Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

28 lip 2022

Od Diego "Dwóch artystów" cz. 1

 Wiosna 1457

Ostatnie płatki śniegu dawno zniknęły. Zimne, ciemne doby powoli zastępowały coraz to cieplejsze i dłuższe dni. Roślinność budziła się do życia; tak samo odżywało miasto Rivot. Mieszczanie coraz więcej czasu spędzali na zewnątrz, na rynek wracały stragany, wrócili też uliczni artyści. Należał do nich Diego.
Powrotowi tego kuglarza towarzyszył nowy zapał, nowy zestaw sztuczek oraz nowe historie do opowiedzenia. Niektóre z nich opowiadał za pomocą tańca; często z ogniem. Ślady zostawiane w powietrzu przez płomienie podkreślały ruch wykonywany przez jego ciało.
Kiedy Diego tak skakał, nagle obił się o kogoś plecami. Nie było to typowe zjawisko, zwykle ludzie (i inne stworzenia) zostawiali mu dość miejsca podczas występów. Lekkie zderzenie wybiło kuglarza z rytmu, ale tylko na ułamek sekundy. Po upływie tej ledwie zauważalnej chwili, wrócił do tańca i znów zakręcił pióropuszami z pochodni.
Wtedy wybrzmiała muzyka instrumentu strunowego; coś idealnie komponującego się z ruchami Diego. Aż przerażająco dobrze pasująca do opracowanego przez kuglarza układu. Zdziwienie tą nową melodią, znów wybiło go z rytmu, ale trwało to zbyt krótko, by niedoświadczone oko cokolwiek dostrzegło.
– Tańcz dalej, ja się dopasuję – zakomunikował ktoś.
Nastąpił moment, w którym układ przewidywał obrót, więc dopiero wówczas Diego mógł zobaczyć, jak wygląda jego samozwańczy asystent. Był to ubrany w zdobione, turkusowe szaty bard.
Muzyk podszedł bliżej jednej z kobiet na widowni i mrugnął doń okiem. Kolejnej zaoferował kilka komplementów; Diego zaimponował fakt, że bard mówił bez przerywania gry na lutni. Panie zachichotały zawstydzone i zaczęły coś szeptać między sobą. Muzyk wtedy tanecznym krokiem podszedł do kolejnej grupy i zaczął flirtować też z nimi. Co ciekawe, jego uwodzicielskie manewry poskutkowały większą hojnością tej części publiczności. Bard zdjął jedną ręką z głowy kapelusz i przeszedł się z nim między mieszczanami, zbierając datki.
Diego tańczył jeszcze paręnaście minut; dokładnie tyle, ile zaplanował. Zbliżając się do końca układu, skinął głową bardowi, by ten również wieńczył swój występ. Najlepiej wypadną, jeśli skończą jednocześnie.
<C.D.N.>

27 lip 2022

Od Regisa "Najgorsze jeszcze przed nami" cz.5 (c.d Pedro)

  Jesień 1457 

Po powrocie do domu dalej rozmyślał o kwestii jaką poruszył mag w bibliotece. Zasiadając z kubkiem gorącego naparu, w skład którego wchodziły okoliczne zioła zastanawiał się jak rozwiązać zaistniałą sytuację. Sitra jest wrogiem z jakim jeszcze nie miał do czynienia. Znalezienie nosiciela nie będzie proste, a nawet jeśli się uda, co dalej? Pozbycie się istoty w raz z posiadaczem jest najprostsze, ale nie jest rozwiązaniem na jakie można zaakceptować. Łowca polubił okoliczną ludność, nie miał ochoty na takie rozwiązania. Uśmiercenie poprzez zniszczenie rdzenia było by najlepsze, jest to jednak trudne zadanie.  

Myśli te chodziły mu po głowie, doszedł jednak do wniosku, że najpierw trzeba znaleźć poszlaki. Posprzątał pomieszczenie i dał się na spoczynek. Zasypiając przeszła mu przez głowę  

– Szykuje się ciekawe polowanie i to niesamotnie. Ile czasu minęło od ostatniego takiego –przewrócił się na bok a sen ukoił po ciężkim dniu. 

Następnego dnia udał się do miasta. Znał kilka osób, które po odpowiednim zachęceniu dadzą mu potrzebne informacje. Ofiary infekcji nie zdają sobie z tego sprawy, nawet dłuższy czas po zarażeniu, jednocześnie stają się kanibalistycznymi potworami w momentach przejęcia kontroli przez stwora. Właśnie o potencjalne zaginięcia chodziło najbardziej. Regis udał się najpierw w okolice rynku. Znikający ludzie w bardziej niebezpiecznej części miasta nie było niczym niezwykłym, ale takie sytuacje bliżej centralnych obszarów mogły wzbudzić już lekkie poruszenie. Po przybyciu na miejsce od razu spotkał się z informatorem. Kupiec na rogu skweru. Człowiek w sile wieku ubrany w gruba zieloną kurtkę i spodniach w kolorze żółtym ochoczo dywagował w tłumie nad ceną materiałów krawieckich. Łowca podszedł do niego i zaczął rozmowę. 

– Witam, mogę sprawdzić jakość tego żółtego sukna? –zaczął radośnie, wskazując na kawałek materiału w głębi stoiska 

– Ależ oczywiście, prosiłbym jednak o podejście bliżej, to drogie płótno, wolę mieć pewność, że nic mu się nie stanie 

Myśliwy obszedł główny stół stanowiska, na którym wszelakie towary leżały przykuwając wzrok. Zagłębił się w półmrok stając na mniej niż stopę odległości od handlarza 

– Potrzebuje informacji – powiedział już w normalny dla niego sposób – były ostatnio jakieś dziwne zaginięcia?  

Kupiec odwracając się delikatnie w stronę specjalnego klienta złapał za kawałek żółtego materiału i zaczął mówić przybierając poważna barwę głosu 

– Kilka, zgaduję jednak, że nie chodzi o incydenty pokroju poszedł do lasu i nie wrócił.  

– Gdyby chodziło o coś takiego łeb odpowiedzialnego za to stwora już dawno zdobiłby czyjąś ścianę a ja byłbym o mieszek monet cięższy. Ta sprawa jest trochę inna i miej nadzieje, że nie rozwinie się w ten bardzo zły sposób – mówił rozmówca dotykając podsuniętego dla niepoznaki kawałka tworzywa 

– Coś się ostatnio podziało. W sumie garstka osób w głównej części Rivotu. Trochę dzieci, jakiś grajek. Normalnie powiedziałbym wygłodniałe Scurki, wiesz jakie mogą być, może wyjątkowy Koszmar. Cholerstwa panoszą się coraz śmielej, ale jest problem, a konkretnie problem z brakiem ciał – kończąc wypowiedź zarzucił w powietrze kilka głośniejszych słów chwalących jego towary i odpowiedział jakiejś kobiecie zastanawiającej się nad kupnem grubej tuniki i nowych ciżm. 

– Kto był ostatni? Gdzie i z kim go widziano? Potrzebne są szczegóły – stwierdził dyskretnie po czym zrobił kilka gwałtownych ruchów ręki udając żywiołowe negocjacje związane z potencjalnie zbyt wygórowaną ceną 

– Ten grajek. Jakiś trubadur. Spotykał się ostatnio z grupką jemu podobnych. Czekaj, jak oni mieli –zastanawiając się pogładził krótką kozią bródkę poprawił nieduży kapelusz z gęsim piórem na głowie i kontynuował – Roan, Carlos i Diego. Ten pierwszy często rezyduje w Karczmie Wiedźmy. Łatwo się o niego wypytasz, a z twoimi umiejętnościami i sam ci wszystko dosłownie wyśpiewa. Drugi z resztą podobnie. Nie wydaje mi się, by był w stanie być zamieszany w coś takiego, a nawet jeśli to sam prędzej czy później wpadnie, a jego kompanom zbrodni naprawdę współczuję. Ma, jeśli się nie mylę brata maga, który pracuje gdzieś w okolicy. Musiał bym dopytać. On może być już groźniejszy i na niego bym uważał. Underhill na nazwisko, może jakoś ci to pomoże. Ostatni natomiast, cóż, powiedzmy, że ma sąsiadujące miejsce pracy. Występuje na rynku, często go widuje jak robi wszelakie widowiska akrobatyczne. Zawsze w masce. Na pewno go kojarzysz. Mieszka w lesie za miastem. Pewnie jakiś dziwak, ale słyszałem, że dobry chłopak. 

Regis kojarzył ostatniego. Artysta wielokrotnie ukazywał swoje zdolności, gdy łowca robił swoje w mieście, zresztą poprzedniego dnia było podobnie. Wątek maga wydał się mu podejrzany, ale brak informacji komplikował sprawy. 

– A dzieci, wspominałeś o młodzikach? – powiedział cicho przekładając w rękach zgarnięty gdzieś z boku inny kawałek tkaniny 

– Kręciły się często w okolicach dróżki odchodzącej z północno-wschodniej części rynku. Jest tam piekarnia należąca do Meredith. Gdy zostają jej jakieś niesprzedane wypieki to żal jej wyrzucić i częstuje nimi gówniaki – kupiec podał inny przedmiot jako rekwizyt dyskusji 

– Wiesz o niej coś więcej? – spytał wyczuwając potencjał wątku 

– Dziwne rzeczy się słyszało. Ogólnie nieszkodliwa, dobra kobieta, ale podobno trzyma w domy jakiegoś dużego kota. Może on jest jakoś z tym związany. Drapieżniki potrzebują dużo jedzenia. Nie znam jednak szczegółów. Jutro jak chcesz mogę się czegoś dowiedzieć – odparł kupiec. 

– Nie trzeba. Jeśli śledztwo będzie tego wymagać sam wyciągnę te informacje. Jest jeszcze coś o czym powinienem wiedzieć? –myśliwy powoli kończył dyskusje 

– Na razie to tyle. Bywaj zdrów Regisie. – Mówiąc to pożegnał się 

– Żegnaj Bertramie. –odparł współrozmówca wsuwając delikatnie kilka monet do kieszeni sprzedawcy. Obrócił się i wyszedł ze stoiska.  

Tropiciel odchodząc rozmyślał nad zdobytymi informacjami. Trubadur mimo, iż jest świeższym tropem w całokształcie będzie cięższy do sprawdzenia. Artyści spotykają się z dużą ilością osób, być może komuś podpadł i zaginięcie nie jest związane z Sitrą. Artyści robią głupie rzeczy. A nawet jeśli ma z nią powiązania, ten wątek będzie nie łatwy do zbadania, więc wolał zostawić go na później. Być może nowe informacje wypłyną w międzyczasie. Znikające dzieci są bardziej obiecującym wątkiem. Młodzież często ogląda widowiska, więc możliwe dowiedzenie się będzie czegoś ciekawego.  

Z takimi wnioskami wybrał kierunek. Piekarnia w okolicy rynku. Po niedługo trwającym spacerze był już prawie na miejscu, gdy dostrzegł coś ciekawego. W niedużej odległości w jego stronę zmierzał duży granatowy kapelusz należący do brodatego mężczyzny poznanego wczoraj, przez którego dzisiaj prowadzi śledztwo. 

–Witam ponownie – powiedział podchodząc do poznanego wczoraj bibliotekarza.  

<Pedro?> 


Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 8

 Zima 1456

– Wygląda na to, że to ostatni – oznajmił Diego, spoglądając na biegającego pod drzewem wilka. – Z jednym chyba sobie poradzę w bezpośrednim starciu. Jeśli zastosuję przy tym...
– Po co ty mi to mówisz?! Po prostu tam idź! – wykrzyknął Drun. Poprawił ułożenie rąk, wciąż kurczowo uczepionych pnia.
– Czekaj no chwilę – Diego odłamał w miarę prostą gałąź. Użył grotu, by naostrzyć jej koniec. Może gdyby miał przy sobie sznur, przywiązałby strzałę bezpośrednio do kija. Tak czy inaczej, zmierzał do zrobienia sobie prostej włóczni. Z gotową nową bronią, łowca niemalże tanecznym krokiem zeskoczył na niższe konary. Wilk spróbował dosięgnąć Diego kłami. Ostre zęby kłapnęły centymetry za nisko. Psowaty powtarzał te próby ataku mimo bezowocności każdej z nich. Zwierzę zwyczajnie nie było dość inteligentne, żeby wymyślić lepszą strategię, bądź odpuścić.
Diego przejechał wzrokiem po leżących naokoło martwych wilkach. Zastanawiało go, czy ostatni przeciwnik w ogóle rozumiał, co się z nimi stało i to, że łowca był przyczyną ich zguby. Wilk nie wyglądał na bardziej wściekłego, niż na początku. Jedynie stopniowo narastała w nim frustracja, że jeszcze nie zatopił kłów w cel.
Diego wreszcie zeskoczył z drzewa. Po szybkim przetoczeniu się po zbitej, zmrożonej ziemi, przybrał pozycję obronną. Rozszalały wilk wyskoczył w kierunku łowcy. Diego zaczął unikać ataków w ten sam sposób, w jaki robił to wcześniej tego dnia. Zęby napastnika zostawiały mu jednak coraz to mniejszy margines błędu. Nawet Drun (wciąż pozostający na drzewie) słyszał wściekłe kłapnięcia.
Po jednym z agresywnych ataków wilka, Diego nabrał dłonią nieco śniegu i rzucił tym w oczy napastnika. Psowaty chwilowo stracił orientację w przestrzeni; jego łapy rozjechały się po pokrytym lodem podłożu. Wtedy Diego wbił własnoręcznie wykonaną „pikę” w przeciwnika. Przy użyciu tej broni cios nie musiał być bardzo precyzyjny, żeby powalić raz na zawsze. Wystarczyło, że użyto dość siły.
Diego puścił uchwyt swojej prowizorycznej włóczni i rozejrzał się. Tak, to był ostatni wilk. Niewykluczone, że broniąc siebie i Druna, łowca właśnie rozbił małą watahę.
Diego zawołał wspomnianego handlarza.
– Już możesz zejść!
Drun ani drgnął.
– Już jest bezpiecznie, możesz zejść!
– A kto ci powiedział, że wiem jak?! – oburzył się Drun. – Kazałeś mi tu wchodzić to teraz wymyśl jak mam stąd zejść.
Diego podrapał się w tył głowy. Nie wziął pod uwagę tej opcji.
– Okej, może zacznij od... Albo nie, poczekaj. Pójdę po ciebie.
– Czekam, no czekam – rzucił Drun zirytowanym i nieco przestraszonym głosem.
Diego znów podciągnął się na najniższej gałęzi. Świeża rana ponownie dała o sobie znać, ale już nie tak dotkliwie. Chyba zaczynała zasychać pod ciasnym opatrunkiem. Łowca wspiął się kilka konarów wyżej i wyciągnął dłoń do Druna.
<C.D.N.>

Od Pedra „W trasie” cz. 3

 Jesień 1456

Pedro podszedł do łóżka śpiącego brata. Trącił ręką obrócone na bok zawiniątko z koca i maga. Carlos nie zareagował. Starszy więc złapał go za ramię, by nim potrząsnąć. Młodszy coś wymamrotał, po czym poprawił swój koc. Pedro zdusił mały płomyk, który pojawił się na końcu jego brody. Postanowił ściągnąć nakrycie z brata.
– Co jest? – wymruczał Carlos. – Jeszcze pięć minut, nie pali się.
– Wstawaj, przed chwilą się paliło – Pedro znów trącił brata, tym razem kolanem.
– Co, gdzie? – Carlos podniósł głowę. Po chwili za głową powędrowało całe ciało; mag wstał do pozycji siedzącej, a właściwie klęczącej. Potarł ręką oczy. Dopiero teraz dostrzegł, że za oknem brakowało pewnego kluczowego elementu. – Chwila, a gdzie słońce?
– Jeszcze nie wstało, królewiczu – powiedział Pedro. – Wstawaj, idziemy...
– Nie, nie, nie, nie, nie – wszedł mu w słowo Carlos. – Nigdzie nie idę. To ma być przyjemna wyprawa, a nie obóz treningowy. Jestem tu żeby szukać inspiracji, a nie...
– To tylko mała wyprawa do lasu. Przypomnisz sobie rośliny i ich właściwości.
– Jest noc! Jaki to ma sens?! – oburzył się młody mag.
– Właściwie, zaraz będzie widoczna jutrzenka.
– Znaczy mogę jeszcze iść spać! – Carlos spróbował odebrać Pedrowi swój koc, ale ręka brata nie ustąpiła. – Oddawaj!
– Zaraz obudzisz wszystkich w zajeździe – mruknął starszy z magów.
– Jeśli już, to będzie to twoja wina – Młodszy dalej się szarpał.
– Próbujesz rozerwać koc?
Carlos przestał na chwilę swoje starania, by złapać nieco oddechu.
– W sumie to bym się nie zdziwił, gdyby udało się go rozpruć. Widziałeś, jakie to jest cienkie? W tym zajeździe oszczędzają na wszystkim, co się da. Czemu w ogóle zatrzymaliśmy się tutaj?
– Każdy nocleg kosztuje. Ciesz się, że stać nas na jakikolwiek.
<C.D.N.>

26 lip 2022

Od Regisa "Szemrana ulica" cz. 1

 Jesień 1457 

Szedł w kierunku północnozachodnim, oddalał się od rynku. Wychodząc ze spokojnej części miasta, rzucił jeszcze okiem na gawiedź dywagującą nad stoiskami kupców. Tu kiepskie ceny rozwiązuje się rozmową i negocjacjami, tam, gdzie szedł siłą i nożem między żebra.  

Dotarł do celu swej podróży. Ulica Żwirowa, tutejsze centrum półświatka. Niebezpieczne miejsce, choć ostatnio, nawet bardziej niż zwykle. Szedł prosto, był czujny. Wiele oczu spoglądało na niego z poboczy. On miał swój cel. Chciał jak najszybciej załatwić co trzeba i odejść stąd. Wiedział do czego ludzie tu są zdolni, nie był więc bezbronny, choć to akurat było widać na pierwszy rzut oka. Na dzisiejsze interesy był ubrany w strój łowiecki, gdyż bezpośrednio po nich udał się do zleceniodawcy. Strój taki nie przyciągał jednak nadmiaru uwagi. Osoby w ubraniach przygotowanych do potyczek nie byli niczym dziwnym, a peleryna zakrywała co bardziej kluczowe części kostiumu. Szedł nie rozglądając się za nadto, ciężko było jednak nie zauważyć poruszenia wśród ludzi, coś się stało lub stać się miało. Dotarł w końcu pod wyznaczony adres. Budynek wyglądał na stary zaniedbany sklep, ale jak na warunki okolicy nie było najgorzej. Niektórzy kupcy sami decydowali się rezydować w tej części miasta, niektóre “towary” lepiej tu schodziły. Wszedł do środka. Wnętrze wyglądało już nieco lepiej. Duże pomieszczenie z wieloma starymi półkami, uginającymi się od wszelakich różności. Słoje wypełnione różnymi substancjami, kawałki stworów w płynach wszelakich, różne proszki, elementy nie wiadomo czego i wiele więcej.  Na końcu pokoju stała duża ciężka lada z ciemnego drewna. Na końcach mebla również można było dostrzec różne towary. Woreczki z przeróżnymi podpisami, dziwne skały i przyrządy kupieckie pokroju wagi i tym podobnych. Na środku leżał gruby dziennik ze spisanymi transakcjami, długami, datami dostaw. Gdy łowca wszedł do środka, kolejne jego rubryczki były uzupełniane przez właściciela interesu. Niski w połowie już wyłysiały pół elf w dużych, grubych okularach skrupulatnie przepisywał z kartki literka po literce, wszystko musiało się zgadzać. Po chwili podniósł jednak głowę, szpiczaste uszy poruszyły się lekko, a pod garbatym nosem pojawił się lekki uśmiech. 

– Pojawił się w końcu! - powiedział głośno lekko skrzeczącym ochrypłym głosem – I jak, łowy się udały? 

Łowca uchylił delikatnie pelerynę i wyciągnął spod niej niemały worek wypełniony czymś, co przez materiał wyglądało jak kilka piłek. 

– A czemu miały by się nie udać? Za każdym razem wywiązuje się z umowy. Dałeś mi szczegółowe informacje, gdzie i co mam zdobyć, oto więc zamówienie. – Mówiąc to położył wcześniej wyciągniętą rzecz na ladę –Muszę przyznać, materiał, z którego został wykonany tobołek spisuje się znakomicie, ani kropla krwi nie przeszła. 

– A mówiłem, materiał pierwsza klasa, gdy będę miał dostawę specjalnie odłożę trochę dla ciebie, ze wzgląd na tak owocne współprace. –Mówił kupiec dobierając się do zawartości worka. Gdy otworzył go najszerzej jak się dało, wyciągnął jedną z rzeczy, która przez materiał przypominała piłkę. –Świeżutkie goblinie głowy. Idealnie. Znowu spisałeś się perfekcyjnie. Oto zapłata. –Odłożył głowę z powrotem do wora i podał mieszek monet Regisowi. Zeskoczył z wysokiego krzesła. Zabrał pakunek i zacierając ręce odłożył na zaplecze.  

–Na razie to tyle mój drogi, jutro może znowu będę mieć dla ciebie małą robótkę to wpadnij–powiedział kierując swój skrzypiący głos ku myśliwemu a poprawiając jednocześnie lekko osunięte okulary.  

Łowca kierował się już ku wyjściu, gdy usłyszał 

– A jeszcze jedno – z końca pomieszczenia dobiegł głos kupca – nie zostawaj za długo w tej dzielnicy, ostatnio mamy tu spory bałagan 

– Stało się coś konkretnego? – spytał zaciekawiony  

– Nic nowego, znowu zmiany w hierarchii. Jeden rozbójnik zabił drugiego, trzeci nie zgodził się na układ czwartego i tak dalej. Dużo szumu, dużo krwi, dużo śmierci i ciągłe odgłosy ucztujących padlinożerców. Tutaj dzień jak co dzień. Szkoda by było jednak w pechowy sposób stracić tak dobrego współpracownika. –Powiedział starzec wdrapując się z powrotem na wysokie krzesło przy ladzie i kontynuując zapisywanie zeszytu. 

– Dziękuję za radę panie Zimo. 

Po tych słowach łowca wyszedł ze sklepu. Szedł prosto kierując się do uliczki prowadzącej w kierunku powrotnym do centralnej części miasta. Wtem z jednej z odnóg usłyszał gromkie zbiegowisko osób. Pomimo ostrzeżeń zdecydował się udać w tym kierunku. 

– Nie watro – stary ochrypnięty głos wydobył się zza jego pleców 

Regis odwrócił się i zobaczył staruszka siedzącego pod ledwo trzymającym się daszkiem u stóp jednego z budynków. 

–Dlaczego? – spytał łowca 

–Nie ma tam ładnych widoków, znowu bandziory rozprawiają się z im podobnymi. Same przez nich problemy – powiedział starzec 

–Taki urok tej dzielnicy, reszta miasta jest w miarę spokojna, bo tu kto ma, to rozrabia – rzekł myśliwy spoglądając w kierunku uliczki, do której planował się udać 

– Może i masz rację młodzieńcze – ochrypnięty głos znowu wydobył się od starszego mężczyzny.        –Taka ta nasza Żwirowa 

– A właśnie, czemu Żwirowa? – spędził już w okolicy trochę czasu, dalej jednako nie był pewny pochodzenia nazwy 

– A to ciekawa historia – zaczął stary wyciągając jednocześnie fajkę spod płaszcza i zapalając ją – Nazwa zgodnie z przypuszczeniami, niewiele ma wspólnego ze żwirem jako takim – zaśmiał się, zaciągnął, puścił obłoczek dymu i kontynuował – Lata temu, wiele lat, ta strefa miasta nie różniła się za bardzo od pozostałych, do czasu. Przybył to kiedyś pewien zbir i w tej dzielnicy założył swoją siedzibę. Był okolicznym postrachem, lecz w końcu i jemu się umarło. W między czasie inni mu podobni zaczęli się tu kręcić, a po śmierci najważniejszego z nich rozpoczęli walki między sobą. I tak Od jednego bandziora cała ulica została zamieszkana przez mu podobnych.  

– A czemu właściwie Żwirowa – Regis przypomniał delikatnie o najważniejszej kwestii 

– Aaaa, tak, no tak – starzec podrapał się po głowie i zaciągnął fajką – Otóż ten pierwszy wielki bandzior nazywany był Żwirem, podobno lubował się w zakopywaniu w wymienionej substancji swoich wrogów. I od jego pseudonimu wzięła się nazwa tej ulicy. Starej nazwy nikt już nie pamięta, więc jest tylko ta.  

– Hmm, ciekawie. Dziękuję ci, bywaj. –Powiedział myśliwy kierując się w końcu do upatrzonej uliczki. 

– Poczekaj, jeszcze dwie kwestie. Taka ładna historia zasługuje chyba na wsparcie w tych ciężkich czasach – mówiąc to starzec wyciągnął jedną z rąk i delikatnie się uśmiechnął 

– Nic już nie jest bezinteresowne – mówiąc to łowca wyciągnął ze świeżo otrzymanego od kupca mieszka dużą monetę i pstryknięciem kciuka podbił ją, by ta idealnie wylądował w ręce dziadka. 

– I ostatnie, naprawdę nie warto. Nic co tam ujrzysz nie jest warte psucia sobie dnia. To ich porachunki. –rzekł starzec, usłyszeć można jednak było powagę w jego głosie. Wiele widział w życiu i chyba wiele z tego wolałby wymazać z pamięci. 

Regis rzucił spojrzeniem na rozmówcę, skierował się ku rozbudzonej gawiedzi, wpół drogi zmienił jednak kurs.  

– Czasami warto słuchać się starszych – pomyślał. Po czym skierował kroki w stronę rynku.  

25 lip 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 4 (cd. Regis)

 Jesień 1457

– Powiedzmy, że w zwęglonych zwłokach niewiele przetrwa – rzucił łowca, przyozdabiając twarz lekkim, aczkolwiek ironicznym uśmiechem.
Pedro opuścił nieco brwi, słysząc to. Oparł dłonie o dzielącą ich ladę. Nie... to nie było rozwiązanie, którego szukał. Zależało mu na pewnym i doszczętnym zniszczeniu Sitry, ale nie wraz z nosicielem. Jako łowcy są odpowiedzialni za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Rivot i okolic. Ta nieszczęsna jednostka również jest warta obrony i ratunku. Ale trzeba ją odnaleźć szybko.
Po krótkim pożegnaniu Regis opuścił bibliotekę. Pedro zaczął rozmyślać; wręcz kartkować swoją pamięć w poszukiwaniu informacji. Czytał o Sitrach, nie raz zresztą, ale było to zjawisko tak rzadkie, że pomimo upływu lat, nadal nie było wiadomo nawet jak dochodzi do zakażenia. Znany jest jednak sposób na pokonanie Sitry – zniszczenie rdzenia, gdzie rezyduje pasożyt.
Mag spuścił głowę. A jeśli Piasek Powiernika wcale nie pokazał prawdy? Jeśli przybycie Sitry to bujda, a wizja była tylko ucieleśnieniem głęboko skrywanego, bezpodstawnego lęku? Czy magowi takiemu, jak on mogło się w ogóle udać przywołać właściwą wizję?
Z tych ponurych myśli wyrwało Pedra bicie zegara. Wskazówki pokazywały jasno, że czas zamknąć bibliotekę. Mag zgarnął z blatu ostatnie książki, by odłożyć je na miejsce. Z niecierpliwością wyczekiwał tego dnia pory zamknięcia; wyczekiwał powrotu do karczmy. Poprzedniego dnia nie zastał Berthiny na miejscu, a pozostali pracownicy nie byli tak dobrze poinformowani, jak ona. Nikt w okolicy nie był.
Mag przekręcił w zamku powierzony mu przez pracodawcę klucz i ruszył w kierunku karczmy.
Tym razem Pedrowi dopisało szczęście; kiedy przekroczył próg, zobaczył Berthinę. Akurat wręczała Carlosowi tacę z trunkami (poza grajkowaniem, brat Pedra zajmował się również kelnerowaniem w tym lokalu).
Młody mag/niedoszły łowca widząc starszego z rodzeństwa, spróbował jak najszybciej usunąć się z jego pola widzenia. Nie chciał przypadkiem dostać kolejnego wykładu na temat swoich życiowych wyborów. Na jego szczęście tego dnia Pedro nie po to tu przyszedł.
– Przepraszam na chwilę – brodaty mag zdjął z głowy kapelusz i zbliżył się do baru.
– Słucham, Pedro – powiedziała właścicielka zajazdu. – Rozumiem masz jakąś konkretną sprawę do mnie?
Łowca pokiwał głową.
– Czy w ostatnim czasie było dużo zaginięć w okolicy? – uznał, że tak sformułowane pytanie naprowadzi go na pierwsze tropy.
– Było ich kilka, to wszyscy wiedzą – rzuciła Berthina, wzruszając ramionami. – Normalna rzecz na tych terenach. Potwory szwendają się tu i tam...
Pedro poprawił okulary, chrząknął, po czym podsunął kobiecie kilka monet. Jej oczy zabłysnęły na ten widok, Pokryta ciemnymi plamami starości ręka chętnie zgarnęła zapłatę do sakiewki.
– Ale teraz zaginięć było więcej – kontynuowała właścicielka karczmy. – I znikali ci, którzy nie zapuszczają się daleko za miasto. Są wśród nich dzieci.
– Żadnych ciał, śladów po nich?
Berthina pokręciła głową.
– Potrzebny mi świeży trop – powiedział Pedro.
– Ostatnio zniknął jeden młody trubadur. Dobry chłopak, ale zawsze bujał w obłokach – westchnęła kobieta.
– Z kim ostatni raz go widziano? – spytał Pedro.
– Jak to przy śpiewaku, kręciło się przy nim dużo ludzi i innych bestii...
Pedro umieścił na blacie więcej monet. Były to ostatnie, które miał przy sobie. Że też wydał tyle na aż trzy porcje Piasku. I co gorsza, dał jedną Carlosowi! Bardzo głupio postąpiłeś, Pedro. Bardzo głupio!
– Widziano go również z kolegami po fachu. – mruknęła kobieta.
– Na przykład kim?
– Z twoim bratem, między innymi.
– Nawet tak nie mów! – Pedro uderzył pięścią w blat.
– Ależ po co te nerwy... – Berthina westchnęła. – Podaję ci tylko fakty. Kręcił się przy nim też niejaki Roan Brown, Diego Drumstick...
– Kim są ci dwaj?
– Roan stoi o tam, razem z twoim bratem – Berthina skinęła na jaskrawo ubranego człowieka. Akurat żywo dyskutował z obsługującym gości Carlosem. Pedro zmrużył oczy, spoglądając na swojego pierwszego podejrzanego. Wtedy do tych dwóch artystów podbiegło kilkoro dzieci. Jedno z nich zaczęło ciągać Carlosa za rękaw, żeby zaśpiewał jego ulubioną piosenkę. Roan jak gdyby nigdy nic obiecał zastąpić młodego barda, by ten mógł dokończyć swoje zadanie odniesienia pustych kufli za bar. Carlos jednak odstawił tacę na pobliski stolik i przyrzekł zacząć pieśń już teraz.
– Podejrzewasz ich? – spytała Berthina.
– Roana być może... Gdzie on mieszka?
– Stosunkowo niedaleko. Gdzieś przy... – kobieta nie zdołała dokończyć zdania. W słowo weszła jej kozicowata bestia:
– Co chciał tamten przy drugim stoliku? – spytała humanoidalna koza, szturchając właścicielkę karczmy.
– Pieczeń i kufel piwa. Szybko, bo zaraz sobie pójdzie! – ponagliła Berthina.
Kozica skinęła głową i w podskokach wyruszyła obsłużyć niecierpliwego klienta.
– A kim jest ten drugi, o którym mówiłaś? Jak się nazywa? – kontynuował Pedro.
– Diego Drumstick. A tak właściwie, Diego Jay Drumstick. Też jest trubadurem, ale nie wędrownym. To tutejszy. Od jakiegoś czasu.
– Gdzie on rezyduje?
– Dnie spędza w mieście na zabawianiu rodzin – kobieta zrobiła tu krótką pauzę. – Ale mieszka w lesie...
– Dobre miejsce na ukrycie ciał – podsumował ponuro Pedro.
– Och, ten niewinny chłopak nie skrzywdziłby... – zaczęła właścicielka karczmy.
– Ta sprawa jest bardziej skomplikowana, Berthino... Muszę mieć na oku Carlosa – dodał mag, jakby do siebie. – Muszę mieć ich wszystkich na oku.
– W pojedynkę będzie to dość trudne... – zauważyła kobieta.
– Już twój wkład jest wielkim wsparciem inicjatywy. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.
– Ale że ja? – Berthina zaśmiała się. – Oj Pedro, Pedro...
– Hm... – mruknął mag. – A powiedz... gdzie mieszka Regis?
– Rzeźnik? Zajął pewien opuszczony dom na obrzeżach miasta. Ale żebyś nie szukał żadnej rudery, Regis zadbał, by dało się tam znów zamieszkać.
– Dobrze... Dobrze... – powiedział Pedro.
Przed opuszczeniem karczmy mag obejrzał się, żeby wychwycić widok ukochanego brata. Szczęście w nieszczęściu, on mieszkał i pracował tu w karczmie. Za dużo osób się tu kręci, by Sitra mogła go niepostrzeżenie dorwać. Ale jeśli to on byłby Sitrą...
Pedro potrząsnął głową. Nie, to nie jest możliwe. Kto, jak kto, ale on by zauważył, że coś jest nie tak. A Carlos... cóż pozostawał Carlosem. I właśnie przed chwilą o mało nie podpalił sobie nakrycia głowy próbując popisać się jakąś magiczną sztuczką.
<Regis?>

24 lip 2022

Od Diego „Harpie” cz. 1 (cd. Conna/Carlos)

 Wiosna 1457

Diego rozwinął arkusz, na którym spisał zeznania przerażonej kobiety. Mówiła dość nieskładnie, więc mężczyzna przeredagował wypowiedź, żeby była bardziej zrozumiała.
– Pisujesz czasem własne teksty? – spytał go Carlos.
– Zwykle nie. Częściej zapisuję słowa innych – mruknął w odpowiedzi kuglarz-łowca.
– O czym rozmawiacie, chłopcy? – zapytała Conna.
– O sztuce oczywiście – powiedział Carlos poprawiając kapelusz.
– Tę rozmowę możemy przełożyć na później – zauważył Diego. – Mamy teraz inne zadanie. Harpie wróciły i już zaczęły polować.
– W moich pieśniach harpia to połączenie pięknej kobiety z ptakiem. Jak Pedro powiedział mi, że mamy z nimi do czynienia byłem święcie przekonany, że chodzi właśnie o takie harpie – Carlos podniósł wzrok do góry. – Delikatne rysy twarzy, ale i ostre jak brzytwa pazury. Subtelne piękno połączone ze śmiertelnym niebezpieczeństwem... Cóż za wspaniała historia!
– Chętnie bym jej kiedyś wysłuchała – dodała pogodnie Conna.
<Conna/Carlos?>