Informacje

09.07.2025: Blog w remoncie

01.04.2023: Nowe zadanie! Numer 15

14.03.2023: Odeszły od nas następujące postacie: Diego, Pedro, Zachary

09.03.2023: Nowa postać: Nickolai

08.03.2023: Najlepsze życzenia dla wszystkich kobiet!

07.03.2023: Nowa postać: Gabriela

06.03.2023: Początek wydarzenia "śnieżyca dziesięciolecia"!

01.03.2023: Punkty za luty 2023 zostały przydzielone!

25.02.2023: Pojawiła się mapa wraz z opisem (patrz: lokalizacje).

22.02.2023: Nowa postać: Georgina

16.02.2023: Nowa postać: Silvana

12.02.2023: Nowa postać: Camille

11.02.2023: Nowa postać: Rosaline

01.02.2023: Punkty za styczeń 2023 zostały przydzielone!

16.01.2023: Nowe potwory: wyverna, żmija, tungo

14.01.2023: Nowa postać: Shiranui

10.01.2023: Nowa postać: Pil

05.01.2023: Ponowne uruchomienie bloga! Nowa postać: Lestat de Chuvok

04.01.2023: Nowa lokalizacja: Birme oraz opis Rivotu

03.01.2023: Aktualizacja fabuły. Nowe zadanie (ostatnie): numer 14. Zmiany: Usunięto statystyki na rzecz ogólnych punktów. Stare statystyki wciąż są dostępne u administracji. Kolejne zadania pojawiać się będą tylko przy okazji wydarzeń. Nowa lokalizacja: obóz łowców.

02.01.2023: Zmiany: Całkowicie nowe funkcjonowanie grup! Zapraszamy do dopasowania swoich postaci do każdej z nich!

27.07.2022: Nowa postać: Zachary

01.07.2022: Nowa postać: Regis

26.06.2022: Nowa postać: Dante

12.04.2022: Nowa postać: Cyliad

24.03.2022: Nowa postać: Karniela

20.03.2022: Nowe zadania! Numer 10 i 11

20.03.2022: Nowa postać: Sigrid

10.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich mężczyzn!

09.03.2022: Wydłużone zaklepywanie zadań - teraz trwa 72 godziny!

08.03.2022: Najlepsze życzenia dla wszystkich dam!

07.03.2022: Nowa postać: Shen

06.03.2022: Nowa postać: Clayton

06.03.2022: Pierwsze wydarzenie pojawi się gdy na blogu będzie 10 postaci.

05.03.2022: Nowe zadania! Numer 6 i 7

04.03.2022: Nowa postać: Diego

03.03.2022: Nowe postaci: Avrion, Conna, Saadiya oraz Feri!!

03.03.2022: Otwarcie bloga!

27 lip 2022

Od Pedra „W trasie” cz. 3

 Jesień 1456

Pedro podszedł do łóżka śpiącego brata. Trącił ręką obrócone na bok zawiniątko z koca i maga. Carlos nie zareagował. Starszy więc złapał go za ramię, by nim potrząsnąć. Młodszy coś wymamrotał, po czym poprawił swój koc. Pedro zdusił mały płomyk, który pojawił się na końcu jego brody. Postanowił ściągnąć nakrycie z brata.
– Co jest? – wymruczał Carlos. – Jeszcze pięć minut, nie pali się.
– Wstawaj, przed chwilą się paliło – Pedro znów trącił brata, tym razem kolanem.
– Co, gdzie? – Carlos podniósł głowę. Po chwili za głową powędrowało całe ciało; mag wstał do pozycji siedzącej, a właściwie klęczącej. Potarł ręką oczy. Dopiero teraz dostrzegł, że za oknem brakowało pewnego kluczowego elementu. – Chwila, a gdzie słońce?
– Jeszcze nie wstało, królewiczu – powiedział Pedro. – Wstawaj, idziemy...
– Nie, nie, nie, nie, nie – wszedł mu w słowo Carlos. – Nigdzie nie idę. To ma być przyjemna wyprawa, a nie obóz treningowy. Jestem tu żeby szukać inspiracji, a nie...
– To tylko mała wyprawa do lasu. Przypomnisz sobie rośliny i ich właściwości.
– Jest noc! Jaki to ma sens?! – oburzył się młody mag.
– Właściwie, zaraz będzie widoczna jutrzenka.
– Znaczy mogę jeszcze iść spać! – Carlos spróbował odebrać Pedrowi swój koc, ale ręka brata nie ustąpiła. – Oddawaj!
– Zaraz obudzisz wszystkich w zajeździe – mruknął starszy z magów.
– Jeśli już, to będzie to twoja wina – Młodszy dalej się szarpał.
– Próbujesz rozerwać koc?
Carlos przestał na chwilę swoje starania, by złapać nieco oddechu.
– W sumie to bym się nie zdziwił, gdyby udało się go rozpruć. Widziałeś, jakie to jest cienkie? W tym zajeździe oszczędzają na wszystkim, co się da. Czemu w ogóle zatrzymaliśmy się tutaj?
– Każdy nocleg kosztuje. Ciesz się, że stać nas na jakikolwiek.
<C.D.N.>

26 lip 2022

Od Regisa "Szemrana ulica" cz. 1

 Jesień 1457 

Szedł w kierunku północnozachodnim, oddalał się od rynku. Wychodząc ze spokojnej części miasta, rzucił jeszcze okiem na gawiedź dywagującą nad stoiskami kupców. Tu kiepskie ceny rozwiązuje się rozmową i negocjacjami, tam, gdzie szedł siłą i nożem między żebra.  

Dotarł do celu swej podróży. Ulica Żwirowa, tutejsze centrum półświatka. Niebezpieczne miejsce, choć ostatnio, nawet bardziej niż zwykle. Szedł prosto, był czujny. Wiele oczu spoglądało na niego z poboczy. On miał swój cel. Chciał jak najszybciej załatwić co trzeba i odejść stąd. Wiedział do czego ludzie tu są zdolni, nie był więc bezbronny, choć to akurat było widać na pierwszy rzut oka. Na dzisiejsze interesy był ubrany w strój łowiecki, gdyż bezpośrednio po nich udał się do zleceniodawcy. Strój taki nie przyciągał jednak nadmiaru uwagi. Osoby w ubraniach przygotowanych do potyczek nie byli niczym dziwnym, a peleryna zakrywała co bardziej kluczowe części kostiumu. Szedł nie rozglądając się za nadto, ciężko było jednak nie zauważyć poruszenia wśród ludzi, coś się stało lub stać się miało. Dotarł w końcu pod wyznaczony adres. Budynek wyglądał na stary zaniedbany sklep, ale jak na warunki okolicy nie było najgorzej. Niektórzy kupcy sami decydowali się rezydować w tej części miasta, niektóre “towary” lepiej tu schodziły. Wszedł do środka. Wnętrze wyglądało już nieco lepiej. Duże pomieszczenie z wieloma starymi półkami, uginającymi się od wszelakich różności. Słoje wypełnione różnymi substancjami, kawałki stworów w płynach wszelakich, różne proszki, elementy nie wiadomo czego i wiele więcej.  Na końcu pokoju stała duża ciężka lada z ciemnego drewna. Na końcach mebla również można było dostrzec różne towary. Woreczki z przeróżnymi podpisami, dziwne skały i przyrządy kupieckie pokroju wagi i tym podobnych. Na środku leżał gruby dziennik ze spisanymi transakcjami, długami, datami dostaw. Gdy łowca wszedł do środka, kolejne jego rubryczki były uzupełniane przez właściciela interesu. Niski w połowie już wyłysiały pół elf w dużych, grubych okularach skrupulatnie przepisywał z kartki literka po literce, wszystko musiało się zgadzać. Po chwili podniósł jednak głowę, szpiczaste uszy poruszyły się lekko, a pod garbatym nosem pojawił się lekki uśmiech. 

– Pojawił się w końcu! - powiedział głośno lekko skrzeczącym ochrypłym głosem – I jak, łowy się udały? 

Łowca uchylił delikatnie pelerynę i wyciągnął spod niej niemały worek wypełniony czymś, co przez materiał wyglądało jak kilka piłek. 

– A czemu miały by się nie udać? Za każdym razem wywiązuje się z umowy. Dałeś mi szczegółowe informacje, gdzie i co mam zdobyć, oto więc zamówienie. – Mówiąc to położył wcześniej wyciągniętą rzecz na ladę –Muszę przyznać, materiał, z którego został wykonany tobołek spisuje się znakomicie, ani kropla krwi nie przeszła. 

– A mówiłem, materiał pierwsza klasa, gdy będę miał dostawę specjalnie odłożę trochę dla ciebie, ze wzgląd na tak owocne współprace. –Mówił kupiec dobierając się do zawartości worka. Gdy otworzył go najszerzej jak się dało, wyciągnął jedną z rzeczy, która przez materiał przypominała piłkę. –Świeżutkie goblinie głowy. Idealnie. Znowu spisałeś się perfekcyjnie. Oto zapłata. –Odłożył głowę z powrotem do wora i podał mieszek monet Regisowi. Zeskoczył z wysokiego krzesła. Zabrał pakunek i zacierając ręce odłożył na zaplecze.  

–Na razie to tyle mój drogi, jutro może znowu będę mieć dla ciebie małą robótkę to wpadnij–powiedział kierując swój skrzypiący głos ku myśliwemu a poprawiając jednocześnie lekko osunięte okulary.  

Łowca kierował się już ku wyjściu, gdy usłyszał 

– A jeszcze jedno – z końca pomieszczenia dobiegł głos kupca – nie zostawaj za długo w tej dzielnicy, ostatnio mamy tu spory bałagan 

– Stało się coś konkretnego? – spytał zaciekawiony  

– Nic nowego, znowu zmiany w hierarchii. Jeden rozbójnik zabił drugiego, trzeci nie zgodził się na układ czwartego i tak dalej. Dużo szumu, dużo krwi, dużo śmierci i ciągłe odgłosy ucztujących padlinożerców. Tutaj dzień jak co dzień. Szkoda by było jednak w pechowy sposób stracić tak dobrego współpracownika. –Powiedział starzec wdrapując się z powrotem na wysokie krzesło przy ladzie i kontynuując zapisywanie zeszytu. 

– Dziękuję za radę panie Zimo. 

Po tych słowach łowca wyszedł ze sklepu. Szedł prosto kierując się do uliczki prowadzącej w kierunku powrotnym do centralnej części miasta. Wtem z jednej z odnóg usłyszał gromkie zbiegowisko osób. Pomimo ostrzeżeń zdecydował się udać w tym kierunku. 

– Nie watro – stary ochrypnięty głos wydobył się zza jego pleców 

Regis odwrócił się i zobaczył staruszka siedzącego pod ledwo trzymającym się daszkiem u stóp jednego z budynków. 

–Dlaczego? – spytał łowca 

–Nie ma tam ładnych widoków, znowu bandziory rozprawiają się z im podobnymi. Same przez nich problemy – powiedział starzec 

–Taki urok tej dzielnicy, reszta miasta jest w miarę spokojna, bo tu kto ma, to rozrabia – rzekł myśliwy spoglądając w kierunku uliczki, do której planował się udać 

– Może i masz rację młodzieńcze – ochrypnięty głos znowu wydobył się od starszego mężczyzny.        –Taka ta nasza Żwirowa 

– A właśnie, czemu Żwirowa? – spędził już w okolicy trochę czasu, dalej jednako nie był pewny pochodzenia nazwy 

– A to ciekawa historia – zaczął stary wyciągając jednocześnie fajkę spod płaszcza i zapalając ją – Nazwa zgodnie z przypuszczeniami, niewiele ma wspólnego ze żwirem jako takim – zaśmiał się, zaciągnął, puścił obłoczek dymu i kontynuował – Lata temu, wiele lat, ta strefa miasta nie różniła się za bardzo od pozostałych, do czasu. Przybył to kiedyś pewien zbir i w tej dzielnicy założył swoją siedzibę. Był okolicznym postrachem, lecz w końcu i jemu się umarło. W między czasie inni mu podobni zaczęli się tu kręcić, a po śmierci najważniejszego z nich rozpoczęli walki między sobą. I tak Od jednego bandziora cała ulica została zamieszkana przez mu podobnych.  

– A czemu właściwie Żwirowa – Regis przypomniał delikatnie o najważniejszej kwestii 

– Aaaa, tak, no tak – starzec podrapał się po głowie i zaciągnął fajką – Otóż ten pierwszy wielki bandzior nazywany był Żwirem, podobno lubował się w zakopywaniu w wymienionej substancji swoich wrogów. I od jego pseudonimu wzięła się nazwa tej ulicy. Starej nazwy nikt już nie pamięta, więc jest tylko ta.  

– Hmm, ciekawie. Dziękuję ci, bywaj. –Powiedział myśliwy kierując się w końcu do upatrzonej uliczki. 

– Poczekaj, jeszcze dwie kwestie. Taka ładna historia zasługuje chyba na wsparcie w tych ciężkich czasach – mówiąc to starzec wyciągnął jedną z rąk i delikatnie się uśmiechnął 

– Nic już nie jest bezinteresowne – mówiąc to łowca wyciągnął ze świeżo otrzymanego od kupca mieszka dużą monetę i pstryknięciem kciuka podbił ją, by ta idealnie wylądował w ręce dziadka. 

– I ostatnie, naprawdę nie warto. Nic co tam ujrzysz nie jest warte psucia sobie dnia. To ich porachunki. –rzekł starzec, usłyszeć można jednak było powagę w jego głosie. Wiele widział w życiu i chyba wiele z tego wolałby wymazać z pamięci. 

Regis rzucił spojrzeniem na rozmówcę, skierował się ku rozbudzonej gawiedzi, wpół drogi zmienił jednak kurs.  

– Czasami warto słuchać się starszych – pomyślał. Po czym skierował kroki w stronę rynku.  

25 lip 2022

Od Pedra „Najgorsze jeszcze przed nami” cz. 4 (cd. Regis)

 Jesień 1457

– Powiedzmy, że w zwęglonych zwłokach niewiele przetrwa – rzucił łowca, przyozdabiając twarz lekkim, aczkolwiek ironicznym uśmiechem.
Pedro opuścił nieco brwi, słysząc to. Oparł dłonie o dzielącą ich ladę. Nie... to nie było rozwiązanie, którego szukał. Zależało mu na pewnym i doszczętnym zniszczeniu Sitry, ale nie wraz z nosicielem. Jako łowcy są odpowiedzialni za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Rivot i okolic. Ta nieszczęsna jednostka również jest warta obrony i ratunku. Ale trzeba ją odnaleźć szybko.
Po krótkim pożegnaniu Regis opuścił bibliotekę. Pedro zaczął rozmyślać; wręcz kartkować swoją pamięć w poszukiwaniu informacji. Czytał o Sitrach, nie raz zresztą, ale było to zjawisko tak rzadkie, że pomimo upływu lat, nadal nie było wiadomo nawet jak dochodzi do zakażenia. Znany jest jednak sposób na pokonanie Sitry – zniszczenie rdzenia, gdzie rezyduje pasożyt.
Mag spuścił głowę. A jeśli Piasek Powiernika wcale nie pokazał prawdy? Jeśli przybycie Sitry to bujda, a wizja była tylko ucieleśnieniem głęboko skrywanego, bezpodstawnego lęku? Czy magowi takiemu, jak on mogło się w ogóle udać przywołać właściwą wizję?
Z tych ponurych myśli wyrwało Pedra bicie zegara. Wskazówki pokazywały jasno, że czas zamknąć bibliotekę. Mag zgarnął z blatu ostatnie książki, by odłożyć je na miejsce. Z niecierpliwością wyczekiwał tego dnia pory zamknięcia; wyczekiwał powrotu do karczmy. Poprzedniego dnia nie zastał Berthiny na miejscu, a pozostali pracownicy nie byli tak dobrze poinformowani, jak ona. Nikt w okolicy nie był.
Mag przekręcił w zamku powierzony mu przez pracodawcę klucz i ruszył w kierunku karczmy.
Tym razem Pedrowi dopisało szczęście; kiedy przekroczył próg, zobaczył Berthinę. Akurat wręczała Carlosowi tacę z trunkami (poza grajkowaniem, brat Pedra zajmował się również kelnerowaniem w tym lokalu).
Młody mag/niedoszły łowca widząc starszego z rodzeństwa, spróbował jak najszybciej usunąć się z jego pola widzenia. Nie chciał przypadkiem dostać kolejnego wykładu na temat swoich życiowych wyborów. Na jego szczęście tego dnia Pedro nie po to tu przyszedł.
– Przepraszam na chwilę – brodaty mag zdjął z głowy kapelusz i zbliżył się do baru.
– Słucham, Pedro – powiedziała właścicielka zajazdu. – Rozumiem masz jakąś konkretną sprawę do mnie?
Łowca pokiwał głową.
– Czy w ostatnim czasie było dużo zaginięć w okolicy? – uznał, że tak sformułowane pytanie naprowadzi go na pierwsze tropy.
– Było ich kilka, to wszyscy wiedzą – rzuciła Berthina, wzruszając ramionami. – Normalna rzecz na tych terenach. Potwory szwendają się tu i tam...
Pedro poprawił okulary, chrząknął, po czym podsunął kobiecie kilka monet. Jej oczy zabłysnęły na ten widok, Pokryta ciemnymi plamami starości ręka chętnie zgarnęła zapłatę do sakiewki.
– Ale teraz zaginięć było więcej – kontynuowała właścicielka karczmy. – I znikali ci, którzy nie zapuszczają się daleko za miasto. Są wśród nich dzieci.
– Żadnych ciał, śladów po nich?
Berthina pokręciła głową.
– Potrzebny mi świeży trop – powiedział Pedro.
– Ostatnio zniknął jeden młody trubadur. Dobry chłopak, ale zawsze bujał w obłokach – westchnęła kobieta.
– Z kim ostatni raz go widziano? – spytał Pedro.
– Jak to przy śpiewaku, kręciło się przy nim dużo ludzi i innych bestii...
Pedro umieścił na blacie więcej monet. Były to ostatnie, które miał przy sobie. Że też wydał tyle na aż trzy porcje Piasku. I co gorsza, dał jedną Carlosowi! Bardzo głupio postąpiłeś, Pedro. Bardzo głupio!
– Widziano go również z kolegami po fachu. – mruknęła kobieta.
– Na przykład kim?
– Z twoim bratem, między innymi.
– Nawet tak nie mów! – Pedro uderzył pięścią w blat.
– Ależ po co te nerwy... – Berthina westchnęła. – Podaję ci tylko fakty. Kręcił się przy nim też niejaki Roan Brown, Diego Drumstick...
– Kim są ci dwaj?
– Roan stoi o tam, razem z twoim bratem – Berthina skinęła na jaskrawo ubranego człowieka. Akurat żywo dyskutował z obsługującym gości Carlosem. Pedro zmrużył oczy, spoglądając na swojego pierwszego podejrzanego. Wtedy do tych dwóch artystów podbiegło kilkoro dzieci. Jedno z nich zaczęło ciągać Carlosa za rękaw, żeby zaśpiewał jego ulubioną piosenkę. Roan jak gdyby nigdy nic obiecał zastąpić młodego barda, by ten mógł dokończyć swoje zadanie odniesienia pustych kufli za bar. Carlos jednak odstawił tacę na pobliski stolik i przyrzekł zacząć pieśń już teraz.
– Podejrzewasz ich? – spytała Berthina.
– Roana być może... Gdzie on mieszka?
– Stosunkowo niedaleko. Gdzieś przy... – kobieta nie zdołała dokończyć zdania. W słowo weszła jej kozicowata bestia:
– Co chciał tamten przy drugim stoliku? – spytała humanoidalna koza, szturchając właścicielkę karczmy.
– Pieczeń i kufel piwa. Szybko, bo zaraz sobie pójdzie! – ponagliła Berthina.
Kozica skinęła głową i w podskokach wyruszyła obsłużyć niecierpliwego klienta.
– A kim jest ten drugi, o którym mówiłaś? Jak się nazywa? – kontynuował Pedro.
– Diego Drumstick. A tak właściwie, Diego Jay Drumstick. Też jest trubadurem, ale nie wędrownym. To tutejszy. Od jakiegoś czasu.
– Gdzie on rezyduje?
– Dnie spędza w mieście na zabawianiu rodzin – kobieta zrobiła tu krótką pauzę. – Ale mieszka w lesie...
– Dobre miejsce na ukrycie ciał – podsumował ponuro Pedro.
– Och, ten niewinny chłopak nie skrzywdziłby... – zaczęła właścicielka karczmy.
– Ta sprawa jest bardziej skomplikowana, Berthino... Muszę mieć na oku Carlosa – dodał mag, jakby do siebie. – Muszę mieć ich wszystkich na oku.
– W pojedynkę będzie to dość trudne... – zauważyła kobieta.
– Już twój wkład jest wielkim wsparciem inicjatywy. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.
– Ale że ja? – Berthina zaśmiała się. – Oj Pedro, Pedro...
– Hm... – mruknął mag. – A powiedz... gdzie mieszka Regis?
– Rzeźnik? Zajął pewien opuszczony dom na obrzeżach miasta. Ale żebyś nie szukał żadnej rudery, Regis zadbał, by dało się tam znów zamieszkać.
– Dobrze... Dobrze... – powiedział Pedro.
Przed opuszczeniem karczmy mag obejrzał się, żeby wychwycić widok ukochanego brata. Szczęście w nieszczęściu, on mieszkał i pracował tu w karczmie. Za dużo osób się tu kręci, by Sitra mogła go niepostrzeżenie dorwać. Ale jeśli to on byłby Sitrą...
Pedro potrząsnął głową. Nie, to nie jest możliwe. Kto, jak kto, ale on by zauważył, że coś jest nie tak. A Carlos... cóż pozostawał Carlosem. I właśnie przed chwilą o mało nie podpalił sobie nakrycia głowy próbując popisać się jakąś magiczną sztuczką.
<Regis?>

24 lip 2022

Od Diego „Harpie” cz. 1 (cd. Conna/Carlos)

 Wiosna 1457

Diego rozwinął arkusz, na którym spisał zeznania przerażonej kobiety. Mówiła dość nieskładnie, więc mężczyzna przeredagował wypowiedź, żeby była bardziej zrozumiała.
– Pisujesz czasem własne teksty? – spytał go Carlos.
– Zwykle nie. Częściej zapisuję słowa innych – mruknął w odpowiedzi kuglarz-łowca.
– O czym rozmawiacie, chłopcy? – zapytała Conna.
– O sztuce oczywiście – powiedział Carlos poprawiając kapelusz.
– Tę rozmowę możemy przełożyć na później – zauważył Diego. – Mamy teraz inne zadanie. Harpie wróciły i już zaczęły polować.
– W moich pieśniach harpia to połączenie pięknej kobiety z ptakiem. Jak Pedro powiedział mi, że mamy z nimi do czynienia byłem święcie przekonany, że chodzi właśnie o takie harpie – Carlos podniósł wzrok do góry. – Delikatne rysy twarzy, ale i ostre jak brzytwa pazury. Subtelne piękno połączone ze śmiertelnym niebezpieczeństwem... Cóż za wspaniała historia!
– Chętnie bym jej kiedyś wysłuchała – dodała pogodnie Conna.
<Conna/Carlos?>

23 lip 2022

Od Dante "Przepraszam, można pokój dla dwojga?" cz.3 (c.d. Saadiya)

Lato 1457

Nie zdążył nawet zaprotestować, kiedy blondyn doprowadził go do jego pokoju. Cóż, na zimę zacznie pić wodę spod lodu, żeby jakoś się z tego wymigać. Byłaby wtopa, gdyby okazało się, że jego siostra śpiewa lepiej od niejednego barda. Miał już otwierać drzwi, ale przyszło mu coś na myśl. Wyciągnął z kieszeni spodni pięć fenów i wcisnął je do dłoni kelnera z uśmieszkiem.

- Co ja bym bez pana zrobił? Jestem dozgonnie wdzięczny za obsługę. Życzę panu spokojnej reszty dnia. - ostatni raz spojrzał na maskę chłopaka i odwróciwszy się wszedł do pokoju. Intrygował go ubiór kelnera. Nigdy się z takim nie spotkał. Oczywiście, widział festiwale z maskami, ale te były ubogo zdobione. Ta, którą nosił pracownik karczmy, na pewno nie została kupiona na festiwalu. Z daleka mógł dostrzec, że maska nie była wykonana z byle jakiego drewna, jeśli w ogóle. Kiedyś może osobiście zapyta uroczego barmana, bądź podpyta innych wynajmujących pokoje o tą tajemnicę.

Postanowił skupić się teraz na sobie. Przeczesał dłonią włosy, rozglądając się po pokoju. Przytulny wystrój, bardzo podobał się Dantemu. Miał duże łóżko z pięknie ozdobioną pościelą i szerokim oknem nad ramą, ogromną szafę na ubrania, no i biurko. Wpatrując się w okno chłopak zorientował się, że skóra zaczyna go już delikatnie piec. Przez to wszystko zapomniał, że słońce już wyglądało zza horyzontu, przez co mocniej grzało. Skrzywił się i podszedł do okna, aby pociągnąć za ciemne firany. Chłodny, ale jakże kojący cień otulił twarz bruneta, na co odetchnął z ulgą. Pozwolił sobie opaść na łóżko bezwładnie, pozwalając miękkiej pieżynie uśmierzyć ból styranych po długiej podróży mięśni. Tak dawno nie czuł takiej wygody, że prawie się rozpłakał. Niecodziennie ma się okazję wrócić do życia z dachem nad głową. Przeciągnął się raz, drugi, po czym poddał się w walce z ociężałymi powiekami. Krótka drzemka nie może mu zaszkodzić...

Dante przebudził się całkowicie rozluźniony, ze zdrętwiałą ręką i odciskami kołdry na policzku, bez orientacji gdzie jest i ile godzin przespał. Podniósł się na łokciach i uchylił nieco firankę sprawdzając, czy nie ma już przypadkiem nocy. Na szczęście aż tak późno nie było. Dopiero zachodziło słońce. Dante to miał szczęście. Przywitało go jeszcze pięknie malowane niebo, mieszające się z dniem i nocą.

Chłopak zmotywował się, żeby wstać i przebrać się w bardziej stosowny ubiór na spacer nocą. Luźne, ale zgrabne szaty które pozwolą mu w razie konieczności wspiąć się na drzewo albo biegać. 

Opuścił swój pokój i zamknął je za sobą na klucz. Schował drobiazg do kieszeni i ruszył do wyjścia z karczmy, mijając uroczego kelnera. Skinął do blondyna na pożegnanie, zanim wyszedł na zewnątrz i zaczerpnął świeżego powietrza wieczoru. 

Chłodny powiew tylko dodawał sił Dantemu. Ruszył w stronę mokradeł. Podobno o tej porze można spotkać dużo świetlików i widok jest nie do opisania. Tak opowiadał wędrowiec wskazujący mu drogę do karczmy kilka dni wcześniej. Postanowił to więc sprawdzić. Im dalej szedł, tym rzadziej widział jakiekolwiek drzewa, aż napotykał tylko pojedyncze, drobne brzozy. Z czasem robiło się coraz chłodniej. Każdy powiew wiatru przyprawiał chłopaka o dreszcze, ale nie zawrócił. Słaby szelest był słyszalny gdzieś w oddali. Stanął w miejscu, marszcząc brwi. Coś mu tu nie grało. Wędrowiec opisywał to miejsce jako porośnięte zielenią, pełne życia. A to, co teraz widział? Ani trochę nie przypominało tego opisu. Martwe od mrozu mokradło już od dawna nie jest pokryte dojrzałymi roślinami. Został wystrychnięty na dudka. Nieznajomy szelest niebezpiecznie stawał się coraz głośniejszy, wzbudzając w chłopaku poczucie zagrożenia. Odruchowo schował się za drzewem i zakrył usta, by przypadkiem bestia nie usłyszała jego przyśpieszonego oddechu. Delikatnie wyjrzał zza pnia, własnym oczom nie wierzył, co mogło go spotkać, gdyby nie zareagował w czas. Terrawit to jedno ze stworzeń, z którym nie chce się mieć nic doczynienia. Co gorsza - znajdował się na jego terenie. Ogromny jaszczur z sprawnymi szponami. Grzbiet pokrywały zakrzywione, twarde kolce. Przez moment przestał słyszeć bicie własnego serca. Bestia obnażyła potężne kły. Prawdopodobnie wyczuła jego obecność. Całkowicie skupił się na jaszczurze, który zaczął przeszukiwać pobliże Dantego. Tak właśnie miał skończyć, rozszarpany przez terrawita? Przysunął się do drzewa, dygocząc jak liść na wietrze. Ścisnął ziemię w pięści, aż poczuł coś twardego. Spojrzał na całkiem duży kamień, kiedy przyszło mu coś do głowy. Dałby radę odwrócić tym uwagę bestii i uciec. Nie miał pewności, że to się uda, ale nie widział innych opcji. Delikatnie wychylił się zza drzewa i zamachnął się, rzuciwszy kamień najdalej, jak mógł. Uderzył z głośnym hukiem, co rzeczywiście rozproszyło gada. Nie musiał czekać długo, aż potwór zniknie z jego pola widzenia w pogoni za hałasem. Dante podziękował niebiosom w pośpiechu i uciekł z mroźnych mokradeł, ile sił w zesztywniałych od strachu nogach. Zatrzymał się dopiero pod karczmą, chwiejnie opierając się o ścianę. Zgrzybiały staruch, pewnie tylko czekał na jego śmierć kiedy zachęcał go do pójścia w tak groźne miejsce. Już nigdy nie posłucha nieznajomych wędrowców. Długo zajęło mu okiełznanie oddechu i uspokojenie drżących od wysiłku nóg, ale doprowadził się do porządku i wszedł do karczmy, rozpinając trzy guziki koszuli. 

Zatrzymał się, widząc kelnera leżącego na ladzie. Pobili go? Czy on żyje? Zgorączkowanym krokiem zbliżył się do blondyna przyjrzał się, czy jego klatka piersiowa się unosi. Na szczęście tak, unosiła się i opadała równie wolno, Dante założył więc, że uroczy kelner uciął sobie drzemkę na ladzie. Trochę dziwne miejsce. Możliwe, że spał tyle, co on pił ludzkiej krwi, więc nie zamierzał go budzić. Usiadł jedynie przed ladą i skorzystał z okazji, że mężczyzna śpi, by przyjrzeć się jego masce. Złoto zdobiona namalowanymi piórami i obcym dla Dantego znakiem na czole. Zauważył, że oczy zakryte miał czarnym szkłem, przez które prawie nic nie widać. Z bliska wyglądała jeszcze piękniej. Te wzory tak starannie wykonane... Musiał ją poczuć. Ostrożnie, opuszkami palców musnął policzek maski, po czym krótko przejechał w dół, do dzioba. Miał rację - nie była nawet drewniana. Metal, pokryty matową czernią. Nie dostanie się tego byle gdzie. Musiała być robiona na zamówienie. Ale jak wyglądała jego twarz? Nie mógł przecież tego nosić zawsze. Delikatnie i powoli zaczął unosić maskę za dziób. Wtedy ręka kelnera chwyciła jego w mocnym uścisku. Dante otworzył szerzej oczy, nie spodziewając się, że blondyn nie spał. Nic nie widać przez te szkła, nawet by nie zauwaźył, że otworzył oczy.

- Nie śpi pan? - zaśmiał się lekko z własnej lekkomyślności. - Proszę wybaczyć moją czelność. - dodał po chwili. Barman wciąż trzymał rękę chłopaka w szczelnym uścisku przez co poczuł już strach. Uraził go? Wkurzył się? Przełknął dyskretnie ślinę i patrzył zakłopotany w maskę, bo oczu nie był w stanie dostrzec.

<Saadiya?>

20 lip 2022

Od Regisa "Najgorsze jeszcze przed nami" cz.3 (c.d Pedro)

Jesień 1457 

Było popołudnie. Jesienne słońce nabierało ognistej barwy i szykowało się do schowania za horyzont. Regis siedział na rynku i szykował się do powrotu do domu. Miał do zrobienia jeszcze tylko jedną rzecz, więc zdecydował się na krótki odpoczynek. Większość dnia spędził w mieście chodząc i załatwiając bieżące sprawy. Kupno kilku materiałów, złożenie zlecenia u kowala, zakupy do spiżarki i inne drobiazgi. Po tym wszystkim odpoczywał w jego ulubionym miejscu. Na skraju rynku znajdowała się ławka. Nie była w niczym specjalna, oprócz położenia. Widać z niej było wszystkie najważniejsze i najciekawsze rzeczy skweru. Handlarzy przy stanowiskach, szyldy sklepów delikatnie poruszane podmuchami wiatru, budynek urzędowy, kupców ze swoimi straganami. W oczy często rzucali się również osoby chcące coś pokazać, a wśród nich wyróżniał się pewien kuglarz. Zawsze w masce, nawet w trakcie przeróżnych akrobacji. Był tu niemalże zawsze, jak łowca kręcił się w okolicy. Występy przyciągały wzrok gawiedzi, widać jednak było, że nadchodząca zimna pora uszczupliła ilość chętnych na oglądanie występów. W okresie letnim skupiały się wokół niego spore grupy, a teraz stały ledwie ze trzy osoby.  

– Przykre. Oby miał inne źródło dochodów, bo długo nie pociągnie. – myślał tak w trakcie, jak jeden z niewielu gapiów zaczął oddalać się od widowiska.  

Wstał z ulubionej ławki w mieście i zaczął szykować się na ostatnią kwestie do załatwienia. Zakładając plecak na plecy, kątem oka zobaczył niepokojący widok.  

Artysta przewrócił się w trakcie jednej ze sztuczek. Nie powinno to nikogo dziwić, łowca rzadko jednak widział by konkretnie ten miał takie problemy z koordynacją. Obserwował go dłuższą chwilę, po tym jednak incydencie nic podobnego się nie wydarzyło. Regis odszedł, miał jednak niejasne przeczucie, a to rzadko go zawodziło, że coś jest nie tak.  

Do ostatniego miejsca na liście do odwiedzenia przybył kilka chwil później. Miejsce znajdowało się nieopodal rynku, więc nie miał do niego długiej drogi. Była to miejska biblioteka. Zdarzyło mu się wstąpić tam ze dwa może trzy razy, zawsze jednak z czystej ciekawości. Każda jednak wizyta kończyła się fiaskiem, a to przez tabliczkę “Chwilowo nieczynne” czy robiących problemy klientów. Dzisiaj jednak nic nie zapowiadało złego obrotu spraw, więc może w końcu się uda. Poruszył drzwi wejściowe i przekroczył próg. Po zamknięciu za sobą wrót usłyszeć można było znaczny spadek szumów miejskiego gwaru. Budynek był dobrze wyciszony, jak na miejsce skupienia przystało. Ruszył w kierunku lady, by uzyskać potrzebne informacje dotyczące interesujących go ksiąg. Po dojściu do niej nie ujrzał jednak nikogo. 

– Dzień dobry, można prosić o pomoc – powiedział nie za głośno, lecz donośnie by było go bez problemu słychać w większości zakamarków lokum. 

– Już idę – powiedział męski głos dobiegający zza kilku dużych regałów znajdujących się na lewo od aktualnej pozycji łowcy. 

– W czym mogę pomóc – słowa te padły od ukazującego się brodatego mężczyzny w okularach. Nie był stary, lecz przez zarost wyglądał na więcej lat na karku. – Od razu uprzedzam, nie ma dużo czasu, niedługo zamkniecie – dopowiedział zachodząc za wewnętrzną część stołu, przy którym stał łowca.

– Na szczęście nie jestem po zbyt dużą ilość dzieł – Odrzekł Regis. Znów plany dotyczące księgozbiorów mogły zakończyć się niepowodzeniem, nie dał jednak po sobie poznać lekkiej irytacji –Chciałbym prosić o dzieła dotyczące Smokokształtnych, w szczególności Wyvern i Draków. Gdyby było coś dotyczące anatomii humanoidów również z chęcią przyjmę –odrzekł składając w końcu prośby 

Bibliotekarz spojrzał podejrzliwie – Jesteś łowcą? – spytał w końcu 

– Tak – odpowiedział konkretnie na konkretne pytanie 

– W okolicy pojawiło trochę się tego typu myśliwych, ciebie jednak nie kojarzę – rzucił mężczyzna. 

–Skoro kojarzysz tutejszych łowców mnie również na pewno, po prostu nie wiesz, że to ja – mówiąc to dojrzał za ladą oparty o regał z książkami kostur. Domyślił się, że należy do rozmówcy, który w tym wypadku musi być magiem. 

–Jak więc się zwiesz? – spytał poważnie, zauważyć można było jednak nutę ciekawości 

–Regis, moje imię to Regis – powiedział 

– Więc tak wygląda okoliczny rzeźnik. Historie o twoich łowach stają się dość popularne. Miło w końcu spotkać cię osobiście –Powiedział mag  

– Warto wiedzieć, nie wiedziałem o tak wielkiej popularności ani o tym tytule. Miło słyszeć takie słowa od, zgaduje kolegi po fachu – odrzekł lekko zmieszany. Sława może przynieść my pracę, ale i wiele problemów. Na razie nie chciał się tym jednak przejmować. 

– Już idę po księgi – odparł czarodziej oddalając się od stołu i przechodząc do sedna sprawy, przez którą oboje się tu spotkali.  

– Proszę, jeśli będziesz jeszcze czegoś potrzebował postaram się znaleźć więcej – rzekł wręczając tytuły przed chwilą poznanemu łowcy. 

Regis podziękował i zaczął pakować. Kierując się ku wyjściu usłyszał jednak pytanie kierowane od maga.

– Miałeś kiedyś do czynienia z Sitrą? – 

– Z Sitrą. Widziałem efekty jej działania i sposób jej pozbycia, znam tez teorię, ale nie miałem jeszcze okazji się z nią bezpośrednio zmierzyć. Masz podejrzenia, że pojawiła się w okolicy? – pytanie padło z wyczuwalnym zaniepokojeniem. Walka z pasożytem a ze zwykłym stworem to dwie zupełnie różne kwestie, na niekorzyść tej pierwszej. 

– Możliwe. A jaki sposób pozbycia się jej widziałeś? – spytał zaciekawiony 

– Powiedzmy, że w zwęglonych zwłokach niewiele przetrwa – odparł łowca z lekkim uśmiechem ironii, zorientował się jednak, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał mag. 

– Na razie to wszystko, w razie czego spróbuję się z tobą skontaktować – rzucił te słowa kierując się z powrotem w stronę wielkich regałów. 

Po wyjściu Regis odczuł spadek temperatury. Owinął się szczelniej płaszczem i peleryną. Zarzucił kaptur na głowę i skierował się w drogę powrotną do domu. Ostatnie ogniste języki światła dziennego przemykały między dachami budynków centralnej części miasta.  

– Sitra co? Będzie ciekawie – powiedział cicho do siebie znikając w odmętach ciemności. 


<Pedro?> 

Od Diego „Obrona przed wilkami” cz. 7

 Zima 1456

Diego zacisnął zęby i pomimo bólu wspiął się na gałąź. Zobaczył, że krew przesiąkała już przez opatrunek. Będzie musiał wybrać się z tym ugryzieniem do jakiegoś medyka; może znajdzie Connę gdzieś przy skraju lasu.
Diego, choć przyszło to z lekkim trudem, wdrapał się jeszcze wyżej. Teraz widział wszystkie wilki, które po nich przyszły. Diego policzył palcami strzały w kołczanie. Powinny mu wystarczyć, ale bezpieczniej będzie nie chybiać.
Pierwszy wilk oparł się przednimi łapami o pień drzewa, na którym siedzieli Diego i Drun. Warknął głośno; aż było w tym czuć nutę irytacji wywołanej faktem, że nie może dosięgnąć celu. Łowca podniósł łuk i ze skupieniem wycelował. Teraz mógł to robić z pełnym spokojem o bezpieczeństwo swoje i Druna, którego eskortował.
Łowca wypuścił pierwszy pocisk; potem następny i następny. Wilki padały jeden po drugim, chociaż czasem trzeba do tego było więcej niż jednej strzały. Diego poruszał się z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu jak najlepszego kąta celowania. Przeskakiwał bez trzymania się niczego, co widocznie zaimponowało Drunowi.
Po jakimś czasie na dole został już tylko jeden wilk. Był jednak bardzo niespokojny, a co za tym szło, tak ruchliwy, że Diego nie mógł go trafić. Po trzeciej zmarnowanej strzale łowca zaczął się zastanawiać, czy czasem nie lepiej byłoby stanąć z tym osobnikiem do walki tam na ziemi.
<C.D.N.>