Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

15 sty 2023

Od Regisa "Jesienny poranek"

Jesień 1457
Noc swą czernią już dawno pochłonęła całą okolicę. Przez zachmurzone niebo swe promienie delikatnie rzucał blask księżyca, ledwo przedzierając się przez padający wokoło deszcz. Większość mieszkańców dawno już zasnęła, tylko w kilku oknach paliło się światło. Jeden z takich domów, w którym domowników błogi sen jeszcze nie ukoił, stał na obrzeżach miasta. Łowca go zasiedlający ślęczał przy stole na pierwszym piętrze. Lampa służąca za przycisk do papieru spoczywała na stosie wielu stron. Wszystkie były wypełnione wszelakimi zapiskami i rysunkami przedstawiającymi różne materiały, minerały i schematy budowy wielu typów broni białej. Po drugiej stronie blatu leżało kilka książek o podobnych tematykach. Na nich zaś postawiony był kubek, lekko poniżej połowy wypełniony mocno przestygniętym już naparem z liści malin. Poruszany był on w celach napojenia się przez Regisa, który na położonej w centralnej części stołu dużej kartce rysował i wprowadzał zapiski projektując nowe zamówienie u lokalnego kowala. Niewiele mu zostało, by mógł wreszcie uznać projekt za skończony.
Nie minęła godzina, gdy łowca w końcu oderwał się od rysopisu. Spoglądając za okno ujrzał swoje odbicie oświetlone blaskiem dobiegającym z kaganka. Uchylił delikatnie drzwiczki i dmuchnął w płomień umieszczonej wewnątrz świecy. Ten zatańczył smagany poruszeniem powietrza, po czym zgasł, pozostawiając po sobie stopiony wosk i strużkę zanikającego w nicości dymu. Obraz w oknie przestał ukazywać zmęczonego człowieka, a ujawnił ciemny krajobraz pełny niewyraźnych kształtów zacieranych spadającymi kroplami na końcu, którego dojrzeć można było majaczące pojedyncze jaśniejące punkciki, będące, tak samo jak właściciel domu, nie śpiącymi jeszcze, zmęczonymi duszyczkami, szwędającymi się po swoich własnych czterech kątach, kończąc załatwianie spraw, na które w czasie świecenia dziennej gwiazdy z wielu powodów nie starczyło czasu. Gospodarz wstał w ciemności i wyszedł na korytarz z pokoju, który tymczasowo nazywał swoją pracownią. Zamknął za sobą drzwi i przeszedł do leżącej naprzeciwko kwatery, będącej jego sypialnią. Poprawił nałożoną kilka godzin temu koszulę nocną, naciągnął nogawki i położył się przykrywając grubym kocem. Sen szybko go zmógł, dając upragnione wytchnienie po godzinach studiowania notatek i tworzenia własnych.
Poranek był chłodny. Słońce leniwie wychylające się ponad horyzont rozlewało blask światła na nowo powstałą w nocy warstwę błota. Wiejący wiatr zwiewał nie opadłe jeszcze liście. Regis obudzony odbitymi promieniami słońca wybudzał się powoli. Siadł w końcu na łóżku i spojrzał na szyby znajdujące się ponad jego łożem.
– Pora w końcu zamontować jakieś zasłony – powiedział do siebie zaspanym jeszcze głosem.
Wstał w końcu i ruszył powoli w stronę kuchni. Schodząc po schodach zauważył kilka większych kłaków kurzu walających się tu i ówdzie. Wrzucił kilka kawałków drewna do paleniska i rozniecił ogień. Dochodząc do blatu wyrwał jedną ze specjalnie do tego celu znajdujących się tam kartek i zapisał leżącym obok prowizorycznym ołówkiem zrobionym z patyczka, kawałka sznurka i naostrzonego węgielka posprzątanie domu jako pierwszy punkt nowej listy rzeczy do zrobienia. Odłożył ją na bok, sięgając po leżącą pod jedną z podwieszanych półek resztkę bochenka chleba, po czym położył go na blacie głównego stołu pokoju. Dopisał do listy pieczywo, po czym ruszył w kierunku piwniczki. Wejście do niej znajdowało się pod schodami. Była ona widocznie dobudowana w późniejszym okresie niż większość domu. Wejście lekko zakręcone prowadziło do pomieszczenia położonego poniżej poziomu gruntu. Spory ciemny pokój z dwoma parami kolumn wspierających rozświetlany jedynie przyniesioną ze sobą latarnią. Część ścian zasłonięta dużymi regałami, na których znajdowały się wszelakie artykuły spożywcze. Pod resztą boków w nikłym blasku światła tam docierającego dojrzeć można było ślady po starych meblach, które nie przetrwały próby czasu, ani spotkań z byłymi mieszkańcami. Łowca zabrał zawiniątko leżące na jednej z półek i udał się z powrotem w stronę jadalni. Pokroił chleb i posmarował go masłem z niewielkiego glinianego naczynia leżącego zazwyczaj gdzieś na blacie pod półkami. Odpakował niewielki kawałek mięsa przyniesiony ze spiżarni i przygotował kilka plastrów kładąc je następnie na kromki. Po krótkiej chwili kończąc pieczywo, zakończył również spożywanie śniadania. Wstawił wodę do gotowania szykując podobny napar, jaki pił ubiegłej nocy sporządzając swoje notatki. W międzyczasie zdążył trochę posprzątać zbierając przede wszystkim duże kłębki kurzu zauważone na początku poranka. Zalał liście gorącą cieczą i poszedł zmienić swój strój na zwykły. Po chwili założony już miał ubiór bardziej adekwatny do warunków. Grube spodnie i długa koszula. Zasiadł do stołu planując obecny dzień. Niedługo przygotuje tak skrupulatnie sporządzone notatki i uda się do kowala. Część materiałów ma już przygotowane. To będzie drogie zamówienie, ale Regis zdawał sobie z tego sprawę.

Od Pila "Kartki" cz. 1

Jesień 1457

Pil po ukończeniu swojego treningu z młodym mentorem, wyruszył w poszukiwaniu dalszych przygód. Pomyślał, że skoro już odkryto u niego talent magiczny, powinien nauczyć się jak go spożytkować. Stwierdził więc, że uda się do miasta i podpyta lokalnych o księgarnie oraz nauczycieli. Chłopak niezwłocznie wyruszył w stronę miasta.

Po długiej podróży, wycieńczony wędrówką młodzieniec dotarł wreszcie dokąd zmierzał. Nie tracąc ani chwili, podszedł do kupca:

– Witam, czy wie Pan może gdzie znajdę coś pokroju biblioteki, bądź mentora od sztuk magicznych? – zapytał wrażliwie.

– Hmm, niezbyt, ale sądzę, że możesz znaleźć coś pożytecznego na tablicy ogłoszeń w rynku. – odpowiedział z lekką niecierpliwością w głosie.

Po wysłuchaniu rady handlowca, od razu ruszył w stronę skromnie wykonanego, drewnianego banneru. Mijając białe budynki z niebieskimi dachówkami, w które kochał się wpatrywać, dotarł do listy ogłoszeń.

– “Poszukuje ochotnika do pomocy z uprawą…” - załatwione. “Zapraszam na targi…” - nie tego szukam. “Szukam nauczyciela rzemieślnictwa…” - na tym znam się już wystarczająco dobrze. “Poszukuje pomocy z czytaniem…” - nie dla mnie, najwidoczniej nie znajdę tu nic pożytecznego. – wymruczał pod nosem Pil.

Jednakże odwracając wzrok, kątem oka spostrzegł słowo “księgozbiór”. 

Momentalnie z powrotem spojrzał na list i przeczytał go do końca. Mówił on: “Poszukuje pomocy z czytaniem. Niedługo całkowicie oślepnę, a me życie bez moich drogich ksiąg to nie to samo. Nagrodą będzie wszystko co posiadam, czyli mój cały księgozbiór. Mimo skromnego wynagrodzenia, liczę że znajdę ochotnika do pomocy.”

– Dokładnie tego szukałem…


<C.D.N.>

Od Lestata "Czas zmian" cz. 11

Jesień 1457

– Słyszałem o tobie niejedno, i żadna z tych rzeczy jest czymś pozytywnym – zaczął Lestat – Musisz sobie zapracować na zmianę złej sławy, którą jesteś owiany. Radziłbym od przyjęcia pod swój dach mnie i Conny, przynajmniej aż do końca śnieżycy.

Shen parsknął gniewnie, ale przepuścił ich w drzwiach. Conna, przechodząc, posłała mu najsłodszy uśmiech, na jaki było ją stać.

Rozebranie wszystkich płaszczy i futer Lestata trochę zajęło. Shen niechętnie powiesił je na wieszaku nieopodal wejścia, a potem zaprowadził ich do kominka. Gotował wodę w blaszanym dzbanku zawieszonym tuż nad ogniem. Młodzieniec zerknął do środka, oceniając jej ilość na wystarczającą i zabrał się za przygotowywanie herbaty. Lestat z drobnym zaskoczeniem dostrzegł, że nie znał tych liści, a ich zapach nie kojarzył mu się z żadnym ziołem. Musiały pochodzić wprost ze Wschodu.

– Lubisz herbatę, czyż nie? – zapytał Lestat. Shen kiwnął głową, rozstawiając pięknie malowaną porcelanę na stoliku. – Przywiozłeś ją aż ze swoich stron. Musisz mieć dużą kolekcję...

– Już mi się kończy. Oszczędzam – odpowiedział chłodno, sięgając po wrzącą wodę. Zaraz potem zniknął w kuchni i postawił pod ich nosami świeże pierożki. Conna, zdumiona, otworzyła usta. Było ich za mało, aby wszyscy mogli się najeść, ale mężczyzna prawdopodobnie przyrządził je znacznie wcześniej z myślą o samym sobie. Wszystko wskazywało na to, że nie miewał gości.


<C.D.N.>

14 sty 2023

Od Pila "Mech" cz. 1 (cd. Regis)

Jesień 1457

Po długiej wędrówce wykończony chłopak w końcu dotarł do miasta Rivot. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to długie, kamienne uliczki otoczone pięknymi, białymi budynkami z drewnianymi podporami i stosy straganów. Mimo swojej niespodziewanej fascynacji miastem szybko przypomniał sobie o swoim zadaniu - zdobyciu prowiantu i minimalnego majątku.

Po krótkiej przechadzce po nowopoznanym mieście, nie zastanawiając się długo wyruszył do pobliskiego lasu. Osada była bardzo dobrze zagospodarowana - wywodziło się z niej wiele dróg i na każdej widniał znak doskonale opisujący gdzie się zmierza. Po niedługim spacerze Pil ujrzał nareszcie pierwszą warstwę lasu skrywaną za niewielkim polem. Od razu wziął łyk ze swojego nieco nadszarpniętego bukłada i ruszył w nieznane.

Już sam gąszcz pełen drzew i krzaków wydawał mu się nieco… inny. W porównaniu do pozostałych lasów, które zwiedził na swojej drodze, ten miał pnie sięgające wysoko jak góry i pnącza rozległe jak ocean. Ale mimo to, co wydawało mu się dziwne, bez przerwy wyczuwał jakieś zagrożenie, niesprecyzowany strach.

Jego uczucie niepokoju nabrało sensu w momencie, gdy usłyszał głośny jak burza ryk wydobywający się z oddali. Spoglądając w prawo, skąd usłyszał wycie, jego serce przyspieszyło. Zestresowany łowca oczywiście podjął najrozsądniejszą decyzję, czyli skierowanie się w lewą stronę dziczy.

Po paru minutach wędrówki młodzieńca tajemnicza bestia znów rykneła, ale tym razem okrzyk był głośniejszy i wydawało się, jakby to “coś” się zbliżało. Podróżnik stwierdził, że jeśli to coś go dogania, oznacza to że prędzej czy później go złapie, a już na pewno zanim opuści las. Idąc tym tokiem myślenia zdecydował ostrożnie podważyć mech swoim świeżo naostrzonym sztyletem i zrobić z niego kamuflującą kołdrę.

Po około dwudziestu minutach leżenia pod swym puchatym kocem, usłyszał odgłosy zbliżających się kroków średniej wielkości potwora. Chwila minęła, a chłopak przez drobne szpary w mchu ujrzał ciemnozieloną bestię z gęstym futrem ciągnącym się od góry klatki, aż do końca ogona wraz z ogromnymi, białymi jak śnieg kolcami wędrującymi przez cały jego grzbiet.

Terrawit, bo tak nazywało się zwierzę, które przyprawiało łowce o ciarki przeszło tuż obok niego, ale na jego nieszczęście zatrzymało się oraz spojrzało przez swoje żylaste ramię. Wyczuło swoim delikatnym resztki pożywienia ocalałego - parę gołębi, które cały czas trzymał w torbie na dzisiejszy posiłek.

Zwierzyna przygotowała się do ataku i rzuciła się z rozdziawionym pyskiem w okolice kryjówki młodzieńca, rujnując praktycznie wszystko w zasięgu zgryzu. Pil na całe szczęście w ostatniej chwili wykonał unik, dzięki któremu uszedł z życiem. Mimo powodzenia został ranny - miał wielką ranę ciągnąca się przez prawie całą długość lewego ramienia.

Pomimo bólu i strachu od razu wpadł na pomysł, aby rzucić bestii swój obiad, skoro i tak martwy go nie spożyje. Jak pomyślał tak i zrobił - w mgnieniu oka wyciągnął z bagażu swoje pyszne zdobycze i gdy bestia wypluwała resztki zieleniny z pomiędzy kłów, rzucił je w tuż pod łapy bestii.

Gdy Terrawit zajął się jedzeniem przerażony łowca zaczął uciekać tak szybko jak tylko mógł.

Po kilkunastu minutach sprintu, wciąż przestraszony zobaczył w oddali błysk miecza i odgłosy bitwy. Podchodząc bliżej dostrzegł młodego wojownika, na oko dwadzieścia parę lat i Terrawita, takiego jak ten, przed którym sekundę temu uciekał w popłochu.

Ich walka była niesamowita, mimo że nie potrwała zbyt długo. Ostateczne uderzenie nieznajomego było tak prędkie i precyzyjne, że jednym machnięciem był w stanie przebić szyję bestii na wylot.

Gdy doświadczony, ciemnowłosy szermierz zajmował się martwą zwierzyną, Pil podszedł do niego lekkim krokiem:

- Gdzie się tego nauczyłeś? - spytał z lekkim zdziwieniem, zachowując niewzruszona twarz.


<Regis?>

Od Lestata "Czas zmian" cz. 10

 Jesień 1457

Zdumienie mężczyzny ze Wschodu jednak nie trwało drugo. Wymknął z chaty jak duch i otoczył starca. Obejrzał każdy centymetr jego skromnej postury, badał uważnie i z dbałością o detale. Obserwował swoimi czerwonymi ślepiami, aż nie zatrzymał się w drzwiach swojej chaty, stając w identycznej pozie, jak ta, w której go zastali.

– Nie wierzę w to – oznajmił w końcu.

Lestat nie mówiąc ani słowa, uniósł laskę, a przez powietrze przeszły gwałtowne, elektryzujące fale. Nagle zrobiło się cieplej, wiatr przez chwilę ciskał kompletnie inny, słodkawy, posmak w usta. Starzec zrzucił z głowy kaptur, ujawniając jego spiczaste uszy, nienaturalnie bladą cerę i jasne oczy. Shen zastygł.

– Zajmę się Gildią, jeśli tylko mi na to pozwolicie. O nic więcej tak naprawdę nie proszę.

– Tym motłochem? – białowłosy mężczyzna wybuchł dźwięcznym, gładkim śmiechem. – Nie ma szans. Dla nich nie ma już ratunku.

– A dla ciebie? Też jesteś częścią tego motłochu – wtrąciła Conna, natychmiast chowając się za plecami Lestata. Wyglądała, jakby Shen miał zamiar ją uderzyć.

– Conna zrobiła na mnie dobre wrażenie, w przeciwieństwie do ciebie, młodzieńcze. Mam nadzieję, że jesteś skłonny do skruchy.

– Nie mam za co – skrzyżował ramiona na piersi. – Mam status profesjonalisty...

– I wygnanego księcia.

Ramiona Shena wnet opadły, a w jego oczach ponownie błysnął szok.


<C.D.N.>

13 sty 2023

Od Regisa "Kury w opałach" cz. 4

Jesień 1457
Zbroję miał już założoną. Strój wykonany z grubej skóry wraz z metalowymi wstawkami wzmacniającymi konstrukcję i obronę dalej pozwalające jednak na swobodne ruchy. Na plecach w pochwie spoczywał już stalowy miecz, a wiele schowków wypchane miał drobiazgami przydatnymi w wyprawach i łowach. Wyciągnął ze schowka bola w dwóch sztukach, po czym przytwierdził je do pasa. Nałożył pelerynę i wyszedł z mieszkania. Zamknął dom i gotowy na łowy ruszył z powrotem na miejsce ataków harpii.
Po nie długiej drodze przybył na miejsce, które zgodnie z jego wytycznymi zostało przygotowane. Na środku placu znajdował się kura przytwierdzona linką do wbitego palika, a dookoła w pewnej odległości stały pochodnie mające na celu oświetlić odrobinę plac.
– I jak mości łowco? Gotowyś? Plac pasuje?
– Tak, teraz zostało czekać.
Popołudnie powoli przemieniało się w wieczór. Słońce każdego dnia zachodziło za horyzont coraz wcześniej. Pomimo nalegań mieszkańców, Regis wolał zostać na zewnątrz i mieć cały czas oko na miejsce planowanej zasadzki. Siedział na ławce przy jednej ze skrajnych chat znikając powoli w rozpoczynającej się nocy. Po pewnym czasie zapalił trzy z pochodni, by blask choć trochę ułatwiał rozeznanie w sytuacji. Po kilku godzinach usłyszał inny od zwykłych dźwięków otoczenia szelest, nie dobiegał on jednak od strony kur czy otwartej przestrzeni, a od domów.
– Średnio wychodzi ci skradanie – powiedział łowca, kierując wzrok ku zdezorientowanej odkryciem jej dziewczynki.
– Na kury i koty zazwyczaj to działa.
– Ja nie jestem nimi. Późno już, zimno, wracaj do domu.
Lusia wyciągnęła zza pleców niewielki tobołek.
– Myślałam, że pan łowca może być głodny – po tych słowach wyciągnęła dwie średnie bułki i niewielkie naczynie wypełnione twarogiem.
– Zjedzmy więc.
Zdjął pelerynę kładąc ją na ławce tworząc miejsce do siedzenia dla dziecka. Po zajęciu przez nią stanowiska okryła się szczelnie materiałem.
– Dziękuję, panie łowco - powiedziała widocznie zadowolona z ciepłego miejsca.
Zaczęli jeść, nie tracili jednak czujności i wciąż spoglądali na przygotowane miejsce.
– Czy - zaczęła niepewnie - zabije pan łowca dzisiaj tego stwora?
– Nie, nie dzisiaj.
– Dlaczego? – spytała, a barwa jej głosu wskazywała na smutek jak i wielkie zdziwienie.
– Harpie żyją w stadach, wiesz o tym?
– Tak, słyszałam jak kiedyś starsi o tym opowiadali, ale podobno od dawna ich tu nie widziano.
– Nie do końca bym się z tym zgodził, ale nie o tym. Dzisiaj jeśli jakaś się pojawi, pozwoli mi znaleźć ich gniazdo i wtedy będzie po problemie.
– Hmm, to dobrze - powiedziała zadowolona, kończąc jeść pieczywo.
– No a teraz jak skończyłaś wrac…– nie dokończył. Nagły ruch na niebie odwrócił jego uwagę.
Harpia pojawiła się. Łowca zerwał się ze swojego miejsca, pozostawiając dziewczynkę skrytą pod peleryną. Odsunął się w mrok wzdłuż ściany domu, by nie zwracać zbytnio uwagi stworzenia.
Kura wyczuła niebezpieczeństwo i nerwowo próbowała się wyrwać, nie trwało to jednak długo. Wielkie ciemne ciało opadło na ptaka miażdżąc i uśmiercając niemal od razu. W tej chwili rzucona z ciemności bola oplotła ptaka, który od razu po zdaniu sobie sprawy ze spętania próbował się obronić. Łowca szybko znalazł się tu obok ofiary. Zarzucił niewielki sznurek z przytwierdzonymi niedużymi kamieniami na miotający się,wydający okropne dźwięki, nie spętany łeb potwora, który ostrym dziobem zdołał przeciąć liny, a po oswobodzeniu, rzucił się na łowcę. Ten jedną ręką odepchnął istotę przy pomocy fali zaklęcia, a drugą trafił nożem pod jedno ze skrzydeł zdezorientowanej ofiary. Zanim zdążył znów się zbliżyć Harpia poderwała się już do lotu, obierając jako kierunek najbliższy las. Regis ruszył za nią, zabierając uszkodzone narzędzia i jedną z pochodni, by choć trochę oświetlić sobie drogę.

C.D.N.

Od Lestata "Czas zmian" cz. 9

Jesień 1457

Zamek w drzwiach szczęknął, klamka poruszyła się. Wspomnienia straciły na ostrości kolorów. Wartość sentymentalna zanikła wraz z momentem, kiedy oczom Lestata ukazał się wysoki, blady mężczyzna o białych włosach i w ciężkich, niezbyt tutejszo wyglądających, szatach. Nie przypominał w niczym Ifana. Nie miał ciepłej kurtki i jeszcze cieplejszego uśmiechu, oraz niedźwiedziego uścisku rzucanego jeszcze w progu chaty.

– Dzień dobry. Nazywam się... – zaczął Lestat, ale nie było dane mu dokończyć. Kiedy białowłosy mężczyzna zauważył Connę, drzwi natychmiast zatrzasnęły się tuż przed ich nosami. Starzec powoli obrócił się w stronę dziewczyny. Uśmiechnęła się nerwowo, a jej policzki zapłonęły jeszcze świeższą czerwienią.

– Jesteście wrogami?

– Co? N-nie. Lord Shen po prostu... nikogo nie lubi. Nie tylko mnie.

– Zatem aspołeczny osobnik – westchnął – Trudny orzech do zgryzienia. Jeśli nie da się zmienić, nie ma dla niego miejsca w Gildii.

– Nie wiem, czy moż... – zaczęła, ale Lestat już zaczął walić w drzwi. Robił to tak, jakby miał zamiar obrócić w pył wszystkie deski. Zawiasy skrzypiały pod naporem jego gwałtownych uderzeń.

Nagle usłyszeli szczęk klamki. Drzwi otworzyły się na nowo, z wnętrza chaty zawiało przyjemnym ciepłem.

– Jestem Lestat de Chuvok.

Oczy Shena poszerzyły się. Teraz widział wyraźnie jego karmazynowe tęczówki. Sądził przez chwilę, że młodzieniec również był wampirem, ale – ku jego rozczarowaniu – nie miał żadnych innych cech charakterystycznych dla tej rasy.


<C.D.N.>