Jesień 1457
Jej ciało spoczęło na łóżku, członkami płytko zanurzone w uniesieniach i zagięciach cienkiej pościeli. Tkwiące w bezruchu, zobojętniałe do wszechobecnego chłodu, o porcelanowej twarzy i mętnym spojrzeniu przypominało zwłoki, jeszcze nieodkryte, pozostawione na łasce ziemskiego padołu zaledwie kilka minut temu. Jedyną niezgodnością wskazującą na obecność kobiety wśród żywych były miarowe ruchy jej klatki piersiowej, stale unoszącej się i opadającej.Obecna wśród żywych, owszem, była, lecz gdyby ktoś teraz wszedł do pokoju Camille, nie zastałby jej. Natomiast ona nie byłaby w stanie odpowiedzieć, od jak dawna znajduje się w tym stanie — czy rzeczywistość wyślizgnęła jej się z rąk dopiero przed chwilą, czy już kilka godzin temu. Z drugiej strony, nie do końca miało to dla niej jakiekolwiek znaczenie. Spędziła już krótszy czy dłuższy moment nieobecnie wpatrując się w sufit, kolejny fragment czasu spożytkowanego w podobny sposób nie stanowił większej różnicy. Poza tym, po prostu nie chciała wracać. Ciężko powiedzieć, czy lubiła ten stan kompletnej samotności i chwile konfrontacji z własnymi uczuciami, lecz mimo wszystko przynosiło jej to swego rodzaju ulgę i klarowność duszy.
— Ach — wyrwało się z jej ust, gdy dotkliwe zimno raptownie przeszyło jej dłoń, a zagubiona kropla wody stoczyła się z palca i zaginęła w odmętach pościeli.
Niespodziewane odczucie, choć niesamowicie drobne, wystarczyło, by Camille wnet powróciła do swego ciała. Przez kilka uderzeń serca zdawało się, że mimo wszystko kontynuuje swe półsenne rozważania, lecz po chwili kobieta, podpierając się dłońmi, powoli podniosła się i usiadła. Przeciągnęła się, jednocześnie kierując swój wzrok w prawo, ku uchylonemu oknu. Deszcz uderzał o szybę, a na drewnianej ramie zawisły pojedyncze krople. Camille domyśliła się, że to zapewne jedna z nich spadła na jej dłoń.
Ociężałym ruchem zamknęła okno, niedbale pozwalając pozostałym kroplom spaść na łóżko. Przez jej głowę przemknęła myśl, że może powinna coś zjeść, jednak nim zdążyła podjąć jakiekolwiek kroki w tym kierunku, jej uwaga skupiła się na zniekształconym krajobrazie, krzywo malującym się za szybą ociekającą strugami deszczu. Obserwując szare, zabłocone miasteczko próbowała przypomnieć sobie, ile tygodni minęło odkąd się tu osiedliła. Obstawiała, że sześć, ale nie była do końca pewna.
W końcu, po kilku, może nawet kilkunastu minutach, wstała. Myśl o jedzeniu wciąż tliła się gdzieś w odmętach świadomości, lecz uznała, że nie ma ochoty jeść. Właściwie, to nie miała ochoty na nic. Dopiero teraz, gdy już w pełni zdążyła się wybudzić, zaczęło to do niej w pełni docierać — wraz z rosnącą irytacją. Irytacją na wszystko dookoła, na zimną podłogę, na ubrania dotykające jej skórę, na swój mały pokój. Wiedziała, że nic nie może z tym zrobić, a frustracja istnieniem towarzyszyła jej nie pierwszy i nie ostatni raz.
Ignorując nieprzyjemne uczucie, otworzyła jedną z szuflad stojącej przy ścianie komody, wyjęła z niej swoją książeczkę, ołówek, a następnie odsunęła jedno z dwóch krzeseł umiejscowionych obok malutkiego stolika. Usiadłszy, postawiła przybory przed sobą, po czym przekartkowała notesik, pobieżnie wyłapując pojedyncze fragmenty napisanych dotychczas wierszy. Zatrzymała się w momencie, w którym jej wzrok napotkał nienaruszoną jeszcze pożółkłą szarość niezapisanej strony. Odetchnęła głęboko, ujęła ołówek w palce i zaczęła niepewnie pisać pierwsze słowo nowego wiersza.
<C.D.N.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz