Jesień 1456
Diego obudziło szczypanie w łydkę. Najpierw spróbował drapania się, ale uczucie wracało; za każdym razem w innym miejscu na skórze. Mężczyzna zrzucił pierzynę, żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi. Znalazł pod nią stado czarnych i czerwonych mrówek. Wchodząc w dobrze znany sobie stan zmieszania zaczął strzepywać je z łóżka. Kiedy rozprawił się z owadami na materacu, zaczął przeganiać je z podłogi. Walka trochę trwała, Diego miał do czynienia z prawdziwą inwazją. Tylko co mogło sprowadzić ich aż tyle...
– Co ty robisz, Zamaskowany! Przepłoszysz je wszystkie!
Diego spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. Tam, gdzie niegdyś stało jego lustro, ujrzał znanego sobie Drobnego-dwunogiego.
Diego ruszył w stronę nieproszonego gościa. Miał zamiar coś mu powiedzieć, ale nie zdążył; zamiast tego poślizgnął się i wywinął orła. Wylądował z jedną nogą i jedną ręką w powietrzu; pozostałe dwie kończyny były na podłodze. Diego w ten sposób ledwo uniknął upadku.
– Co to jest? – spytał Diego, oglądając śliską substancję rozsmarowaną na deskach.
– Konfitura.
– Co robi konfitura na podłodze w moim domu?
– Spałeś, jak przyszedłem, więc postanowiłem wykorzystać ten czas – odparł Drobny-dwunogi jak gdyby nigdy nic.
– Na wabienie mrówek? – Diego podniósł jedną brew. Niestety przez maskę nie było tego widać.
– Dokładnie tak.
Diego pokręcił głową i wyciągnął spod łóżka szmatę. Namoczył ją w wiadrze wody, które nabrał poprzedniego dnia.
– Chyba nie chcesz tego teraz sprzątać! Jeszcze nie skończyłem. Dopiero się schodzą – zaprotestował Drobny-dwunogi.
Diego zignorował ten głos sprzeciwu. Jest szansa, że nie był właścicielem tego domu, ale na tę chwilę był jego panem i do niego należało dbać o to otoczenie. Nie zamierzał tolerować dziwnych pomysłów swojego gościa.
<C.D.N.>