane niebo, mieszające się z dniem i nocą.

Chłopak zmotywował się, żeby wstać i przebrać się w bardziej stosowny ubiór na spacer nocą. Luźne, ale zgrabne szaty które pozwolą mu w razie konieczności wspiąć się na drzewo albo biegać. 

Opuścił swój pokój i zamknął je za sobą na klucz. Schował drobiazg do kieszeni i ruszył do wyjścia z karczmy, mijając uroczego kelnera. Skinął do blondyna na pożegnanie, zanim wyszedł na zewnątrz i zaczerpnął świeżego powietrza wieczoru. 

Chłodny powiew tylko dodawał sił Dantemu. Ruszył w stronę mokradeł. Podobno o tej porze można spotkać dużo świetlików i widok jest nie do opisania. Tak opowiadał wędrowiec wskazujący mu drogę do karczmy kilka dni wcześniej. Postanowił to więc sprawdzić. Im dalej szedł, tym rzadziej widział jakiekolwiek drzewa, aż napotykał tylko pojedyncze, drobne brzozy. Z czasem robiło się coraz chłodniej. Każdy powiew wiatru przyprawiał chłopaka o dreszcze, ale nie zawrócił. Słaby szelest był słyszalny gdzieś w oddali. Stanął w miejscu, marszcząc brwi. Coś mu tu nie grało. Wędrowiec opisywał to miejsce jako porośnięte zielenią, pełne życia. A to, co teraz widział? Ani trochę nie przypominało tego opisu. Martwe od mrozu mokradło już od dawna nie jest pokryte dojrzałymi roślinami. Został wystrychnięty na dudka. Nieznajomy szelest niebezpiecznie stawał się coraz głośniejszy, wzbudzając w chłopaku poczucie zagrożenia. Odruchowo schował się za drzewem i zakrył usta, by przypadkiem bestia nie usłyszała jego przyśpieszonego oddechu. Delikatnie wyjrzał zza pnia, własnym oczom nie wierzył, co mogło go spotkać, gdyby nie zareagował w czas. Terrawit to jedno ze stworzeń, z którym nie chce się mieć nic doczynienia. Co gorsza - znajdował się na jego terenie. Ogromny jaszczur z sprawnymi szponami. Grzbiet pokrywały zakrzywione, twarde kolce. Przez moment przestał słyszeć bicie własnego serca. Bestia obnażyła potężne kły. Prawdopodobnie wyczuła jego obecność. Całkowicie skupił się na jaszczurze, który zaczął przeszukiwać pobliże Dantego. Tak właśnie miał skończyć, rozszarpany przez terrawita? Przysunął się do drzewa, dygocząc jak liść na wietrze. Ścisnął ziemię w pięści, aż poczuł coś twardego. Spojrzał na całkiem duży kamień, kiedy przyszło mu coś do głowy. Dałby radę odwrócić tym uwagę bestii i uciec. Nie miał pewności, że to się uda, ale nie widział innych opcji. Delikatnie wychylił się zza drzewa i zamachnął się, rzuciwszy kamień najdalej, jak mógł. Uderzył z głośnym hukiem, co rzeczywiście rozproszyło gada. Nie musiał czekać długo, aż potwór zniknie z jego pola widzenia w pogoni za hałasem. Dante podziękował niebiosom w pośpiechu i uciekł z mroźnych mokradeł, ile sił w zesztywniałych od strachu nogach. Zatrzymał się dopiero pod karczmą, chwiejnie opierając się o ścianę. Zgrzybiały staruch, pewnie tylko czekał na jego śmierć kiedy zachęcał go do pójścia w tak groźne miejsce. Już nigdy nie posłucha nieznajomych wędrowców. Długo zajęło mu okiełznanie oddechu i uspokojenie drżących od wysiłku nóg, ale doprowadził się do porządku i wszedł do karczmy, rozpinając trzy guziki koszuli. 

Zatrzymał się, widząc kelnera leżącego na ladzie. Pobili go? Czy on żyje? Zgorączkowanym krokiem zbliżył się do blondyna przyjrzał się, czy jego klatka piersiowa się unosi. Na szczęście tak, unosiła się i opadała równie wolno, Dante założył więc, że uroczy kelner uciął sobie drzemkę na ladzie. Trochę dziwne miejsce. Możliwe, że spał tyle, co on pił ludzkiej krwi, więc nie zamierzał go budzić. Usiadł jedynie przed ladą i skorzystał z okazji, że mężczyzna śpi, by przyjrzeć się jego masce. Złoto zdobiona namalowanymi piórami i obcym dla Dantego znakiem na czole. Zauważył, że oczy zakryte miał czarnym szkłem, przez które prawie nic nie widać. Z bliska wyglądała jeszcze piękniej. Te wzory tak starannie wykonane... Musiał ją poczuć. Ostrożnie, opuszkami palców musnął policzek maski, po czym krótko przejechał w dół, do dzioba. Miał rację - nie była nawet drewniana. Metal, pokryty matową czernią. Nie dostanie się tego byle gdzie. Musiała być robiona na zamówienie. Ale jak wyglądała jego twarz? Nie mógł przecież tego nosić zawsze. Delikatnie i powoli zaczął unosić maskę za dziób. Wtedy ręka kelnera chwyciła jego w mocnym uścisku. Dante otworzył szerzej oczy, nie spodziewając się, że blondyn nie spał. Nic nie widać przez te szkła, nawet by nie zauwaźył, że otworzył oczy.

- Nie śpi pan? - zaśmiał się lekko z własnej lekkomyślności. - Proszę wybaczyć moją czelność. - dodał po chwili. Barman wciąż trzymał rękę chłopaka w szczelnym uścisku przez co poczuł już strach. Uraził go? Wkurzył się? Przełknął dyskretnie ślinę i patrzył zakłopotany w maskę, bo oczu nie był w stanie dostrzec.

<Saadiya?>

20 lip 2022

Od Regisa "Najgorsze jeszcze przed nami" cz.3 (c.d Pedro)

Jesień 1457 

Było popołudnie. Jesienne słońce nabierało ognistej barwy i szykowało się do schowania za horyzont. Regis siedział na rynku i szykował się do powrotu do domu. Miał do zrobienia jeszcze tylko jedną rzecz, więc zdecydował się na krótki odpoczynek. Większość dnia spędził w mieście chodząc i załatwiając bieżące sprawy. Kupno kilku materiałów, złożenie zlecenia u kowala, zakupy do spiżarki i inne drobiazgi. Po tym wszystkim odpoczywał w jego ulubionym miejscu. Na skraju rynku znajdowała się ławka. Nie była w niczym specjalna, oprócz położenia. Widać z niej było wszystkie najważniejsze i najciekawsze rzeczy skweru. Handlarzy przy stanowiskach, szyldy sklepów delikatnie poruszane podmuchami wiatru, budynek urzędowy, kupców ze swoimi straganami. W oczy często rzucali się również osoby chcące coś pokazać, a wśród nich wyróżniał się pewien kuglarz. Zawsze w masce, nawet w trakcie przeróżnych akrobacji. Był tu niemalże zawsze, jak łowca kręcił się w okolicy. Występy przyciągały wzrok gawiedzi, widać jednak było, że nadchodząca zimna pora uszczupliła ilość chętnych na oglądanie występów. W okresie letnim skupiały się wokół niego spore grupy, a teraz stały ledwie ze trzy osoby.  

– Przykre. Oby miał inne źródło dochodów, bo długo nie pociągnie. – myślał tak w trakcie, jak jeden z niewielu gapiów zaczął oddalać się od widowiska.  

Wstał z ulubionej ławki w mieście i zaczął szykować się na ostatnią kwestie do załatwienia. Zakładając plecak na plecy, kątem oka zobaczył niepokojący widok.  

Artysta przewrócił się w trakcie jednej ze sztuczek. Nie powinno to nikogo dziwić, łowca rzadko jednak widział by konkretnie ten miał takie problemy z koordynacją. Obserwował go dłuższą chwilę, po tym jednak incydencie nic podobnego się nie wydarzyło. Regis odszedł, miał jednak niejasne przeczucie, a to rzadko go zawodziło, że coś jest nie tak.  

Do ostatniego miejsca na liście do odwiedzenia przybył kilka chwil później. Miejsce znajdowało się nieopodal rynku, więc nie miał do niego długiej drogi. Była to miejska biblioteka. Zdarzyło mu się wstąpić tam ze dwa może trzy razy, zawsze jednak z czystej ciekawości. Każda jednak wizyta kończyła się fiaskiem, a to przez tabliczkę “Chwilowo nieczynne” czy robiących problemy klientów. Dzisiaj jednak nic nie zapowiadało złego obrotu spraw, więc może w końcu się uda. Poruszył drzwi wejściowe i przekroczył próg. Po zamknięciu za sobą wrót usłyszeć można było znaczny spadek szumów miejskiego gwaru. Budynek był dobrze wyciszony, jak na miejsce skupienia przystało. Ruszył w kierunku lady, by uzyskać potrzebne informacje dotyczące interesujących go ksiąg. Po dojściu do niej nie ujrzał jednak nikogo. 

– Dzień dobry, można prosić o pomoc – powiedział nie za głośno, lecz donośnie by było go bez problemu słychać w większości zakamarków lokum. 

– Już idę – powiedział męski głos dobiegający zza kilku dużych regałów znajdujących się na lewo od aktualnej pozycji łowcy. 

– W czym mogę pomóc – słowa te padły od ukazującego się brodatego mężczyzny w okularach. Nie był stary, lecz przez zarost wyglądał na więcej lat na karku. – Od razu uprzedzam, nie ma dużo czasu, niedługo zamkniecie – dopowiedział zachodząc za wewnętrzną część stołu, przy którym stał łowca.

– Na szczęście nie jestem po zbyt dużą ilość dzieł – Odrzekł Regis. Znów plany dotyczące księgozbiorów mogły zakończyć się niepowodzeniem, nie dał jednak po sobie poznać lekkiej irytacji –Chciałbym prosić o dzieła dotyczące Smokokształtnych, w szczególności Wyvern i Draków. Gdyby było coś dotyczące anatomii humanoidów również z chęcią przyjmę –odrzekł składając w końcu prośby 

Bibliotekarz spojrzał podejrzliwie – Jesteś łowcą? – spytał w końcu 

– Tak – odpowiedział konkretnie na konkretne pytanie 

– W okolicy pojawiło trochę się tego typu myśliwych, ciebie jednak nie kojarzę – rzucił mężczyzna. 

–Skoro kojarzysz tutejszych łowców mnie również na pewno, po prostu nie wiesz, że to ja – mówiąc to dojrzał za ladą oparty o regał z książkami kostur. Domyślił się, że należy do rozmówcy, który w tym wypadku musi być magiem. 

–Jak więc się zwiesz? – spytał poważnie, zauważyć można było jednak nutę ciekawości 

–Regis, moje imię to Regis – powiedział 

– Więc tak wygląda okoliczny rzeźnik. Historie o twoich łowach stają się dość popularne. Miło w końcu spotkać cię osobiście –Powiedział mag  

– Warto wiedzieć, nie wiedziałem o tak wielkiej popularności ani o tym tytule. Miło słyszeć takie słowa od, zgaduje kolegi po fachu – odrzekł lekko zmieszany. Sława może przynieść my pracę, ale i wiele problemów. Na razie nie chciał się tym jednak przejmować. 

– Już idę po księgi – odparł czarodziej oddalając się od stołu i przechodząc do sedna sprawy, przez którą oboje się tu spotkali.  

– Proszę, jeśli będziesz jeszcze czegoś potrzebował postaram się znaleźć więcej – rzekł wręczając tytuły przed chwilą poznanemu łowcy. 

Regis podziękował i zaczął pakować. Kierując się ku wyjściu usłyszał jednak pytanie kierowane od maga.

– Miałeś kiedyś do czynienia z Sitrą? – 

– Z Sitrą. Widziałem efekty jej działania i sposób jej pozbycia, znam tez teorię, ale nie miałem jeszcze okazji się z nią bezpośrednio zmierzyć. Masz podejrzenia, że pojawiła się w okolicy? – pytanie padło z wyczuwalnym zaniepokojeniem. Walka z pasożytem a ze zwykłym stworem to dwie zupełnie różne kwestie, na niekorzyść tej pierwszej. 

– Możliwe. A jaki sposób pozbycia się jej widziałeś? – spytał zaciekawiony 

– Powiedzmy, że w zwęglonych zwłokach niewiele przetrwa – odparł łowca z lekkim uśmiechem ironii, zorientował się jednak, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał mag. 

– Na razie to wszystko, w razie czego spróbuję się z tobą skontaktować – rzucił te słowa kierując się z powrotem w stronę wielkich regałów. 

Po wyjściu Regis odczuł spadek temperatury. Owinął się szczelniej płaszczem i peleryną. Zarzucił kaptur na głowę i skierował się w drogę powrotną do domu. Ostatnie ogniste języki światła dziennego przemykały między dachami budynków centralnej części miasta.  

– Sitra co? Będzie ciekawie – powiedział cicho do siebie znikając w odmętach ciemności. 


<Pedro?> 

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 7

 Zima 1456

Diego zacisnął zęby i pomimo bólu wspiął się na gałąź. Zobaczył, że krew przesiąkała już przez opatrunek. Będzie musiał wybrać się z tym ugryzieniem do jakiegoś medyka; może znajdzie Connę gdzieś przy skraju lasu.
Diego, choć przyszło to z lekkim trudem, wdrapał się jeszcze wyżej. Teraz widział wszystkie wilki, które po nich przyszły. Diego policzył palcami strzały w kołczanie. Powinny mu wystarczyć, ale bezpieczniej będzie nie chybiać.
Pierwszy wilk oparł się przednimi łapami o pień drzewa, na którym siedzieli Diego i Drun. Warknął głośno; aż było w tym czuć nutę irytacji wywołanej faktem, że nie może dosięgnąć celu. Łowca podniósł łuk i ze skupieniem wycelował. Teraz mógł to robić z pełnym spokojem o bezpieczeństwo swoje i Druna, którego eskortował.
Łowca wypuścił pierwszy pocisk; potem następny i następny. Wilki padały jeden po drugim, chociaż czasem trzeba do tego było więcej niż jednej strzały. Diego poruszał się z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu jak najlepszego kąta celowania. Przeskakiwał bez trzymania się niczego, co widocznie zaimponowało Drunowi.
Po jakimś czasie na dole został już tylko jeden wilk. Był jednak bardzo niespokojny, a co za tym szło, tak ruchliwy, że Diego nie mógł go trafić. Po trzeciej zmarnowanej strzale łowca zaczął się zastanawiać, czy czasem nie lepiej byłoby stanąć z tym osobnikiem do walki tam na ziemi.
<C.D.N.>

19 lip 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 2 (cd. Regis)

 Jesień 1457

Traf chciał, że biblioteka znajdowała się niedaleko rynku, więc Pedro miał zawsze dobry widok na ruch przekupniów i innych mieszkańców Rivot. Podczas pracy, lub w przerwach, mag ukradkiem przyglądał się mijającym go ludziom i innym stworzeniom. Oceniał którzy byli zamożniejsi, a którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Nie omieszkał też cicho wydawać werdykt, którzy z nich prezentują się przyzwoicie, a którzy nie powinni w ogóle wychodzić dziś z domu.
Ostatni kłąb kurzu został zamieciony przez Pedra na szuflę. Mag podniósł wspomniany przedmiot w dłoń i wyszedł na zewnątrz, by go opróżnić. Kiedy otworzył drzwi, do środka wdarło się blade światło słoneczne, a z nim - gwar ulicy. Nagle słuch Pedra wyłapał znajomy głos rzucający charakterystyczne powiedzonko.
– O choroba jego gajowego!
Pedro odłożył szuflę na brzeg stołu przy wyjściu. Właśnie kończył sprzątanie, a tym samym swoją zmianę w bibliotece, więc mógł spokojnie podejść i się przywitać.
– Jed, dobrze cię znowu widzieć – powiedział, przyozdabiając twarz szerokim uśmiechem. Nie był to uśmiech szczery, ale przez zarost Pedra nikt nie byłby w stanie tego dostrzec.
– O choroba jego gajowego, Pedro! Wróciłeś, stary byku – ucieszył się handlarz. Poklepał maga po ramieniu. – Gdzie masz zbroję, co?
– Niepraktycznie jest nosić ją podczas pracy w bibliotece.
– Pewnie interesują cię moje towary, co? Chodź, pogadamy o tym w drodze na rynek – zaprosił kupiec.
– Interesuje mnie przede wszystkim Piasek Powiernika – Pedro ruszył wraz z nim w odpowiednim kierunku. – Miałeś go nieprzerwanie od lat, więc zakładam, że masz go i tym razem.
– Ha! Dałbyś głowę to wciąż byś ją miał.
– Cieszy mnie to bardzo – powiedział spokojnie Pedro. – Czy ceny uległy zmianie?
– Mamy ciężkie czasy, coraz trudniej o większość mojego asortymentu... Musiałem trochę podnieść ceny. Ale nieodczuwalnie, zapewniam cię!
– To się jeszcze okaże. Podaj coś konkretnego – zażądał mag.
– Dwa Feny za porcję.
Pedro przeklął w myślach. To dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego obecną sytuację. Wspierając materialnie Carlosa ciężko jest odłożyć coś więcej, a Pedro nadal miał w planach zakup własnego lokum dla siebie i brata. Ale faktem było też, że Pedro dawno nie miał Piasku Powiernika. A ta substancja już dwa razy uratowała życie bliskich mu osób; pierwszy raz jego matkę, kiedy piaskiem posłużył się ojciec, a drugi raz wuja Ray'a; wtedy wykorzystał piasek sam Pedro.
– Daj mi trzy porcje – powiedział wreszcie mag.
– Aż trzy? – zdziwił się Jed. – O choroba jego gajowego...
– Powiedziałem „trzy” – rzucił Pedro, wyciągając przed siebie dłoń. Zrobił wyjątek od swojej reguły odnośnie codziennych spraw i użył magii do przywołania sakiewki ze swoimi pieniędzmi.
– Niech będzie – powiedział Jed. Przyjął zapłatę i wręczył Pedrowi trzy fiolki wypełnione połyskującym, srebrnobiałym proszkiem.
Uzyskawszy, co chciał, Pedro zapytał mężczyznę o kilka spraw osobistych. Nie dlatego, że go to bardzo obchodziło; wolał zostawić po sobie miłe wrażenie na tak ważnym sprzymierzeńcu i przynajmniej udawać, że mu na nim zależy.
Pedro zatoczył jeszcze koło pośród już rozstawionych straganów, ale nie znalazł na nich nic ciekawego; nawet jednego stoiska ze starymi księgami, ani magicznymi przedmiotami. Znaczy, był jeden kupiec utrzymujący, że jego towary mają wyjątkowe właściwości, ale Pedro już na pierwszy rzut oka mógł śmiało stwierdzić, że to jedno wielkie oszustwo. Tak więc, niedługo po spotkaniu Jed'a Pedro udał się w kierunku Karczmy Starej Wiedźmy. Jeśli chciał użyć Piasku, musiał znajdować się w nieco spokojniejszym otoczeniu; przykładowo, swoim wynajętym pokoju.
***
Pedro przekroczył próg karczmy. Od wejścia przywitał go mocny swąd pijanych ludzi i innych stworzeń. Wydłużył krok, żeby przedostać się nad jednym już leżącym mężczyzną, który za żonę wybrał sobie butelkę trunku. Pierwsze co zrobił mag po pokonaniu tej przeszkody, to odszukał wzrokiem brata; ten rezydował w rogu izby i zabawiał podchmielone towarzystwo pieśnią o czterdziestu pszczołach. Utwór był głupi jak but, ale pomimo tego widzowie wesoło „tańczyli” i „przyśpiewywali” refren.
Pedro pomyślał, że długo już nie będzie tak dobrej okazji na nową lekcję dla Carlosa. Jed pojawiał się w mieście tylko raz do roku, a odpowiednie wykorzystanie Piasku Powiernika może okazać się ważną umiejętnością. Nie powinno to sprawić tak utalentowanemu, młodemu magowi problemów. Może jedno podejście wystarczy.
Pedro przecisnął się między widzami, by porozmawiać z Carlosem.
– Trzydzieści sześć pszczół miało na wino chęć. Lecz było ono zatrute; zostało trzydzieści pięć! – wyśpiewał bard.
– Carlos, skończ to rzępolenie, mam do ciebie sprawę.
– Trzydzieści pięć pszczół chciało zjeść dwa sery... – kontynuował młodszy z magów.
– Carlos!
– … a wtedy przyszedł scurek; zostało trzydzieści cztery!
Pedro wyrwał z rąk Carlosa lutnię. Oczywistym było dla niego, że nowa, cenna lekcja to coś ważniejszego od „sztuki”.
Widownia zamruczała z niezadowoleniem. Ci, którzy znali braci trochę lepiej, odeszli, wiedząc, że pieśń już nie ma szansy na kontynuację. Jeden podszedł do starszego maga z chęcią mordu w oczach, ale Pedro jednym ruchem przewrócił go na ziemię; nie był to żaden wyczyn, pijany delikwent ledwo stał na nogach.
– Co ty robisz?! – zdenerwował się Carlos.
– Idziemy na górę. Posiądziesz nową umiejętność.
– Ktoś raczył mnie spytać, czy ja tego chcę?
– Nie musiałem – podsumował Pedro. – Idziemy na górę.
Koniec końców mag zawlókł młodszego brata do pokoju niemalże siłą. Carlos nie miał dość mięśni, by się opierać. Wreszcie usiedli jeden naprzeciwko drugiego. Wtedy Pedro wyjął z sakwy fiolki.
– Co to jest? – chciał wiedzieć Carlos.
– Piasek Powiernika.
Młodszy z braci popatrzył na Pedra, jakby oczekiwał dalszych wyjaśnień. Starszy jednak milczał.
– To ma mi coś mówić?
– Nie raz opowiadałem ci o Piasku Powiernika – mruknął brodaty mag. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Mógłbyś przestać zakładać, że zapamiętam wszystko co mi kiedykolwiek powiedziałeś – Carlos podniósł teatralnie oczy do góry.
– Niech będzie, zaczniemy od nowa. To jest Piasek Powiernika – Pedro podniósł fiolkę przed oczy brata. – Zażycie go sprowadza wizje. Przy odpowiednim skupieniu mogą one dotyczyć...
– Wizje? – Carlos nagle ożywił się.
– ...nawet przyszłości – dokończył Pedro.
– Trzeba było od tego zacząć – młodszy przejął od brata jedną fiolkę. – Jak się tego używa? Czekaj, nic nie mów! Na pewno się to...
– Wdychasz to nosem. Trafia bezpośrednio do układu krwionośnego – opisał Pedro.
– Błe nie mów mi o krwi!
– Wizje mogą dotyczyć różnych rzeczy – kontynuował starszy. – Ale musisz się skupić na tym, co chcesz otrzymać. Jest nas dwóch, więc jest niskie prawdopodobieństwo, że Piasek pokaże nam dokładnie te same urywki przyszłości. Mamy duże szanse dowiedzieć się o czymś ważnym.
– W porządku, wchodzę w to! – oznajmił z entuzjazmem Carlos.
Pedro uśmiechnął się pod wąsem. Wreszcie udało mu się czymś zainteresować brata. Oby teraz wszystko poszło gładko...
– Au! To parzy w nos! – jęknął Carlos.
– Nie wdychaj wszystkiego naraz. To opóźni działanie – powiedział Pedro. – Trzeba powoli, stopniowo. O tak – Nabrał nieco Piasku na palec i zaprezentował. – I teraz musisz się skupić.
Pedro poczuł, jakby podłoga pod nim zamieniła się w nicość. Świat dookoła zaczął znikać; sylwetka siedzącego naprzeciwko Carlosa zamazywała się. Mag skoncentrował myśli na tym, co chciał zobaczyć; na przyszłości.
Zobaczył przed sobą białą przestrzeń. Przez chwilę wszystko trwało w ciszy i bezruchu. Potem na środku tej bieli pojawiła się czarna plama. Zaczęła rosnąć, by wkrótce wypuścić na wszystkie strony szare żyły. Wtedy Pedro nie miał już wątpliwości, co widzi.
Sitra.
Pedro zażył kolejną porcję Piasku. Szare odnogi oplotły biel i zasłoniły ją. Mag usłyszał krzyki i rozpaczliwe wołanie o pomoc. Ostatnia dawka. Pedro zobaczył Świszczące Równiny; karczmę, potem miasto i las. Górska ścieżka, świszczące mokradła... To wszystko dzieje się bardzo blisko.
I na tym skończyła się jego wizja. Wrócił widok świata materialnego. Pedro otarł czoło; jednym z częstych efektów ubocznych zażywania Piasku Powiernika była nadmierna potliwość.
– Ten twój proszek w ogóle nie działa! – rzucił nagle Carlos. – Czekam tak już od pięciu minut i... – zamilkł.
Starszy z braci spojrzał na młodszego.
– Carlos, słyszysz mnie? Opisuj wszystko, co widzisz – kazał Pedro. Liczył, że wizja brata dopełni jego wizję.
– Widzę... kobietę. Jest w pięknej sukni powiewającej na delikatnym wietrze. Jej włosy opadają z finezją na ramiona...
– Dobrze, co jeszcze? Co ona robi? – wypytywał brodaty mag.
– Nic nie robi. Patrzy niezręcznie w bok.
– Wstydzi się? – zgadywał Pedro.
– Opowiadam jej o mojej sztuce. Czytam z kartki pierwsze wersy mojego nowego wiersza – opisał Carlos. Zrobił się czerwony na twarzy.
Pedro oniemiał. Po tym, załamał ręce. To nie była wizja przyszłości. To było wspomnienie jednej z pierwszych randek Carlosa. Zmarnować tyle Piasku Powiernika! Pedro, jak głupio zrobiłeś tak po prostu dając go bratu!
– Wystarczy tego – Pedro potrząsnął młodszym. Był to jeden z prostszych sposobów na zatrzymanie działania Piasku.
– Teraz pokazuję jej sztuczki z iskrami – kontynuował Carlos. – Pierwsze nawet się udały, ale potem jej włosy zajęły się ogniem... – dodał i ukrył twarz za dłońmi.
Pedro pociągnął brata za czuprynę. To był drugi sposób.
– Próbowałem ugasić ogień, ale tylko oblałem jej suknię. Całkiem zniszczyłem ten delikatny materiał...
Pedro szarpnął mocniej loki Carlosa. Powinien był przewidzieć, że wizja będzie w jego przypadku długa, wyraźna i trudna do rozbicia. Tak samo, jak powinien był przewidzieć, że braciszek nie zdoła się skupić na tym, co trzeba.
– Au, au, co ty robisz! Pedro, do cholery, puść mnie! Nie godzi się szarpać złota mojej głowy.
Pedro odetchnął z ulgą widząc, że jego brat się ocknął. Wstał z miejsca.
– Muszę iść.
– Co? Zawlokłeś mnie tutaj wspominać przeszłość, a teraz sobie pójdziesz? Dlatego przerwałem koncert?! – oburzył się Carlos.
Pedro nic już nie odpowiedział. Zbiegł po schodach do głównej sali karczmy. Musi się rozmówić z Berthiną.
Sitra... Najniebezpieczniejsze monstrum, jakie widział ten świat. 
<Regis?>

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 6

 Zima 1456

Spomiędzy zasp wyskoczyło szare cielsko uzbrojone w ostre zęby. Diego nie zdążył podnieść łuku z powrotem. Został przewrócony na ziemię. Szczęki wilka zacisnęły się na jego przedramieniu. Jednak zanim drapieżnik zdołał szarpnąć i złamać kość, dostał od łowcy w pysk kolanem. Diego szybko złapał strzałę bliżej grotu i wbił ją w głowę wilka. Pozbawione życia zwierzę musiało wypuścić kończynę łowcy z uścisku.
Diego wydostał się spod bezwładnie wiszącego cielska. Złapał się szczelnie za przedramię; ściekała po nim krew. Drun podał swojemu obrońcy jakiś kawałek materiału; zapewne wzięty z wozu.
– Dziękuję – mruknął Diego i z cichym syknięciem zasznurował prowizoryczny opatrunek, pomagając sobie zębami. Zupełnie jakby miał i w tym jakąś wprawę...
– Przydałaby ci się jakaś broń przeznaczona do bezpośredniego starcia – stwierdził Drun.
– Coraz wyraźniej to dostrzegam – westchnął kuglarz-łowca. Spróbował napiąć łuk. Na szczęście nowa rana nie była głęboka, nie powinna przeszkadzać w dalszej walce.
Rozległo się skrzypnięcie śniegu. Subtelne, ale słyszalne. Kolejny wilk się tutaj podkradał; tym razem od strony Druna. Diego szybko stanął przed swoim towarzyszem i wycelował z łuku w pierwsze miejsce, gdzie zobaczył drobny ruch. Usłyszeli świst strzały, a następnie jej uderzenie w zaspę. Pudło.
Wilk dalej krążył dookoła ludzi. Diego chwilę szukał go wzrokiem i słuchem. Bezskutecznie; nie miał tych zmysłów tak wyostrzonych jak bestia. Nawet pomimo faktu, że ludzie chodzą na dwóch nogach i widzą dalej, wilk (lub wilki) zbyt dobrze kryły się pośród otoczenia.
Trzeba podejść do tego inaczej... Ale jak? Co mogłoby im w tej sytuacji pomóc... No jasne!
Diego zaczął się rozglądać za idealnym drzewem do realizacji nowego planu.
– Co ty robisz? – zdziwił się Drun.
– Musimy... – zaczął Diego. Wtedy z ukrycia wyskoczył kolejny drapieżnik. Rozdziawiając pysk, celował w nogi Diego. Kuglarz szybko uniknął kłapnięcia. Potem zrobił to ponownie i ponownie. Jego wywijanie nogami i skakanie pośród zasp powoli zaczynało przypominać taniec. Po jakimś czasie wilka wyraźnie zmęczyło to szaleńcze ganianie za którąkolwiek z nóg Diego. Wtedy kuglarz-łowca wyjął strzałę i po ostatnim piruecie wycelował w wilka. Strzała ze świstem poleciała prosto do celu. Drapieżnik padł na ziemię.
Diego widząc, że zyskali odrobinę czasu, podbiegł do pnia i przygotował dłonie do podsadzenia Druna na górę.
– Zostaw pan wóz, musimy wejść na drzewo Tam poczekamy aż przyjdzie ich więcej.
– Na drzewo?!
– Szybko – ponaglił Diego.
Drun niechętnie wypuścił z dłoni uchwyty swojego wozu i z rozbiegu doskoczył do Diego. Kuglarz-łowca podsadził go na wysokość jednej z niższych gałęzi.
– Niech się pan wspina wyżej – kazał Diego. Wtedy za jego plecami rozległo się głośne warczenie. Kuglarz sam wziął rozbieg, podskoczył i złapał rękami inny konar. Chciał się podciągnąć na nim, ale wtedy poczuł nagły ból w świeżej ranie.
<C.D.N.>

18 lip 2022

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 5

 Zima 1456

Diego wraz z Drunem ruszyli dalej przez las. Cały czas kążyli jeden obok drugiego; w końcu tylko łowca miał ze sobą gotową do wystrzału broń. Tylko on w ogóle miał broń. Przystawali na każdy odgłos i jakikolwiek kształt, który mógłby być kolejnym zwierzęciem.
– Jak na łowcę, jakoś mało bezpiecznie się czuję pod twoją opieką – rzucił Drun.
– Mówiłem, że dopiero się uczę – mruknął Diego. – Niczego przed panem nie ukrywałem.
– A przyjąłeś zaliczkę. To było twoje zapewnienie, że sobie poradzisz – kontynuował kupiec.
– Przepraszam, przecież zabiłem tamtego wilka. Nie wiem o co panu chodzi.
– Też mi się trafił łowca... – wymamrotał Drun.
Diego westchnął; nic już nie powiedział. Poczuł się trochę winny przez fakt, że nie spełnia oczekiwań zleceniodawcy.
Po jakimś czasie obaj ujrzeli za drzewami jakiś nowy kształt. Był z o wiele ciemniejszy, niż bure pnie i niższy od nich.
– Mój wóz! – prawie wykrzyknął Drun.
– Ciszej – Diego uniósł dłonie, żeby uspokoić nieco kupca. – Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni.
Handlarz rozejrzał się, ale tylko pobieżnie. Wybiegł w stronę swojego dobytku i z radością wymalowaną na twarzy dopadł wozu. Diego po cichu, z wciąż napiętym łukiem, dołączył do towarzysza. Dopiero teraz mógł poznać, co tak właściwie przewoził tędy Drun. Wyglądało to na jakieś krzywo wykute rupiecie; tu nożyce, tam jakiś ostro zakończony pręt... Niektórzy po prostu nazwaliby te rzeczy śmieciami.
– Po to chciał pan wracać taki kawał drogi? – zdziwił się łowca.
– Um... Tak. To... rodzinne pamiątki – wyjaśnił z wahaniem w głosie Drun.
Diego przyjrzał się badawczo wozowi. Jedyne co zwróciło jego uwagę, to to, jak nieporęcznie był skonstruowany. Miał bardzo grubą podstawę, co pewnie utrudniało transport.
Drun złapał uchwyty wozu. Był to ten typ, który ciągnie się w pojedynkę, ale Diego i tak postanowił pomóc. Przewiesił łuk przez ramię i powiedział:
– Ja mogę go pchać, będzie wtedy szybciej.
Drun skinął głową, choć zrobił to niechętnie. Diego oparł dłonie na tyle wozu, ale wtem poczuł pewien charakterystyczny zapach.
– Co jest? Miałeś pchać – Drun spostrzegł, że Diego nie przykłada do zadania dużo siły. Łowca był rozkojarzony.
– Czuję... urynę wilka – powiedział wreszcie zamaskowany mężczyzna.
– Co..?
– Wilki oznaczyły pana wóz. Na pewno są blisko – podsumował Diego. Zdjął dłonie z drewna i napiął z powrotem łuk. – Będzie musiał pan ciągnąć go sam – Obrócił się parę razy celując strzałą w okoliczne krzewy.
– Aha! Czyli twój instynkt faktycznie działa!
– Nie, mówiłem panu, ja nie mam żadnego... – zaczął się tłumaczyć Diego. Spuścił przez to gardę; opuścił nieznacznie łuk i delikatnie zmniejszył napięcie cięciwy.
Zrobił to w złym momencie.
<C.D.N.>

Od Diego „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 1 (cd. Pedro)

 Zima 1456

Diego obudziło w środku nocy kłucie w gardle. Zerwał się z miejsca i zaczął kasłać. Czuł się, jakby coś go uwierało w tchawicę i na pewno nie była to ślina. Na szczęście kilka sekund siłowania się z własnym organizmem wystarczyło, by nieprzyjemne uczucie zniknęło.
No ładnie... pewnie to spanie pod samą kurtką w roli kołdry odbiło się na jego zdrowiu. Od kilku dni kuglarz nie musiał już walczyć z Tingiem o okrycia, ale może w przeszłości coś przez to zamieszanie złapał.
Co się miało stać już się stało.

 Lato 1457

Słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie złociste promienie oświetlały jeszcze dachy budynków. Diego stanął jeszcze raz na rękach, potem na tylko jednej. Publika zamruczała z podziwem. Mężczyzna podskoczył z tej pozycji i wykonał salto, by powrócić do podobnego ułożenia ciała. Ostatni spektatorzy zaklaskali. W sakiewce kuglarza brzdęknęło kilka dodatkowych Ora.
– Dziękuję wam bardzo. Jutro też tu wrócę – oznajmił Diego, stając już na dwóch nogach jak normalny człowiek. Po tych słowach, ukłonił się nisko, zdejmując z głowy czapkę. Wybrzmiały ponownie oklaski.
Nagle Diego poczuł ścisk w gardle. Zakrztusił się. Jednocześnie poczuł swego rodzaju mrowienie przechodzące od czubka głowy po stopy. To wszystko trwało jednak tylko kilka sekund. Po tym, samopoczucie kuglarza wróciło do normy. Diego zignorował więc to zjawisko, zebrał swoje rekwizyty, zarobione pieniądze i wybrał się do domu.
<Pedro?>