Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

5 lip 2022

Od Diego „Ta sama historia, którą znamy” cz. 1

 Wiosna 1457

„Jesień otacza złotym kolorem wszystkie drzewa w okolicy. Marc mógłby przysiąc, że nadal widzi pośród nich sylwetkę wspomnianej kobiety...
Diego byłby w stanie wyrecytować ten fragment nawet gdyby obudzono go w środku nocy. Ba, może dałby radę przywołać z pamięci całą powieść; od przydługiego prologu aż do łzawego ostatniego rozdziału i zdecydowanie zbyt krótkiego epilogu. Mężczyzna nie liczył który to już raz wodzi wzrokiem po stronach tego egzemplarza. Było w owym zbiorze opowiadań coś, co przetrzymywało uwagę człowieka, nawet pomimo dokładnej znajomości treści.
Diego poprawił maskę, by ta czasem nie zasłoniła mu oczu. Nigdy nie miał takich problemów, jeśli chodził po ziemi jak normalny humanoid. Jednak kiedy wisiał głową w dół, nogami oplatając gałąź, maska miała zwyczaj powoli uciekać mu coraz bardziej na czoło.
Z czasem znad przetrzymywanych przez dłonie kuglarza stron zaczęło się wychylać słońce. Łowca przyjął to jako sygnał, że czas, który wyznaczył sobie na czytanie, właśnie upłynął. Diego zamknął wydanie, podciągnął się nieco na nogach i wykonując w powietrzu obrót, zeskoczył z gałęzi na ziemię. Wspiął się po wiszącej drabinie do swojej izby i odłożył książkę na odpowiednie miejsce na półce. Upewnił się przy tym, że oba tomy stoją równo.
***
– I wtedy bestia skoczyła... – zaczął Diego.
– Pokonała złola, uratowała wszystkich, koniec – dokończył za niego Rick.
Kuglarz spojrzał na chłopca zdziwionym wzrokiem. Dopiero wtedy zauważył jak mocne znużenie gościło na jego twarzy.
– Właściwie, pomiędzy tymi punktami wydarzyło się jeszcze kilka rzeczy – zauważył Diego.
– Ale główna myśl jest zawsze taka sama – ziewnął jego podopieczny. – Wymyśl coś nowego!
– Hej, dobro zwycięża, bohaterowie zacieśniają więzi, tak musi być. Chcesz żeby twoja siostra potem nie mogła spać w nocy? – dodał ciszej opiekun dzieci, zerkając na już pochrapującą Lucy.
– Ale niech zadzieje się coś nowego! Może niech złol na chwilę przejmie władzę! – Rick podniósł się z łóżka. – Może niech bohater wygląda na martwego! O, albo niech połączą siły i razem pokonają większe zło! – Chłopiec stanął na materacu, wyciągając do góry dłonie.
– Zgoda, następnym razem ty opowiadasz bajkę – zaśmiał się Diego. – Nie szalej już, powinieneś już spać. Co powiedzą twoi rodzice?
– No weź Diegoo – jęknął Rick.
– Mówię poważnie. Czas spać.
Chłopiec westchnął ciężko, ale ostatecznie zgodził się położyć z powrotem i naciągnął na siebie kołdrę. Diego, zadowolony z wykonanej roboty, wstał, zabrał ze sobą latarnię i opuścił pokój, który dzieliły dzieci. Akurat jak domknął drzwi, do domu weszli jego właściciele. Diego uścisnął dłoń ojca, pocałował w rękę matkę swoich podopiecznych. Ta po tym dość oficjalnym powitaniu, poszła gdzieś dalej do domu. Z Diego został za to drugi mieszczanin.
– Będzie nam ciebie brakować, Diego.
– Co dzień znajdziecie mnie na rynku Rivot – odparł kuglarz pokrzepiająco.
Ojciec dzieci pokiwał głową. Sięgnął do sakiewki i wręczył opiekunowi jego zapłatę.
– Jakie masz teraz plany poza wznowieniem występów? Dużo polowań na różne monstra?
– Na pewno będzie trochę wypraw z moją grupą... Będę musiał chyba poczytać też coś nowego, żeby poszukać inspiracji... – pomyślał na głos Diego.
– Do występów?
– Nie tylko – odparł kuglarz-łowca.
<C.D.N.>

Od Pedra „Szyfr” cz. 1

 Zima 1456

Pedro spiął wszystkie mięśnie i skupił całą swoją moc na spadającym filarze. Zdołał go zatrzymać kilka metrów nad ziemią, pozostawiając biesiadnikom otwartą drogę ucieczki.
– Idźcie! Już! – wykrzyknął do tłumu.
Nie trzeba było im dwa razy powtarzać; wszyscy ruszyli ku korytarzowi prowadzącemu do wyjścia z zamku. Pedro ze skupieniem szukał wśród nich Carlosa. Nie wypatrzył jednak nawet skrawka jego turkusowego płaszcza.
W oczy Pedra rzuciła się za to matka z dziećmi; uciekała ze swoimi pociechami na rękach. Kto wie ilu niewinnych ludzi zginie tej katastrofie. Tyle zrobić dla zemsty. Wrogowie wuja Andre'go żyli przeszłością. Zginęli za tę przeszłość. A wuj... za co zginął wuj? Dał się zwabić w pułapkę, ot jego historia. I prawie zabrał Pedra i Carlosa ze sobą.
Pod magiem ugięły się kolana. Zmuszony był wypuścić filar z uścisku czaru. Kamienny blok uderzył o ziemię krusząc pod sobą płytki, którymi wyłożono podłogę. Pedro ciężko dysząc oparł się jednym kolanem o ziemię. Wiedział, że nie może pozostać w tej pozycji tak długo, jak by sobie tego życzył. Obok niego zaczęły lądować coraz to większe odłamki murowanego sklepienia.
Pedro rozejrzał się po rozpadającej komnacie. Popatrzył po ciałach już zabitych przez gruz biesiadników. Nie było wśród nich Carlosa, ale to nie oznaczało że był bezpieczny. Może uciekł z pozostałymi, a może został gdzieś uwięziony przez zgliszcza. Pedro musiał osobiście sprawdzić pozostałe komnaty zamku, póki ten jeszcze stał.
Mag ruszył biegiem przez głęboko popękaną posadzkę, unikając spadających zewsząd kamiennych bloków. Jeden musiał schwycić magiczną energią, by ten nie zmiażdżył mu czaszki.
Kiedy dotarł do drugiego wyjścia z komnaty, które prowadziło wgłąb zamku, usłyszał głos:
– Pedro! Synku!
Adresat wołania odwrócił się. Ujrzał leżącego na ziemi wuja Andre'go.
– Wuju! – zawołał Pedro, podbiegając do niego. Nogi i część torsu nieszczęśnika przygniatały kawały gruzu. Mag przyłożył dłonie do pierwszego kamiennego bloku. Coś co jeszcze niedawno było elementem murowanej ściany, zaczęło się pokrywać głębokimi pęknięciami.
– Zostaw to. Nie dam rady... – Wuj zakasłał. – Nie dam rady już uciec.
– Tego nie wiemy – odparł sucho Pedro.
– Nie dam rady wstać. Udało im się. Zginę tutaj.
– Wuju! – warknął Pedro. – Rozpraszasz mnie!
Andre złapał nogę swojego przybranego bratanka. Pedro nie zdołał utrzymać skupienia. Magiczna energia ulotniła się; kamień przestał pękać.
– Co ty wyprawiasz? Oszalałeś?
– Weź to – Andre wyciągnął w stronę maga jakiś podziurawiony kawałek papieru.
Pedro wykonał polecenie. Zaraz po tym obok niego wylądował kolejny kawał gruzu.
– Co to jest, wuju?
Nie otrzymał odpowiedzi. Andre zamknął oczy i już ich nie otworzył.
Z góry zaczynały spadać coraz większe elementy ścian i sklepienia. Pedro nie miał już lepszych opcji działania. Nie zdoła uwolnić wuja, zanim ich obu przykryją zgliszcza. Jeśli chciał przeżyć i odnaleźć Carlosa nie mógł tu dłużej zostać.
Nie w epicentrum zastawionej pułapki.
<C.D.N.>

4 lip 2022

Od Diego „Wóz na skraju lasu” (cd. Avrion)

 Jesień 1457

Diego wziął do ręki czekający na niego kubek czystej wody. Pociągając łyk, rzucił okiem na swój plan dzisiejszego dnia. Wczoraj osobiście dopisał punkt „zakupić ŻELAZNE groty”. Ostatnio na występach dopisywała hojna publika; Diego odłożył nieco grosza, a że nie miał w planach większych wydatków, postanowił wydać część na lepsze materiały do strzał. Ile można użerać się z nierównymi, kamiennymi grotami? Choćby miał w dłoniach precyzję elfa, nie dałby rady wykuć ich tak idealnie, jak idealne jest odlane żelazo.
Diego przejrzał się w wielkim lustrze ustawionym w rogu pokoju. Poprawił koszulkę, czapkę i związał ciaśniej swój potargany kucyk. Może powinien kupić sobie też nowy grzebień...
Mężczyzna zszedł, a właściwie zjechał po drabinie z powrotem na dół i ruszył dobrze znaną sobie drogą w kierunku Rivot. A przynajmniej taki miał z początku plan.
W pewnym momencie trasę Diego przecięła łania. Mężczyzna w ostatnim momencie cofnął się, by uniknąć stratowania. Zwierzę nawet nie zwróciło uwagi na człowieka; było w pełni skupione na swojej własnej ścieżce, która tylko przypadkiem krzyżowała się z drogą kuglarza. Łania zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Diego zignorowałby to spotkanie, gdyby nie fakt, że chwilę potem spośród drzew wyskoczył koszmar. Potwór nie był olbrzymem; tak właściwie wielkością przypominał dzika. Diego jednak pamiętał, czego go uczono; koszmary są straszliwie wytrzymałe, nawet tak mały osobnik może sprawić problem początkującemu łowcy. Tak więc, zamiast atakować, mężczyzna wycofał się jeszcze bardziej. Dzikopodobny koszmar, na szczęście Diego, po chwili wskoczył z powrotem w zarośla; podążając tropem łani. Być może w ogóle nie zauważył kuglarza.
Diego stał chwilę w tym samym miejscu, kontemplując co powinien zrobić. Oba stworzenia biegły mniej-więcej w kierunku miasta. Raczej nie opuszczą lasu, ale jeśli mężczyzna zdecyduje się iść dalej tą konkretną drogą, naraża się na ponowne spotkanie z nimi. Kto wie, może do tego czasu koszmar już dorwie i pożre łanię. Wtedy już raczej nie wyminie Diego z taką samą obojętnością.
„No dobrze, więc idziemy dzisiaj inną trasą” – pomyślał kuglarz. Obrócił się na pięcie i, upewniwszy się, że nic go nie śledzi, ruszył w przeciwną stronę. Jeśli ruszy teraz na zachód, powinien trafić na inną ścieżkę prowadzącą do Rivot. Mężczyzna zdjął z ramienia łuk. Na wszelki wypadek.
Diego szedł przez las trzymając strzałę na cięciwie; wprawdzie nienaciągniętej, ale jednak. Opuścił łuk dopiero, jak zobaczył zarys pierwszej chaty. Chwila... to nie była chata. Prostokątny obiekt był zdecydowanie za mały, by można było go nazwać chatą. Diego rozejrzał się. Chyba pomylił kierunki... znowu.
Uzbrojony w łuk mężczyzna zbliżył się do znaleziska na skraju lasu. Był to... wóz kupiecki. Dziwne... Dlaczego jego właściciel postanowił zatrzymać się właśnie tu? Diego pomyślał, że może to i dobrze, że zamiast do miasta trafił tutaj. Może ten handlarz będzie miał akurat to, co było mu potrzebne. Diego poprawił maskę, odwiesił łuk na ramię i zastukał do drzwi wozu. Na pewno nie zaszkodzi zapytać.
Rozległ się szczęk zamka, a zaraz po nim skrzypnięcie zawiasów. Diego ujrzał przed sobą bladego, dobrze zbudowanego mężczyznę o długich, czarnych włosach. Nieznajomy zmierzył kuglarza wzrokiem od stóp do głów, a na jego twarzy pojawił się dość nieprzyjazny wyraz.
– Czego tu szukasz? – rzucił.
– Dzień dobry – przywitał się Diego. Przyozdobił twarz ciepłym uśmiechem, ale znów zapomniał, że nikt tego nie dostrzeże.
– Zadałem ci pytanie.
– Interesują mnie twoje towary – mruknął uprzejmie kuglarz.
– Dlatego zasłaniasz całą twarz, jak bandyta, albo jakaś dzikuska?
<Avrion?>

3 lip 2022

Od Regisa "Wolny dzień"

Wiosna 1457

Zasiadł do stołu, szeroka ława, na której środku stał dzban z przykrywką wypełniony wodą, zatyczka
zrobiona z kawałka drewna i kory nie była najpiękniejsza, ale była jedną z pierwszych rzeczy jaką
zrobił po zamieszkaniu w tej chacie, więc sentyment nie pozwalał jej zamienić na coś lepszego. Na
jednym z końców postawiony został talerz, na którym leżał niewielki kawałek twarogu i kromka, a
koło niego kubek pełny mleka. Po śniadaniu odłożył naczynia na bok by wyczekały momentu umycia,
a sam skierował się w kierunku wyjścia. Przechodząc dojrzał kilka rzeczy do remontu, jak duża część
jego aktualnego domu, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Po przekroczeniu progu dostrzegł
rozkwitające kwiaty jabłoni stojącej kawałek od frontu budynku. Przystanął, oparł rękę o przepasaną
przez pierś torbę leżącą na jego prawym biodrze, zadumał się i powiedział:
- I kto by pomyślał, że to już dwa miesiące. Szybko zleciało, ale i dużo się wydarzyło, może dla tego
nie zauważyłem.
Poszedł prostą dróżką prowadzącą do miasta, poranek mimo zaawansowanej wiosny był chłodnawy.
Taki urok tych terenów, ale jemu to nie przeszkadzało, lubił chłód, więc z niechęcią rozmyślał o
nadchodzącym lecie, na szczęście były to chłodne tereny, a przynajmniej chłodniejsze niż te po
których przez ostatni czas podróżował, zresztą właśnie ten urok północy zawsze go kusił.
Droga nie była długa, w końcu mieszkał na obrzeżach Rivotu, blisko do wszystkiego jednocześnie
daleko od zgiełku i niepotrzebnych spojrzeń. Wchodząc na teren właściwych zabudowań skierował
się od razu na plac centralny, nie znał a przynajmniej jeszcze nie pamiętał jego nazwy, można by było
to nazwać rynkiem, lecz porównując do tych z wielkich miast, które odwiedził, ta nazwa jakoś mu nie
pasowała. Miejsce miało swój urok. Mimo iż miejscowość nie należała do największych miejsce to
nadawało klimatu wielkiego świata, oczami wyobraźni widział: stragany, rozłożone karawany,
kuglarzy zabawiających ludzi i oczywiście odgłosy przekrzykujących się kupców, lecz przypomniał
sobie na jakich terenach się znajduję, to nie wielkie miasto południa, to nie tereny pełne kolorów i
życia, to miejsce, któremu do nich daleko, miejsce które może kiedyś stanie się im podobne i może
to właśnie on, w jakimś stopniu się do tego przyczyni. Myśli te rozwiał jednak chłodny podmuch i
odgłosy ludzi kręcących się z powodu swoich spraw, każdy miał swoje, tylko on dzisiaj miał wolne.
Poprzedni dzień spędził u jednego z dalszych sąsiadów, chociaż to dużo powiedziane jak na kogoś kto
mieszka spory kawałek od niego. Pomagał w naprawie płotu i pieca, łatwa praca dla kogoś kto takimi
rzeczami zajmował się, odkąd nauczył się trzymać cokolwiek. W następny dzień miał pomóc komuś
innemu przy ścinaniu drzew. Proste prace, przyjemne, odciągające myśli.
Było przed dziewiątą jak zaczął wracać, myślał czy nie iść do lasu, chciał sprawdzić w jakim stanie jest
runo leśne, czy można już wyczekiwać pierwszych darów natury. Szedł spokojnie do czasu, gdy
zauważył ślad na ścieżce, nie kojarzył go z drogi do miasta, a było to maksymalnie półtorej godziny
wcześniej. Znał ten ślad, stopa jak u psa, ale z dłuższymi palcami i pazurami, Terrawit.
- Nie powinno go tu być, mokradła są kawałek stąd, nie powinien zapuszczać się aż tu. Musiał być aż
tak zdesperowany? - Powiedział do siebie, ale wystarczająco cicho by nawet gdyby ktoś stał koło
niego nie był by w stanie tego zrozumieć. Ale nikogo nie było, zresztą jak zwykle. Decyzja zapadła,
koniec wolnego, pora wrócić do jednego z zawodów. Poszedł za śladami, prowadziły do kupki drzew
dwieście metrów dalej. W okolicy mieszkańcy mieli kurnik, wiadomo co go to przywiało, głód i łatwa
zdobycz. Szybko wrócił do domu, wiedział, że w ciągu dnia będzie miał utrudnione zadanie by go
schwytać, ale zapoznanie się z terenem i rozłożenie pułapek już wchodzi w grę, a może nawet
poszczęści mu się i szybciej uwinie się z robotą, były to pozytywne myśli.
Po powrocie do domu przebrał się w jego strój łowiecki i przygotował się do polowania: przynęty,
pułapki, torba z drobiazgami, miecz na plecach i niezawodny nóż przy sobie. Był gotów.
Wyruszył, gdy słońce było już dawno w zenicie, przygotowania zajęły mu więcej niż początkowo
myślał, ale rozgardiasz i braki w zaopatrzeniu zrobiły swoje. Po dotarciu na miejsce zrobił
rekonesans. Znalazł kilka możliwych kryjówek, ale wypędzanie go na chama nie miało by sensu i
narobiło zbytniego szumu, a tak można po cichu. Pułapki przypominające te na niedźwiedzie były by
najprostsze, ale ich materiały są drogie, a stal można wykorzystać w lepszy sposób. Te były prostsze,
choć nazywanie ich pełnoprawnymi pułapkami nie jest w pełni poprawne. Składały się one z kupki
czegoś na wzór papki zrobionej z ziół, suszonych liści i owadów. Osobnik jest głodny i choć ich dieta
składa się głównie z mięsa ptaków i ich jaj, głodny nie pogardzi też takim pokarmem, a dzięki ziołom
ciężko ja przeoczyć nawet przez człowieka, a tu mówimy o bestii z wyostrzonymi zmysłami. Drugą
częścią pułapki jest runa elektryczna reagująca na dotyk. Nie zabije, ale porazi i da znać łowcy.
Potężniejsza magia miała by lepsze działanie, ale męczenie się z nią, zwłaszcza przez osobę z
problemami w lepszej jej opanowaniu byłoby stratą czasu i sił, a tak sygnał, kilka szybkich ruchów i
miecz zrobi swoje.
- Wszystko rozłożone, teraz czekamy - powiedział zasiadając w cieniu rozłożystej lipy na skraju tej
kępy drzew, na tyle blisko by usłyszeć aktywację oraz na tyle daleko by nie zwracać uwagi stwora.
Siedząc tak patrzył z oddali na miejscowość, której od jakiegoś czasu był mieszkańcem, widział wiele
podobnych, wręcz identycznych, więc dlaczego akurat ta? Słyszał o wysypie potworów, o tym, ile ich
się pojawiło i że przydało by się tu więcej łowców, może chciał sprawdzić się w nowej roli, jako stały
mieszkaniec, a nie jako ktoś, kto tylko przewinie się, i zniknie w zapomnieniu. Myśląc tak usłyszał
okropny pisk i krzyk stwora
- Nie sądziłem, że da taki mocny efekt. Jestem coraz lepszy, muszę uważać, bo kiedyś przesadzę -
powiedział do siebie biegnąc już do ofiary magicznego zdarzenia.
Będąc już koło miejsca wpadnięcia bestii w sidła dostrzegł ją, nie była ona wychudzona jak
podejrzewał, miała widoczne rany po walkach, ale już zagojone, czyli stare. Spory silny osobnik, zły
znak. Gdyby był to młody lub stary albo osłabiony osobnik, na przykład wypędzony ze swojego
rewiru przez kogoś silniejszego było by normalne, ale było by widać tego skutki, a ten tak nie
wyglądał. Silny osobnik szukający nowych terenów. Stały się śmielsze, łapczywe, tak być nie może.
Gdy te myśli przechodziły mu przez głowę stwór widocznie oszołomiony wił się na ziemi, był szybki,
był silny, ale łowca miał ostry miecz i umiał go używać. Szybki ruch ukrócił męczarnie stwora. Są
bardzo niebezpieczne w starciu bezpośrednim i w grupie, chyba, że wie jak sobie z nimi radzić, i masz
na nie strategie, zwłaszcza na pojedynczego osobnika.
Regis przetarł miecz, dbał o rynsztunek, wyciągnął linę, obwiązał wokół stwora, zarzucił na plecy i
skierował się w kierunku domu, resztę pułapek wolał zostawić na wypadek większej ilości tych
kreatur, nie zabiją zdrowego osobnika, ale skutecznie odstraszą. Droga powrotna mijała szybko, ale
w połowie drogi minął mieszkańców pobliskich domów, nie zwracał na nich uwagi, ale oni na niego
już tak. Pomagał tutejszym już nie jeden raz, wiele potrafi więc i wiele może zrobić, lecz za każdym
razem wydaje się, jakby byli mu wrodzy, życie nauczyło wielu nawyków, w tym tych, które w
relacjach z ludźmi nie są najlepsze, ale nic nie dzieje się bez powodu, przede wszystkim ludzkie
zachowania. Z tymi myślami wrócił do swojego lokum, przesunął ze stołu dzban z ręcznie robiona
szczelną pokrywką, położył na nim matę specjalną do “rozpracowywania” istot żywych i położył na
niej zwłoki Terrawita. Było w okolicach zmroku, słońce chyliło się do zajścia. Zapalił lampy położył
przy ciele, poszedł po narzędzia do jak to on nazywał tą czynności “zdobywania materiałów”, rzucił
okiem na wciąż czekające na umycie naczynia, stanął przy stole ubrany w fartuch roboczy, spojrzał i
powiedział:
- A miał to być wolny dzień.

Od Saadiyi "Obozowisko łowców" cz.8 (c.d Avrion)

Jesień 1456

– Wybacz więc, że cię rozczarowałem. Jestem tylko kupcem. Kupuję od jednych, sprzedaję drugim. Dużo podróżowałem, więc mam przedmioty z całego świata. – Ostatnia część zdania spowodowała, że Diya wpadł na pomysł. – W zasadzie używam tylko niektórych przedmiotów z mojej kolekcji. Cała reszta jest przeznaczona na sprzedaż – dokończył swoją wypowiedź.
– Masz może na stanie rzeczy z dalekiego wschodu? – dopytał niepewnie, dalej przyglądając się rzeczom Avriona.
– Oczywiście, że mam – odpowiedział, wstając z taborecika.
– Ah, nie trzeba, pytam na przyszłość tylko – powiedział szybko, chcąc zatrzymać mężczyznę.
Spojrzał na niego tylko zaskoczony, po czym ponownie usiadł na miejscu. – Jeśli tak, to w może przyszłości coś od ciebie kupię, bo szczerze już tęsknie za smakami z moich stron – wyjaśnił, chcąc naprostować swoją sytuację.
– Od dawna jesteś łowcą? – zapytał Avrion.
– Jeśli liczyć od początku, jak mnie tata zaczynał uczyć, to tak z… – zastanowił się chwilę. – Dwanaście lat? Wioskę opuściłem tak koło pięć lat temu.

<Avrion?>

30 cze 2022

Od Diego „Scurki” cz. 8 (cd. Saadiya)

 Jesień 1456

– Widzisz sam – wydusił Saadiya.
Diego od razu poczuł, że żołądek podchodzi mu pod gardło. Zaraz po tym zjawiły się zawroty głowy i bardzo nieprzyjemny ścisk od środka. Diego widząc, na co się zanosi, wybiegł z domu i pośpiesznie ukląkł nad kawałkiem trawnika. Nie dał rady powstrzymać odruchu wymiotnego; w ostatnim momencie podniósł maskę.
Krztusząc się, łowca spędził w tym samym miejscu jeszcze kilka minut. Kiedy minęła pierwsza, jakże nieprzyjemna reakcja na tamten widok, Diego zaczęło dotykać coś innego - uczucie, równie trudne do odegnania, jak wyryty w pamięci obraz sprzed chwili.
Diego nie powinien był tego wszystkiego w ogóle zobaczyć. Poczuł się jak dziecko, któremu starsi koledzy dali spróbować papierosa. Ale bez przyjemnej, acz chwilowej reakcji mózgu na nikotynę; jedyne, co z tego otrzymał, to poczucie, iż złamał wszelkie zakazy i reguły. Jakby... Jakby... nie był już sobą. Jakby... coś się zmieniło. Albo on sam, albo świat dookoła niego.
– Co ci? – wybrzmiało pytanie nad głową Diego.
– N-nie wiem – odparł mężczyzna. Ponownie uchylił maskę i wytarł usta dłonią.
Dyia przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
– W porządku, myślałem, że mnie też taki widok nie powinien ruszać... A jednak...
Diego wstał. Zakaszlał jeszcze parę razy.
Dlaczego tak wyglądała jego reakcja? Dlaczego czuł się przez ten widok... brudny? Przecież był łowcą! Polował, walczył i...
– Co robimy? – zapytał Dyia, wyrywając Diego z zamyślenia. – Szukamy odpowiedzialnych za to, nie?
– Lepszych pomysłów nie mam – mruknął kuglarz-łowca.
– Muszą być niedaleko.
– Musimy więc zajrzeć do... następnych domostw – Diego postawił krok naprzód. Noga ledwo podtrzymywała ciężar jego ciała.
<Saadiya?>

29 cze 2022

Od Saadiyi "Przepraszam? Można pokój dla dwojga?" cz.2 (c.d Dante)

Lato 1457


– Przeliczone, do rozpoczęcia jesieni, jeśli to nie jest problem – odparł cwanie nieznajomy. Diya spojrzał na niego zaskoczony - nie tego się w końcu spodziewał. Wziął mieszek z pieniędzmi, nie wiedząc czy być podejrzliwym co do sumy pieniędzy w środku, czy może wierzyć mu na słowo.
– Już idę po klucz – rzucił krótko, znikając w drzwiach do kuchni. Stara Berthina spojrzała na niego znad garów.
– Oho! Już ktoś wynajął pokój? – zapytała swoim skrzeczącym głosem.
– Tak, do początku jesieni – wyjaśnił, kładąc sakiewkę w miejscu do tego przeznaczonym.
– Czyżby to nie był młody, ciemnowłosy chłopak? – zapytała, uśmiechając się w ten swój charakterystyczny sposób.
Na tym etapie Diya nie był już zdziwiony. Znał już Berthinę i jej pamięć, która była wręcz przerażająca.
– Tak.
– Czyli Dante znowu do nas wraca – uśmiechnęła się, wracając do garów. – Daj mu klucz do piątki.
Skinął głową, biorąc wskazany przez staruszkę klucz.
Wrócił do głównej sali karczmy. Wspomniany przez staruszkę Dante czekał przy ladzie, rozglądając się uważnie po otoczeniu. Był ciekawy, ile miał lat.
– Proszę – podał mu kluczyk.
– Wow, szybka obsługa, i to właśnie kocham w tej karczmie... - mówiąc to, chłoapk spojrzał na kluczyk – Oj, zdaje mi się, że nie wiem który to pokój.. Mógłby mnie pan zaprowadzić tam, o ile nie sprawiłbym kłopotu? – poprosił, patrząc na niego błagalnie.
– Oczywiście, tylko zawołam koleżankę by popilnowała baru – odpowiedział, już kierując się w stronę kuchni. Zawołał Karnie, która obecnie pomagała Berthinie skrobać ziemniaki. Kozica przyszła za nim.
– A co to za pięk… – zaczęła, jednak Diya zdążył już podejść do Dante i pociągnąć go za rękaw w stronę korytarza.
– Zignoruj ją – powiedział.
Puścił go w momencie, gdy wyszli z głównej sali.
– Przepraszam że cię pociągnęłem, chciałem cię ochronić przed zostaniem jej ofiarą – wytłumaczył się, śmiejąc się krótko w nerwowy sposób.
Tylko się zaśmiał, machając na to ręką. Ruszyli w stronę pokoju o numerze pięć.
– Skoro pan daje lekcje śpiewania, pewnie mogę wnioskować że jest pan wędrownym muzykiem? – nawiązał, chcąc zagaić rozmowę.
– Nie nazwałbym siebie wędrownym muzykiem, choć nie mogę zaprzeczyć, że śpiewam całkiem przyzwoicie.
Oczka Diyi zaświeciły się dziecięcym blaskiem.
– Chciałbym usłyszeć jak śpiewasz – zaczął, a po jego głosie dokładnie można było usłyszeć ekscytacje. – Może chciałbyś, tak kiedyś, zaśpiewać coś dla mnie? - poprosił najładniej jak potrafił, choć nie był najlepszy w perswazji.
Na twarzy Dantego pojawiło się dobrze widoczne zaskoczenie.
– No nie wiem, czy chcę panu śpiewać, po takiej odmowie... – Odwrócił głowę, jakby urażony prośbą Diyi.
– Przepraszam jeśli cię zraniłem, ale naprawdę nie zamierzam się rozwijać w kierunku śpiewania. Gdyby tu była moja siostra, mógłbym jej polecić ciebie. Od zawsze kochała śpiew, nawet pomimo swojej… chłopięcej natury. Ale naprawdę, ja i śpiew to dwie różne rzeczy – zaczął się tłumaczyć, gestykulując żywo.
Dante tylko zaśmiał się krótko. Miał naprawdę ładny śmiech, pełny lekkiej szczerości. Czysty. Krystalicznie czysty, jak jeden z najprzejrzystszych kryształów. Diya zarumienił się lekko, co na szczęście zostało ukryte pod jego ptasią maską.
– Gdyby tutaj była, chętnie udzieliłbym jej paru prywatnych lekcji – powiedział z uśmiechem na twarzy.
– Naprawdę?! W takim razie może napisze do niej list, że znalazłem dla niej nauczyciela. – Zaśmiała się radośnie bestia.
Dotarli pod drzwi pokoju numer pięć.
– Jesteśmy – oznajmił, nawet nie dając czasu na odpowiedź Dantemu.


<Dante?>